|
piątek, 27 stycznia 2012
WULGARYZMY
Nic mnie tak nie denerwuje jak prostacki, wulgarny język. Rano słuchałam jakiejś dyskusji publicystów. Prominentny dziennikarz, człowiek, który przecież musiał otrzeć się o jakieś szkoły, używał słownictwa, jakie kiedyś kojarzono z rynsztokiem, nie po raz pierwszy zresztą mówił w ten sposób. Niestety większości stacji radiowych, nie tylko komercyjnych, pojęcie "kultura języka" jest teraz zupełnie obce, a jeszcze tak niedawno z radia można było uczyć się pięknej polszczyzny. Potem czytałam dyskusję na jednym z blogów. Załamałam się. Blog jest ciekawy, pisany ładnym językiem i w żadnym przypadku nie wymaga tak wulgarnych komentarzy, jakie tam wpisywały niektóre damy!!! Ludzie popisują się swoim prostactwem językowym. Ostatnio stał się na przykład modny przymiotnik na 'z' i teraz wszystko jest określane tym przymiotnikiem. Czy naprawdę nie można już znaleźć w głowie innego wyrazu, synonimu, tylko ten jeden? Wszystko musi być z.......... ! Przykłady można by mnożyć. Niedawno słyszałam fragment jakiegoś wywiadu z aktorką Magdą Zawadzką. W tym wywiadzie była mowa o "zdziczeniu, ogłupieniu i schamieniu społeczeństwa". Nic dodać, nic ująć.
środa, 25 stycznia 2012
BILETY
Dzisiaj, szukając czegoś w swojej szufladzie, natknęłam się na stare bilety wstępów. Oczywiście postanowiłam kilka z nich zeskanować. Ten pierwszy bilet, sprzed kilku miesięcy, to wejściówka do parku w Wilanowie. Znalazłszy go, uświadomiłam sobie, jakie ładne są teraz te bilety, aż chce się je zostawiać na pamiątkę.
Drugi bilet, zamieszczony niżej, należał do mojego męża, kupił go, wchodząc na corridę w Madrycie, kiedy tam byliśmy. Bilet jest tylko jeden, ponieważ ja odmówiłam pójścia na ten spektakl.
W Paczkowie byliśmy przejazdem, jadąc do Szklarskiej Poręby. Już nie pamiętam, kiedy to było, zatarły się szczegóły, ale wiem, że miasto mi się podobało.
Następny bilet pochodzi z Egiptu, zwiedzaliśmy z nim zabytki z XIII w p.n.e. (świątynię Ramzesa II i Nefertari) w Abu Simbel. Był to lipiec, upał straszny.
I na koniec bilet wstępu do Muzeum Nikifora w Krynicy. Byłam tam wiele razy. Na obrazy Nikifora zawsze patrzyłam z dużą przyjemnością. Prawda, że ładny jest ten bilet?
Biletów zachowało mi się mnóstwo. Każdy z nich to oddzielne wspomnienia i dlatego ręka drży przed wyrzucaniem ich, ale szuflady nie są z gumy.
niedziela, 22 stycznia 2012
KAPLICZKA
Pokazano mi niedawno to zdjęcie kapliczki wycięte z jakiegoś pisma. Matka Boska stoi na stercie worków. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że kapliczka na pewno znajduje się gdzieś na terenach powodziowych, a worki z piaskiem symbolizują walkę człowieka z wodą. Byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że to nie tereny powodziowe, tylko Szymanów, na Mazowszu, a kapliczka stoi obok starego młyna. Worki oczywiście są wypełnione mąką. Nie wiem, kiedy tę kapliczkę wzniesiono, stary młyn na pewno też już nie funkcjonuje, gdyż w latach pięćdziesiątych wybudowano tam nowy wielki młyn, który teraz przerabia 800 ton pszenicy na dobę, mąka szymanowska jest znana, można ją kupić w każdym sklepie. A kapliczka oryginalna i ciekawa.
sobota, 21 stycznia 2012
SOBOTA
Siedzę przy biurku, na którym znajduje się komputer i jem obiad, suszone pomidory z bułką i bazylią. Kto słyszał, żeby na obiad jeść suszone pomidory i bułkę? A poza tym, jak można jeść cokolwiek przy biurku, nad klawiaturą komputera? W radiu śpiewa Anthony Ouinn. Nawet mi to wszystko pasuje do siebie, tylko jeszcze słońce by się przydało. Co parę minut z dachu mojego domu spadają duże warstwy śniegu, głośno uderzając w zewnętrzną część parapetu, za każdym razem podskakuję trochę przestraszona. Przed południem jeździłam do cukierni po ciasto. Stałam w ogromnej kolejce, ale nic dziwnego, bo to przecież karnawał. Największym powodzeniem cieszyły się faworki. Ja po raz pierwszy zauważyłam tam ciasto orkiszowe i kupiłam kawałek "na spróbowanie" w domu. Próba wypadła bardzo pozytywnie, ciasto jest wspaniałe. A teraz zmieniam nastrój. Rano pogrążyłam się w ciemnościach historii. Czytałam książkę Agaty Tuszyńskiej "Oskarżona: Wiera Gran". Wiera Gran to piękna, utalentowana żydowska śpiewaczka, z warszawskiego getta, aktorka kabaretowa i filmowa. W getcie występowała razem z Władysławem Szpilmanem, Szpilman grał na fortepianie, Wiera Gran śpiewała. Z Polski wyjechała w 1950 roku, występowała w różnych miejscach na świecie, ale świat nie był dla niej łaskawy, ciągnęła się za nią przeszłość i zniesławienie, gdyż po wojnie oskarżono ją o kolaborację z gestapo. Autorka biografii, Agata Tuszyńska, zapisała tragiczną historię tej kobiety, rozmawiała z Wierą Gran w Paryżu, przez kilka ostatnich lat jej życia (oczywiście z przerwami), kiedy dawna gwiazda była już bardzo zgorzkniała i nieszczęśliwa. Głównym pytaniem, jakie po przeczytaniu tej biografii pozostaje bez odpowiedzi, jest:"niewinna czy kolaborantka"?
poniedziałek, 16 stycznia 2012
HISTORIA IDEALISTKI
Zawsze chciałam pojechać do Gruzji, bo to bardzo ciekawy kraj i ludzie są niesamowicie gościnni, podobnie gościnnych już chyba nie ma gdzie indziej na świecie. O tej gościnności Gruzinów wiem między innymi od męża, który kiedyś w Gruzji był służbowo, dużo tam zwiedził, zrobił wiele zdjęć i odwiedził kilka domów. Przypomniało mi się to teraz, ponieważ już dosyć dawno przyniosłam z biblioteki książkę napisaną przez pierwszą damę Gruzji. Jest to "Historia idealistki", wspomnienia żony prezydenta Micheila Saakaszwilego. O tej książce zupełnie zapomniałam, ale dzisiaj przed południem biblioteka przysłała mi maila z prośbą o jej zwrot, ponieważ już ustawiła się po nią kolejka. Zabrałam się więc szybko za czytanie i prawie przez cały dzień nie mogłam się od niej oderwać, bo książka jest naprawdę ciekawa. Autorka, Sandra Elisabeth Roelofs, Holenderka z pochodzenia, piękna kobieta, świetnie wykształcona opisuje swoje życie u boku Miszy - jak nazywa swojego męża - najpierw w Stanach Zjednoczonych, a potem w Gruzji. Integracja ze społeczeństwem gruzińskim, macierzyństwo, opisy kraju, ludzi, zwyczajów, kuchni, a wszystko na tle napięć politycznych - to chyba najciekawsze partie tej książki. Pani Roelofs zadedykowała ją Marii Kaczyńskiej, "najlepszej przyjaciółce spośród znanych jej pierwszych dam", ostatni rozdział także jest poświęcony Marii Kaczyńskiej. Jeszcze zostało mi trochę stron do przeczytania, ale jutro już będę mogła ją zwrócić. A jeśli chodzi o inne sprawy, to dzisiaj zepsuła mi się nowo kupiona drukarka. Mam szczególnego pecha do tych urządzeń. Wieczorem przyszedł do mnie syn, znów mu trochę marudziłam, chociaż wcześniej obiecałam sobie, że nie będę na nic narzekać, ale tak już z matkami jest, że czasami za bardzo chcą tym nawet już dorosłym dzieciom doradzać. Muszę się bardziej pilnować.
niedziela, 15 stycznia 2012
BYLE JAK
I znów była dosyć długa przerwa w pisaniu. Przepraszam moich Czytelników, którzy w tym czasie tu zaglądali. Kiedy życie dostarcza zbyt wielu problemów, wtedy lepiej zamilknąć. Nowy rok rozpoczęłam typowo. Choinkę rozebrałam, abonament za telewizor zapłaciłam (chociaż nie widzę sensu tej opłaty), podatek od użytkowania wieczystego gruntu pod mieszkaniem, który wzrósł trzykrotnie w stosunku do poprzedniego roku, też uiściłam, kalendarze przepisałam, ostatnich gości imieninowych przyjęłam w poprzednia środę. A poza tym nie cieszy mnie ta zima, ślisko, zimno, byle jak. Ne miałabym nic przeciwko temu, żeby w dalszym ciągu była jesień, tak jak dotąd. Pozdrawiam wszystkich serdecznie w ten zimowy wieczór i bardzo skruszona obiecuję, że będę starała się pisać częściej niż ostatnio, a co z tego wyjdzie, zobaczymy:))
piątek, 06 stycznia 2012
TRZECH KRÓLI
„Mroźna to była wyprawa; T.S. Eliot: "Podróż Trzech Króli"
czwartek, 05 stycznia 2012
IRONIA i pogoda
Dostałam e-mail na pocztę gazetową, w którym jedna z moich czytelniczek usiłuje mnie przekonać, że nie miałam racji pozytywnie oceniając program Prezydentowej. Rety!!! Pozytywnie??? Czy moja ironia była naprawdę trudna do zrozumienia? Wydawało mi się oczywiste: ten program, który widziałam w Nowy Rok, uważam za bzdurny (to bz- można nawet usunąć). W przyszłości muszę chyba pisać jednak bardziej dosłownie. Z jednej strony jestem zadowolona, że nie ma jeszcze śniegu ani mrozu, a z drugiej, nie podobają mi się te huragany i zmiany ciśnienia. Wczoraj w nocy moją koleżankę pogotowie zabrało do szpitala z bardzo wysokim ciśnieniem, chociaż nigdy z ciśnieniem nie miała kłopotów. Zima chyba jednak nadchodzi, bo w sklepie obok mojego domu pojawiła się bielizna termiczna, a także nakładki antypoślizgowe na buty i wkładki ocieplające do butów. Oczywiście nie potrzebuję tych wkładek, ale byłam ciekawa, na jakiej zasadzie działają. Okazało się, że do nich doczepiane są baterie, dzięki którym wkładki się podgrzewają. Nie wiem tylko, ile kilometrów można przejść, zanim te baterie się wyczerpią. Jutro święto, może uda mi się trochę poczytać. Kilka dni temu przyniosłam z biblioteki stertę książek, ale jakoś nie mogę za nie się zabrać, ostatnio mam też zaległości w czytaniu Waszych blogów. To chyba przez tę pogodę:)
środa, 04 stycznia 2012
JA ODNOWIONA i nie tylko
Kupiłam sobie nowy fotel biurowy, do komputera. Jest bardzo wygodny, z zagłówkiem, obrotowy, dobrze wyprofilowany, nic dziwnego, że kiedy na nim usiądę, zaraz mi się chce spać. Kilka dni temu kupiłam sobie także nowe "urządzenie wielofunkcyjne", to znaczy, drukarkę, skaner i kopiarkę w jednym. Cały sprzęt jest więc odnowiony, teraz przydałaby się jeszcze tylko operacja plastyczna dla mnie i byłby komplet. Święta były bardzo przyjemne, pierwszy dzień z rodziną, drugi z przyjaciółmi i ich córką oraz malutką wnuczką. W środę po świętach byłam na urodzinach mojego sąsiada, profesora. Kiedyś już o nim tutaj pisałam. Pan Profesor właśnie skończył 98 (!) lat, nieźle się czuje, ładnie wygląda. Jest pogodnym, niezwykle ujmującym człowiekiem, o szczególnie bogatej przeszłości patriotycznej. Bardzo interesująco o wszystkim opowiada, a pamięć ma doskonałą. Jest także ogromnie ciekawy świata współczesnego, codziennie prosi opiekunkę o czytanie mu prasy (sam ze względu na słaby wzrok nie może długo czytać). Niestety, teraźniejszość przyprawia go o bardzo złe uczucia. Nowy Rok spędziłam sama, dużo czytałam. Trochę żałowałam, że zapomniałam posłuchać koncertu noworocznego z Wiednia, chociaż wtedy miałam telewizor włączony, a klikając w tym czasie pilotem, trafiłam na epokowy program, w którym była pierwsza dama zgłębiała temat niezwykłej wagi: czy obecna w studio czterokrotna rozwódka jest singielką, czy tylko zwykłą rozwódką. Malkontenci niesłusznie na telewizję narzekają, jak widać, czasami można w niej obejrzeć naprawdę coś wartościowego. Bardzo wartościowego!
sobota, 31 grudnia 2011
czwartek, 22 grudnia 2011
niedziela, 18 grudnia 2011
AKTUALNOŚCI
Zepsuł mi się komputer. Byłam bardzo zmartwiona, bo jak tu żyć bez komputera? I nie wiem, czy w ogóle jest to możliwe :)) Myślałam o kupnie nowego, ale syn podejrzanie bardzo mi to odradzał, namawiał, żeby jeszcze poczekać. Kiedy któregoś dnia zdesperowana oświadczyłam, że jednak muszę wreszcie ten komputer kupić, za dwie godziny syn przyjechał z nowym laptopem. Okazało się, że już wcześniej kupił mi go na gwiazdkę, ale liczył na to, że jakoś wytrwam do Świąt w tej izolacji od świata. Ponieważ jednak istniała możliwość, że mogę sobie komputer sama kupić, zmuszony był dać mi prezent gwiazdkowy wcześniej, aby uniknąć zdublowania. Ostatnie dni spędziłam więc na pracy przy nowym laptopie. Trzeba było zainstalować neostradę, powgrywać programy, poustawiać wszystko, co trzeba. Robiłam to własnymi rękami, stale przy Skypie, słuchając instrukcji mojego nieocenionego brata. Jeszcze zostało trochę do zrobienia, ale najważniejsze już jest za nami. Najgorsze tylko to, że na razie nie odzyskałam bardzo bogatej zawartości mojego starego komputera. Zostały w nim adresy moich rozlicznych znajomych, a przede wszystkim mnóstwo zdjęć, w tym ostatnich zdjęć z moim mężem w górach. Mam jednak nadzieję, że mój brat i ten problem rozwiąże. A poza tym - wiadomo - akcja "święta" rozpoczęta. Pasztet już gotowy w zamrażarce, wystarczy tylko upiec, karp też przygotowany i zamrożony, krokiety są, suszone owoce na kompot kupione. W najbliższych dniach dalszy ciąg.
sobota, 10 grudnia 2011
ŻYCIE SCEPTYKA
Powinnam sobie kupić nowy fotel do siedzenia przy komputerze, ponieważ w tym, którego dotąd używałam, odpadło oparcie. Być może dałoby się to jeszcze naprawić, ale ja sama tego nie zrobię, więc po świętach muszę gdzieś tego fotela poszukać. Może w Ikei, ale muszę się dowiedzieć, czy tam w ogóle bywają takie fotele obrotowe, na kółkach. Muszę też w końcu kupić nową drukarkę, ponieważ ta, którą mam teraz w tzw. urządzeniu wielofunkcyjnym, drukuje nie to, co jej zlecam albo zupełnie nie reaguje na moje zaklęcia. Fachowiec z serwisu komputerowego, który ją oglądał, kliknął gdzieś kilka razy i przez parę dni urządzenie działało prawidłowo, a potem znów zaczęło się to samo. Telefony stacjonarne też odmówiły współpracy ze mną. Kiedy przez nie rozmawiam, albo nic nie słychać, albo słychać burzę z piorunami. Niestety, te przedmioty zdecydowanie wypowiedziały mi przyjaźń. Oj, jak ciemno zrobiło się teraz za oknem! Może śnieg będzie padać. Dzisiaj rano chyba po raz pierwszy od lat wyszłam z domu bez śniadania. Chciałam wcześnie zrobić zakupy, zanim inni ludzie wstaną, żeby później nie tracić zbyt wiele czasu. Strasznie mi było zimno i źle się czułam. Jednak śniadanie to podstawa dobrego samopoczucia! Wiem, że to truizm, niby wszyscy wiedzą, że śniadanie jest ważne, ale wiele osób nie je. I błądzą:)) Na śniadanie często robię sobie pastę z awokado. Już kiedyś pisałam, że bardzo lubię te owoce. Twarde, zielone, nie budzą zbyt dużego zainteresowania i kiedy je kupuję, zwykle ktoś mnie pyta, jak to się je. Jest dużo różnych przepisów, ja lubię rozgniecione z małą ilością twarogu, oliwą (albo majonezem), z cebulą, solą, pieprzem. Lubię także same kawałki awokado z suszonymi pomidorami albo z jakaś ostrą pastą rybną na wierzchu, na przykład z tuńczyka. Czasami używam awokado zamiast masła, do smarowania chleba. Na ogół w sklepach są one twarde. Muszą poleżeć ze dwa dni w kuchni, najlepiej zawinięte w papier, żeby zmiękły. Teraz jest chyba sezon na te owoce, gdyż pełno ich w sklepach. Powoli zaczynam przygotowania do Świąt. Wczoraj zajrzałam do suszonych grzybów, które od dawna przechowuję w pojemniku. Grzyby pięknie wyglądają i tak samo pachną, ale ja do tych grzybów zaglądałam już wiele razy i nigdy nie mam odwagi ich użyć, ponieważ mam jakąś grzybową fobię. Mimo że grzyby dostałam od dwóch różnych osób, zapalonych grzybiarzy, boję się, że tam mógł się zaplątać jakiś muchomor sromotnikowy, który tylko czyha na moja wątrobę. Oj, skomplikowane jest życie sceptyka!
poniedziałek, 05 grudnia 2011
SIEDEM LAT
Zapomniałam wcześniej napisać, że w końcu listopada minęło siedem lat od dnia, kiedy rozpoczęłam blogowanie. Samej nie chce mi się wierzyć, że jestem tak wytrwała w tym pisaniu. A ile się w tym czasie w moim życiu wydarzyło! Jedno jest pewne, nie pisałabym tego bloga, gdyby nie było Was, moich najmilszych Czytelników! Dziękuję!
niedziela, 04 grudnia 2011
GDZIE BYŁAM, CO ROBIŁAM?
Trudno! Dzisiejszy mój wpis przede wszystkim będzie z serii "Gdzie byłam, co robiłam". . Dosyć szybko minął mi ten weekend. W sobotę przed południem pojechałam do Złotych Tarasów (popularna galeria tuż obok Dworca Centralnego), tam się spotkałam ze swoim synem, który zaprosił mnie na kawę. Spędziliśmy razem godzinę i szybko wróciłam do domu, ponieważ byłam umówiona z przyjaciółką. Zdążyłyśmy razem omówić jej kłopoty, moje kłopoty, kiedy niespodziewanie dołączył do nas jej mąż z malutką wnuczką. Dziewczynka przez cały czas była bardzo spokojna, najchętniej bawiła się ze swoim odbiciem w lustrzanych drzwiach mojej szafy w przedpokoju, więc mogliśmy swobodnie rozmawiać i zjeść to, co podałam, to znaczy krokiety, barszcz czerwony i ciasto do herbaty. Dzisiaj natomiast składałam telefoniczne życzenia moim trzem Basiom. Porozmawiałyśmy i umówiłyśmy się na "po świętach". Przy okazji najlepsze życzenia blogowym Barbarom! Po południu trochę czytałam. A jeśli chodzi o czytanie, to w piątek dostałam z biblioteki maila, żeby odebrać książkę "Historia idealistki". Zupełnie zapomniałam o tym moim zamówieniu sprzed kilku miesięcy, czekałam w kolejce, gdyż kilka osób chciało tę książkę przeczytać przede mną. Jest to historia życia Sandry E. Roelofs, Pierwszej Damy Gruzji, żony prezydenta Saakaszwilego. Zmarł Adam Hanuszkiewicz. Nie wszystkie z jego teatralnych pomysłów mi się podobały, ale jest przykro, bo był to jeden z wielkich ludzi teatru. Ostatnio było o nim cicho, ale kiedyś na Hanuszkiewicza się chodziło, o nim się mówiło. A jaki był przystojny! Połowa moich koleżanek w nim się podkochiwała... Na koniec jeszcze parę zdjęć ze Starego Miasta. |
Archiwum
O autorze
Zakładki:
Czasami się przydają:
MÓJ ADRES:
Tu zaglądam:
Tagi
|