Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
wtorek, 31 stycznia 2012

Zrobiłam kilka zdjęć zmrożonej Warszawy. W miejscach, gdzie zawsze jest mnóstwo ludzi, teraz są pustki, mimo że to południe.

 

Przed Zamkiem Królewskim stoi jeszcze choinka.

 

 


 

Na Krakowskim Przedmieściu też pusto.


 

Ulica Podwale. Wzdłuż Podwala ciągną się mury obronne starej Warszawy, zbudowane w XIV stuleciu, rekonstruowane na przestrzeni wieków. Po drugiej wojnie światowej odbudowane w latach pięćdziesiątych.


 

 Na Kapitulnej zupełnie pusto.

 

 Samochodów ci u nas dostatek.

 

Niżej dalszy ciąg ulicy murów obronnych, w głębi widać Barbakan.

 

 

 

piątek, 27 stycznia 2012



Nic mnie tak nie denerwuje jak prostacki, wulgarny język. Rano słuchałam jakiejś dyskusji publicystów. Prominentny dziennikarz, człowiek, który przecież musiał otrzeć się o jakieś szkoły, używał słownictwa, jakie kiedyś kojarzono z rynsztokiem, nie po raz pierwszy zresztą mówił w ten sposób. Niestety większości stacji radiowych, nie tylko komercyjnych, pojęcie "kultura języka" jest teraz zupełnie obce, a jeszcze tak niedawno z radia można było uczyć się pięknej polszczyzny.

Potem czytałam dyskusję na jednym z blogów. Załamałam się. Blog jest ciekawy, pisany ładnym językiem i w żadnym przypadku nie wymaga tak wulgarnych komentarzy, jakie tam wpisywały niektóre damy!!!

Ludzie  popisują się swoim prostactwem językowym. Ostatnio stał się na przykład modny przymiotnik na 'z' i teraz wszystko jest określane tym przymiotnikiem. Czy naprawdę nie można już znaleźć w głowie innego wyrazu, synonimu, tylko ten jeden? Wszystko musi być z.......... ! Przykłady można by mnożyć.

Niedawno słyszałam fragment jakiegoś wywiadu z aktorką Magdą Zawadzką. W tym wywiadzie była mowa o "zdziczeniu, ogłupieniu i schamieniu społeczeństwa". Nic dodać, nic ująć.

środa, 25 stycznia 2012

 Dzisiaj, szukając czegoś w swojej szufladzie, natknęłam się na stare bilety wstępów. Oczywiście postanowiłam kilka z nich zeskanować. Ten pierwszy bilet, sprzed kilku miesięcy, to wejściówka do parku w Wilanowie. Znalazłszy go, uświadomiłam sobie, jakie ładne są teraz te bilety, aż chce się je zostawiać na pamiątkę.

 

Drugi bilet, zamieszczony niżej, należał do mojego męża, kupił go, wchodząc na corridę w Madrycie, kiedy tam byliśmy. Bilet jest tylko jeden, ponieważ ja odmówiłam pójścia na ten spektakl. 

 

W Paczkowie byliśmy przejazdem, jadąc do Szklarskiej Poręby. Już nie pamiętam, kiedy to było, zatarły się szczegóły, ale wiem, że miasto mi się podobało.


 

Następny bilet pochodzi z Egiptu, zwiedzaliśmy z nim zabytki z XIII w p.n.e. (świątynię Ramzesa II i Nefertari) w Abu Simbel. Był to lipiec, upał straszny.

 

I na koniec bilet wstępu do Muzeum Nikifora w Krynicy. Byłam tam wiele razy. Na obrazy Nikifora zawsze patrzyłam z dużą przyjemnością. Prawda, że ładny jest ten bilet?

 

Biletów zachowało mi się mnóstwo. Każdy z nich to oddzielne wspomnienia i dlatego ręka drży przed wyrzucaniem ich, ale szuflady nie są z gumy.

 

niedziela, 22 stycznia 2012

      

Pokazano mi niedawno to zdjęcie kapliczki wycięte z jakiegoś pisma. Matka Boska stoi na stercie worków. W pierwszej chwili pomyślałam sobie, że kapliczka na pewno znajduje się gdzieś na terenach powodziowych, a worki z piaskiem symbolizują walkę człowieka z wodą. Byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że to nie tereny powodziowe, tylko Szymanów, na Mazowszu, a kapliczka stoi obok starego młyna. Worki oczywiście są wypełnione mąką. Nie wiem, kiedy tę kapliczkę wzniesiono, stary młyn na pewno też już nie funkcjonuje, gdyż w latach pięćdziesiątych wybudowano tam nowy wielki młyn, który teraz przerabia 800 ton pszenicy na dobę, mąka szymanowska jest znana, można ją kupić w każdym sklepie. A kapliczka oryginalna i ciekawa.

 

sobota, 21 stycznia 2012

Siedzę przy biurku, na którym znajduje się komputer i jem obiad, suszone pomidory z bułką i bazylią. Kto słyszał, żeby na obiad jeść suszone pomidory i bułkę? A poza tym, jak można jeść cokolwiek przy biurku, nad klawiaturą komputera? W radiu śpiewa Anthony Ouinn. Nawet mi to wszystko pasuje do siebie, tylko jeszcze słońce by się przydało. Co parę minut z dachu mojego domu spadają duże warstwy śniegu, głośno uderzając w zewnętrzną część parapetu, za każdym razem podskakuję trochę przestraszona.

Przed południem jeździłam do cukierni po ciasto. Stałam w ogromnej kolejce, ale nic dziwnego, bo to przecież karnawał. Największym powodzeniem cieszyły się faworki. Ja po raz pierwszy zauważyłam tam ciasto orkiszowe i kupiłam kawałek "na spróbowanie" w domu. Próba wypadła bardzo pozytywnie, ciasto jest wspaniałe.

A teraz zmieniam nastrój. Rano pogrążyłam się w ciemnościach historii. Czytałam książkę Agaty Tuszyńskiej "Oskarżona: Wiera Gran". Wiera Gran to piękna, utalentowana żydowska śpiewaczka, z warszawskiego getta, aktorka kabaretowa i filmowa. W getcie występowała razem z Władysławem Szpilmanem, Szpilman grał na fortepianie, Wiera Gran śpiewała.  Z Polski wyjechała w 1950 roku, występowała w różnych miejscach na świecie, ale świat nie był dla niej łaskawy, ciągnęła się za nią przeszłość i zniesławienie, gdyż po wojnie oskarżono ją o kolaborację z gestapo. Autorka biografii, Agata Tuszyńska, zapisała tragiczną historię tej kobiety, rozmawiała z Wierą Gran w Paryżu, przez kilka ostatnich lat jej życia (oczywiście z przerwami), kiedy dawna gwiazda była już bardzo zgorzkniała i nieszczęśliwa. Głównym pytaniem, jakie po przeczytaniu tej biografii pozostaje bez odpowiedzi, jest:"niewinna czy kolaborantka"?
To już kolejna książka tej autorki. Dobrze się ją czyta, bo Agata Tuszyńska umie ładnie pisać.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Zawsze chciałam pojechać do Gruzji, bo to bardzo ciekawy kraj i ludzie są niesamowicie gościnni, podobnie gościnnych już chyba nie ma gdzie indziej na świecie. O tej gościnności Gruzinów wiem między innymi od męża, który kiedyś w Gruzji był służbowo, dużo tam zwiedził, zrobił wiele zdjęć i odwiedził kilka domów. Przypomniało mi się to teraz, ponieważ już dosyć dawno przyniosłam z biblioteki książkę napisaną przez pierwszą damę Gruzji. Jest to "Historia idealistki", wspomnienia żony prezydenta Micheila Saakaszwilego. O tej książce zupełnie zapomniałam, ale dzisiaj przed południem biblioteka przysłała mi maila z prośbą o jej zwrot, ponieważ już ustawiła się po nią kolejka. Zabrałam się więc szybko za czytanie i prawie przez cały dzień nie mogłam się od niej oderwać, bo książka jest naprawdę ciekawa. Autorka, Sandra Elisabeth Roelofs, Holenderka z pochodzenia, piękna kobieta, świetnie wykształcona opisuje swoje życie u boku Miszy - jak nazywa swojego męża - najpierw w Stanach Zjednoczonych, a potem w Gruzji. Integracja ze społeczeństwem gruzińskim, macierzyństwo, opisy kraju, ludzi, zwyczajów, kuchni, a wszystko na tle napięć politycznych - to chyba najciekawsze partie tej książki. Pani Roelofs zadedykowała ją Marii Kaczyńskiej, "najlepszej przyjaciółce spośród znanych jej pierwszych dam", ostatni rozdział także jest poświęcony Marii Kaczyńskiej. Jeszcze zostało mi trochę stron do przeczytania, ale jutro już będę mogła ją zwrócić.

A jeśli chodzi o inne sprawy, to dzisiaj zepsuła mi się nowo kupiona drukarka. Mam szczególnego pecha do tych urządzeń.

Wieczorem przyszedł do mnie syn, znów mu trochę marudziłam, chociaż wcześniej obiecałam sobie, że nie będę na nic narzekać, ale tak już z matkami jest, że czasami za bardzo chcą tym nawet już dorosłym dzieciom doradzać. Muszę się bardziej pilnować.

niedziela, 15 stycznia 2012


I znów była dosyć długa przerwa w pisaniu. Przepraszam moich Czytelników, którzy w tym czasie tu zaglądali. Kiedy życie dostarcza zbyt wielu problemów, wtedy lepiej zamilknąć.

Nowy rok rozpoczęłam typowo. Choinkę rozebrałam, abonament za telewizor zapłaciłam (chociaż nie widzę sensu tej opłaty), podatek od użytkowania wieczystego gruntu pod mieszkaniem, który wzrósł trzykrotnie w stosunku do poprzedniego roku, też uiściłam, kalendarze przepisałam, ostatnich gości imieninowych przyjęłam w poprzednia środę.

A poza tym nie cieszy mnie ta zima, ślisko, zimno, byle jak. Ne miałabym nic przeciwko temu, żeby w dalszym ciągu była jesień, tak jak dotąd.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie w ten zimowy wieczór i bardzo skruszona obiecuję, że będę starała się pisać częściej niż ostatnio, a co z tego wyjdzie, zobaczymy:))



piątek, 06 stycznia 2012

 

 

           „Mroźna to była wyprawa;
Najgorsza pora roku
Na podroż, zwłaszcza tak długą:
Drogi tonące w śniegu i lodowaty wiatr,
Najokrutniejsza zima.”

                       T.S. Eliot: "Podróż Trzech Króli"

czwartek, 05 stycznia 2012

Dostałam e-mail na pocztę gazetową, w którym jedna z moich czytelniczek usiłuje mnie przekonać, że nie miałam racji pozytywnie oceniając program Prezydentowej. Rety!!! Pozytywnie??? Czy moja ironia była naprawdę trudna do zrozumienia? Wydawało mi się oczywiste: ten program, który widziałam w Nowy Rok, uważam za bzdurny (to bz- można nawet usunąć). W przyszłości muszę chyba pisać jednak bardziej dosłownie.

Z jednej strony jestem zadowolona, że nie ma jeszcze śniegu ani mrozu, a z drugiej, nie podobają mi się te huragany i zmiany ciśnienia. Wczoraj w nocy moją koleżankę pogotowie zabrało do szpitala z bardzo wysokim ciśnieniem, chociaż nigdy z ciśnieniem nie miała kłopotów. Zima chyba jednak nadchodzi, bo