Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
poniedziałek, 31 stycznia 2005

Jaga62 pisze o domowej "czytelni", czyli o kapitalnym domowym nawyku wspólnego czytania. W moim domu też zawsze wszyscy bardzo dużo czytali, a głównym prezentem dla dzieci i dorosłych zawsze były książki. Niestety, tak to już jest, że o zwrocie pożyczonych pieniędzy ludzie na ogół pamiętają, ale ze zwrotem książek różnie bywa. Pamiętam, że kiedyś w jakimś starym czasopiśmie znalazłam takie wezwania, zaklęcia, wzywające do zwrotu książek i do dbania o nie. Przepisałam je wtedy na karteczkach i powklejałam do niektórych swoich ulubionych książek. Oto kilka z tych okrutnych wierszyków:

sowaKto karty zagina, czy latem czy wiosną, niech uszy mu długie jak osłu wyrosną!

Kto książki mi łamie i karty wydziera, ten śmiercią najsroższą niech prędko umiera! /straszne!!!/

Kto książki złośliwie mi kradnie lub psuje, niech diabeł go porwie i srodze katuje!

Kto te książkę ukradnie, niech mu ręka odpadnie, a kto ją schowa pod futro, tego powieszą jutro.

Kto tę książkę świśnie, niech na gałęzi zawiśnie!

      

niedziela, 30 stycznia 2005

            Przypomniały mi się magdalenki, o których mowa w książce "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta. Magdalenka, ciastko, które je bohater, wywołuje u niego wspomnienia z przeszłości. Przypomina on sobie sytuację, kiedy dawniej również jadł takie ciastko, przypomina sobie klimaty, przeżycia, refleksje, jakie mu wtedy towarzyszyły. Muszę koniecznie jeszcze raz wrócić do tej książki. Czytałam ją kiedyś, będąc chyba na drugim roku studiów, a potem nigdy się za nią nie zabrałam ponownie, bo to przecież tyle tomów, a ja nie lubię czytać z przerwami. Ciekawa jestem, jak będę odbierała teraz tę książkę po wielu latach, a przede wszystkim, czy mi wystarczy cierpliwosci, żeby całosć przeczytać. Jutro zapytam w bibliotece, czy mają wszystkie tomy, bo jak kiedyś pytałam, to mieli tylko trzy.

         Dzisiaj wraz z naszymi przyjaciółmi byliśmy na herbacie u mojego syna i synowej. Ci nasi przyjaciele są "ciociami i wujkami" dla naszego syna, tak jak my jesteśmy również "ciocią i wujkiem" dla ich dzieci. Te wszystkie dzieci, teraz już dorosłe, pokończyły studia i mimo że "przyszywane" są nam  bardzo bliskie. Jesteśmy zapoznawani z ich problemami /teraz najczęściej dotyczącymi pracy/, z ich radościami, zapraszają nas do swoich  nowych samodzielnych mieszkań, przedstawiają narzeczonych. Kiedy patrzę na tych młodych ludzi, wydaje mi się, że są zupełnie inni niż my w ich wieku. Zadziwiają mnie także swoją umiejętnością dostosowania się do czasów, w których żyją, chociaż może to nic dziwnego, bo oni nie znają innej rzeczywistości.

sobota, 29 stycznia 2005

„Nic się tak nie pamięta jak to, co się widziało w dzieciństwie...”

(H. Sienkiewicz: „Bez dogmatu”)

To prawda. Różne fakty z obecnego życia, różne szczegóły przywołują mi na myśl moje dzieciństwo. Wiem, wiem, takie wspominanie to nie jest zajęcie ludzi młodych!

  Na przykład dzisiaj jadłam chleb z miodem, ze zwyczajnym miodem kupionym w jesieni na wsi. Nie lubię specjalnie miodu, ale czasem, zwłaszcza zimą w czasie przeziębienia od czasu do czasu jadam. Ten miód wyzwolił we mnie właśnie te wspomnienia.

 Przypomniało mi się moje dzieciństwo i babcia, która miała w ogrodzie kilka uli z pszczołami. Bardzo te swoje pszczoły kochała i często w ulach "grzebała", a wtedy my - dzieci - nie mogliśmy się bawić na podwórku, ponieważ pszczoły okropnie cięły, one w ogóle były strasznie groźne. Ja przechodziłam wielkie udręki, ilekroć mnie któraś użądliła, to potem przez kilka dni miałam zapuchnięte oczy, nie widziałam nawet światła. To był istny horror! A te straszne owady najczęściej cięły mnie w twarz. Najgorszy był czas, kiedy pszczoły się roiły. Tego dnia prawie wcale nie można było wyjść z domu. Babcia w specjalnym kapeluszu z siatką na oczach i w odpowiednim płaszczu brała do rąk naczynie z wodą oraz tzw. "podkurzacz"  i szła pacyfikować swoje pszczoły, a one najczęściej siadały gdzieś na drzewie albo na dachu. Podczas wybierania miodu pszczoły były także bardzo agresywne. Babcia wyjmowała ramki z miodem, długim nożem ścinała wierzchnią warstwę wosku z ramek i wstawiała je do wirówki. Kiedy wirówkę obracało sie korbką, z otworu wypływał  do dzbanków złocisty, pachnący miód. Ale te "miodowe żniwa"  prawie zawsze były okupione opuchlizną mojej twarzy. Jeszcze dzisiaj cierpnie mi skóra, kiedy w lecie słyszę dźwięk nadlatujacej pszczoły.pszczoły

piątek, 28 stycznia 2005

Wchodzę do domu.

- Skąd wracasz? - pyta Kolega Małżonek.

- Od kosmetyczki - odpowiadam.

- I co ? Było zamknięte??? - pyta Kolega M., wpatrując się w moją twarz, niezwykle zadowolony ze swojego dowcipu.

  - Zabiję!!! Już jesteś zabity!!!

czwartek, 27 stycznia 2005

Chyba się poddaję upływającemu czasowi. Ostatnio często snuję różne wspomnienia o wydarzeniach, o ludziach, których znałam, ale i o tych, których nie znałam. Często się zastanawiam, co dzieje się z ludźmi, których kiedyś gdzieś przypadkowo spotkałam, jak potoczyły sie ich losy, co się z nimi dzieje.

 Dzisiaj pod wpływem jakiejś książki o Rosji, myślałam na przykład o pewnej kobiecie, która pełna lęku - takie to były czasy - podeszła do nas na przystanku autobusowym w Petersburgu, /wtedy to był jeszcze Leningrad/, żeby porozmawiać. Opowiadała o swoim ciężkim szarym życiu, o pracy w domu dziecka i była bardzo ciekawa naszego świata - jak jej się wydawało - znacznie bardziej kolorowego, od tego, w którym ona żyła. Co się z nią dzieje, czy jeszcze żyje, jak się ułożyło jej życie po przemianach, o tym dzisiaj myślałam.

Takie miałam refleksje dzisiaj, ale koniec z tym nastrojem. Jutro robię dzień dobroci dla siebie; najpierw trochę popracuję, potem idę do kosmetyczki, a po południu spotykam się z koleżanką. Takie mam plany, ale, często tak bywa, ze plany zmieniają sie nawet w ostatniej chwili.

środa, 26 stycznia 2005

zima   To już naprawdę zima. Gdzie jest ten kościół? Kto rozpozna? Dla ułatwienia dodam, że w jednym z wielkich miast na Śląsku.

Prawidłowa odpowiedź: Jest to kościół św. Michała Archanioła, znajduje się w Parku Kościuszki w Katowicach.

Miesiąc temu smażyłam w kuchni rybę i gorący tłuszcz z patelni nagle prysnął mi w oko. Do dzisiaj je leczę i jeszcze nie jest wszystko w porządku. Wtedy mój nieoceniony mąż postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i zaopatrzył mnie w okulary zakrywające pół twarzy. Teraz, gdy tylko coś smażę, zakładam te okulary i wyglądam jak kosmita albo cyklista. Kiedy przed godziną zadzwonił listonosz, pobiegłam do drzwi, zapomniawszy o moim nakryciu twarzy. Listonosz sprawiał wrażenie, jakby się lękał, że go porwę w kosmos ze sobą.

wtorek, 25 stycznia 2005

Dzisiaj też zostałam w domu, ale jutro już wyruszam w świat. Nazbierało się dużo zaległych spraw, które mącą mój spokój.

Jak już kiedyś tutaj pisałam, w kuchni mam kilka  radioodbiorników i mały telewizor. Kilka radioodbiorników, bo każdy ustawiony jest na inną stację. Żeby nie tracić czasu w kuchni, bez przerwy czegoś słucham albo oglądam i wściekam się, wściekam się bez końca.

 Zawsze bardzo lubiłam radio, ale teraz, niestety, jest ono na coraz gorszym poziomie. Pamiętam, z jaką przyjemnoscią kiedyś słuchałam teatru Polskiego Radia albo powieści w odcinkach, które czytała Irena Kwiatkowska czy inni znani aktorzy. Niestety, te wspaniałe czasy juz  przeminęły bezpowrotnie, ale w tych dniach, kiedy Polskie Radio obchodzi jubileusz, ciepło o nim myślę.

poniedziałek, 24 stycznia 2005

Zamiast sprzątać zaczęłam czegoś szukać wśród książek. Natknęłam się na zapomniany  rocznik starego czasopisma dla dzieci. Jest to tygodnik "Przyjaciel Dzieci" z 1877 roku, a więc liczy sobie 128 lat. Zawsze rozczulają mnie takie starocia.

Każdy numer pisma zawiera dłuższy artkuł mający na celu poszerzenie wiedzy małego czytelnika o świecie, np. "Chiny i ich stolica", a dalej "pogadanki historyczne" o królach, o wielkich wydarzeniach z dziejów Polski, jakieś "obrazki dramatyczne", które można było wystawić na przykład z okazji imienin rodziców, wiersze, zagadki, szarady. Wzruszające są odpowiedzi na listy czytelników. Na przykład Panience Ludwice R. w Drobninie redakcja odpowiada: "Przyjaciel" bardzo się ucieszył doniesieniu, że z licznych nauk, których się Panienka uczy, najwięcej są ulubione polskie wiersze i wypracowania. Umiejętność różnorodnych robótek ręcznych jest rzeczą niezmiernie pożyteczną, a znajomość obcych języków niezbędną, ale pamięc o rodzinnej mowie pierwsze powinno zajmować miejsce". Takich wskazówek udzielono  panience Ludwice.

Przykro pomyśleć, że panienki Ludwiki dawno już nie ma na świecie, a Drobnin pewnie nawet nie wie, że taka pilna Ludwika kiedyś tam mieszkała, przykro, że nie żyje już żaden z autorów listów. Tylko pismo przetrwało...  No, ale ja się zabieram za dalsze porządki, chyba żebym znów coś ciekawego znalazła;)

Miałam krótką przerwę w pisaniu, po pierwsze z powodu "niemocy twórczej" - nic ciekawego, wartego odnotowania nie działo się, po drugie z powodu złego samopoczucia - wirus mnie nie opuszcza. Jednakże Wasze blogi starałam się czytać przez cały czas. Uważam, że wiele osób potrafi rzeczywiście ładnie i ciekawie pisać. Często zadziwiają mnie umiejętnością wyłapania, dostrzeżenia tematu godnego uwagi tam, gdzie, wydawałoby się, nic ciekawego nie można powiedzieć. Natknęłam się takze na kilka blogów "popularnonaukowych", "erudycyjnych" /nie wiem, jak je nazwać/. Interesujące, pożyteczne, bedę do nich także zaglądać. 

Pozdrawiam wszystkich i biorę się za porządki w moim mieszkaniu.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast