Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
niedziela, 31 stycznia 2010
Dzisiaj przyszli do mnie na obiad moi przyjaciele. Spędziliśmy razem kilka godzin, głównie wspominając dawne czasy. Są to bardzo mi bliscy ludzie. W czasie choroby męża oni bardzo mi pomagali w codziennych kłopotach, a teraz roztoczyli swój parasol nade mną.

Znamy się od wielu lat. Poznaliśmy się na kursie dla przewodników po Warszawie.

 Kiedy byliśmy młodzi, zaraz po studiach, siłą rozpędu chcieliśmy się jeszcze wszystkiego uczyć. Pamiętam, że chodziłam wtedy na różne kursy, na przykład uczyliśmy się języka duńskiego, chociaż zupełnie nie wiem, po co mi ten duński miał być potrzebny. Ja wtedy skończyłam też kurs dla przewodników po Warszawie. W tamtych czasach do Warszawy przyjeżdżało mnóstwo wycieczek organizowanych przez zakłady pracy. Takie wyjazdy były bardzo popularne, zwiedzanie Warszawy często łączyło się z wieczornym pójściem do teatru czy na imprezę typu "Podwieczorek przy mikrofonie". Było duże zapotrzebowanie na przewodników. W te dni, kiedy pracowałam po południu, z rana starałam się oprowadzać wycieczki. Na umówionym parkingu wsiadałam do fabrycznego czy pegieerowskiego autokaru i jeździliśmy po całej Warszawie. Musiałam mówić do turystów (dobrze, jeśli w autokarze był mikrofon) i jednocześnie prowadzić kierowcę, który niekiedy znajdował się w w stolicy po raz pierwszy. Nawet lubiłam te wycieczki, spotykałam sympatycznych ludzi, pokazywałam im to, co w Warszawie było najciekawsze. Jednak moja kariera przewodnicka nie trwała długo, bo wkrótce zaczęłam być w ciąży. Największą korzyścią z tego okresu przewodnickiego było poznanie tego młodego wówczas małżeństwa, z którym przyjaźniliśmy się przez tyle lat. Teraz to już jesteśmy, jak to określamy, nieformalną rodziną. Nasze dorosłe dzieci ciociują i wujkują, a my wspólnie przeżywamy różne swoje kłopoty.

     Po południu zadzwonił męża brat. I znów smutno. Strasznie smutno.
piątek, 29 stycznia 2010
Ja do zwierząt mam stosunek obojętny, to znaczy nigdy bym ich nie skrzywdziła, ale sama w domu żadnego zwierzęcia, a przede wszystkim związanych z nim obowiązków nigdy mieć nie chciałam. Jednakże z przyjemnością słuchałam kiedyś radiowych audycji o zwierzętach pani Doroty Sumińskiej, a potem oglądałam w telewizji jej cykliczny program o tej samej tematyce. Nie wiem, czy teraz jeszcze go nadają.
  Dzisiaj wpadła mi do rąk Książka Doroty Sumińskiej "Autobiografia na czterech łapach, czyli historia jednej rodziny oraz psów, kotów, krów, koni, jeży, słoni, węży... i ich krewnych". W pierwszej chwili ją odłożyłam, bo zoologia nie należy do dziedzin, które mnie najbardziej interesują, ale później znów zajrzałam do tej książki i potem już nie mogłam się od niej oderwać. Jest to napisana ładnym, wartkim językiem historia rodziny, której zawsze towarzyszyły zwierzęta, bardzo dużo zwierząt.  Dorota Sumińska, lekarz weterynarii, dużo pisze o swoim życiu, o życiu szkolnym i studenckim, o pracy, o przyjaciołach, o swoich miłościach, o swoich mężach, o problemach z córką i oczywiście o swoich ukochanych zwierzętach. Tym opowieściom towarzyszą ładne fotografie rodzinne i zdjęcia zwierząt.
 
      Bardzo dobrze się tę biografię czyta. Pani Sumińska jest szczera i autentyczna w tym, co pisze. Miłośnicy zwierząt (to głównie do Ciebie, Veanko!) powinni przeczytać.
środa, 27 stycznia 2010
Nie mogę już Was dłużej epatować swoimi emocjami, więc dzisiaj będzie o czym innym.

      Siedzę przy biurku, lewym uchem słucham komisji śledczej, a prawym audycji radiowej na temat lektur naszego dzieciństwa. Przyznam, że prawe ucho dostarcza mi ciekawszych wzruszeń. Ukochane książki mojego wczesnego dzieciństwa to wszystkie z serii "Poczytaj mi Mamo", a potem "Dzieci z Leszczynowej Górki" Marii Kownackiej, "Pokój na poddaszu" Wandy Wasilewskiej (tak!tak!) i książka szczególna: "Historia żółtej ciżemki" Antoniny Domańskiej. Tę ostatnią książkę poznałam na lekcjach historii, kiedy moja ulubiona nauczycielka pani Ponaradowa pięknym głosem czytała nam ją w odcinkach. To było w czerwcu, przed końcem roku szkolnego i lekcje odbywały się na otoczonym piękną zielenią naszym boisku szkolnym. My przeniesieni w zaczarowany świat dawnego Krakowa siedzieliśmy wokół naszej pani, wsłuchani w każde jej słowo. Potem było oczywiście wiele innych ukochanych książek, które odnotowywałam w swoich "dzienniczkach lektur". Zawsze sporządzałam w nich ilustrację, streszczałam książkę i ją oceniałam. Szkoda, że już tych dzienniczków nie mam.

   A teraz napiszę trochę na inny temat.
Już się przyzwyczailiśmy, że kupując na przykład  jakąś książkę czy czasopismo, często dostajemy do tego "premię". Czasami jest to kosmetyk, którego nie używamy i do niczego nam się nie przyda, czasami ozdobna spinka do włosów, jakiś batonik czekoladowy i inne podobne rzeczy. Myślałam, że te premie to wymysł naszych, a co najwyżej przedwojennych czasów. Okazuje się, że kiedy w drugiej połowie dziewiętnastego wieku zaczął się ukazywać kalendarz "Kolęda dla gospodyń", autorka, Lucyna Ćwierczakiewiczowa, dołączała do niego butelkę soku i słoik gruszek w occie.
Skąd o tym wiem? Czytałam wczoraj "Kroniki" Bolesława Prusa, które bardzo mnie wciągnęły. Prus niezmiernie cenił Ćwierczakiewiczową i często reklamował jej książki. W "Kurierze Warszawskim" z 1881 roku pisał, co zawiera "Kolęda dla gospodyń": "zaćmienia w r. 1882, ewangelie na wszystkie święta, przepisy gospodarskie tudzież rejestrzyk bielizny do prania na każdy miesiąc, dalej jarmarki, a nareszcie wielką liczbę artykułów dotyczących kuchni, spiżarni, pracy kobiet, filozofii, nerwowych cierpień, dramatu i poezji". Tyle zagadnień! Nic dziwnego, bo Ćwierczakiewiczowa to kobieta światła, autorka bardzo popularnych książek kucharskich, z zakresu gospodarstwa domowego, zwolenniczka emancypacji kobiet, propagatorka zdrowego trybu życia. Lubię te dawne książki i dawne problemy. A jak mogły smakować gruszki w occie zrobione przez tak wspaniałą gospodynię jak autorka "Kolędy", można sobie tylko wyobrażać.

wtorek, 26 stycznia 2010
Stale mi ktoś mówi, że czas leczy rany. Może i leczy, ale ja raczej nie lubię słuchać  takich pocieszeń. Wiem swoje. Wiem, że wszystko się skończyło, że nic nie będzie już tak, jak było. Dzisiaj ktoś wpisał komentarz pod moją notką na temat budownictwa góralskiego. Przypomniało mi się. Wielkanoc. Dolina Chochołowska. Piękne słońce, płachty śniegu, a dookoła krokusy. Z boku, pod lasem na Polanie Chochołowskiej, kaplica. Nigdy tam nie byliśmy, ale jest trochę późno. Pójdziemy następnym razem. Do Doliny Pięciu Stawów też wtedy nie poszliśmy, bo to wiosna, może być błoto. Pójdziemy w sierpniu.

Zastanawiam się, jak człowiek reagowałby, gdyby wiedział, że następnego razu już nie będzie, że to już koniec. I nie chodzi tylko o pobyt w górach, ale w ogóle o życie. Sama siebie pytam, jak bym postępowała, wiedząc przed chorobą, że to ostatni rok życia męża, czy coś by się zmieniło, czy żylibyśmy intensywniej, ciekawiej, lepiej?

poniedziałek, 25 stycznia 2010
U nas na Ursynowie






niedziela, 24 stycznia 2010
Znajoma ekspedientka wczoraj w sklepie podczas moich porannych zakupów:
- A co u męża? Dawno go nie było, a państwo tak zawsze razem...
  Tak, my zawsze razem... Zawsze!
       
                          *

Wszyscy mówią o mrozach, więc i ja dorzucę swoje
trzy grosze. Rano mój termometr zaokienny wskazywał 20 stopni, a w Białymstoku było 30! U mnie w mieszkaniu jest cieplutko, ale współczuję starszym ludziom mieszkającym na wsi, a także tym, którzy muszą daleko dojeżdżać do szkół czy do pracy, palić w piecach i w ogóle wszystkim, którzy marzną.
Mniej współczuję tym, którzy marzną na własne życzenie i w taki mróz chodzą bez czapek. Widziałam dzisiaj takie osoby, niekoniecznie młode, i zastanawiałam się, jaka jest tego przyczyna, brak czapki, brak świadomości, jakie mogą być konsekwencje, czy jeszcze jakaś inna. Nie wiem.

piątek, 22 stycznia 2010
Cummings Edward Estlin
 
     Noszę Twe serce z sobą

Noszę twe serce z sobą (noszę je w moim
sercu) nigdy się z nim nie rozstaję (gdzie idę
ty idziesz ze mną; cokolwiek robię samotnie
jest twoim dziełem, kochanie) (...)
   
                 Tł. St. Barańczak
wtorek, 19 stycznia 2010
Przeczytałam książkę o tym, jak ważna w życiu jest realizacja marzeń. Kiedy wszyscy wokół myślą o robieniu karier, o zapewnieniu sobie dobrobytu, czasami warto przywołać własne dawne marzenia i zastanowić się nad ich spełnieniem. Może niekiedy trzeba porzucić stabilizację i pójść za głosem serca, na przykład tak jak bohaterowie tej powieści, kupić sobie jacht i popłynąć do miejsc, które dawno chcieliśmy zobaczyć. Utwór poprzedza ładne motto: " Nie idź wytyczonym szlakiem. Idź tam, gdzie nie prowadzi żadna droga i zostaw za sobą ślad." Gdyby ode mnie zależało, wpisałabym tę książkę (Sergio Bambaren: "Dalekie wiatry") na listę lektur w gimnazjum.

    Ja nie miałam dużych marzeń, a te wszystkie małe zostały już spełnione. Mój mąż stale marzył o lataniu na paralotniach i na szybowcach. Od kilku lat chciał się zapisać na kurs, ale stale coś mu nie wychodziło, a poza tym ja zawsze byłam temu przeciwna w obawie o jego bezpieczeństwo.

   A czy Wy już zrealizowaliście swoje marzenia? 
piątek, 15 stycznia 2010
Przed południem przyszła H., moja przyjaciółka. Przyniosła szarlotkę i duży słoik zupy ogórkowej. Ta zupa to dlatego że podobno ostatnio źle się odżywiam. Długo rozmawiałyśmy, ona jest osobą bardzo aktywną, na wszystko ma czas, chociaż trochę narzeka, że jest zmęczona i nie dziwię się, bo wszyscy stale czegoś od niej oczekują. "Żeby już wreszcie nikt ode mnie niczego nie chciał" - mówi. Przypomniałam sobie, że kiedyś w stanach zmęczenia też tak mówiłam i było to chyba mówienie w "złą godzinę".

      Tyle ludzkiego cierpienia na Haiti! Dobrze, że i u nas podawany jest numer konta, na który można tam wysyłać pieniądze. Wszędzie jest tak dużo ludzi potrzebujących wsparcia. Mój mąż każdego miesiąca wysyłał pieniądze na rzecz różnych fundacji i organizacji charytatywnych i bardzo tego pilnował. Aż boję się, czy będę w stanie to wszystko kontynuować.



  
 
wtorek, 12 stycznia 2010
Syn proponuje mi wyjazd. "Pojedź, mamo, gdzieś, może do Zakopanego, zawsze tam lubiłaś być. Odpocznij sobie po tym wszystkim". Rzeczywiście, lubiłam, ale sama??? Nie! Nie pojadę! Tam zawsze byłam razem z mężem. Zresztą, my wszędzie byliśmy razem. Nigdy nie wyjeżdżaliśmy oddzielnie. Kiedy czasami słyszę o młodych małżeństwach, które zastanawiają się, jechać na urlop razem czy oddzielnie, po prostu nie rozumiem.

   Na cmentarzu oczywiście wszystko pokryte ogromną czapą śniegu, tylko anioł zawieszony na dużej świerkowej gałęzi wystawia swoje skrzydła wśród połyskujących obok bombek. W dalszym ciągu nie wiem, kto tę "choinkę" zawiesił, komu chciało się zadać sobie ten trud. Ale nie muszę wiedzieć.
 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast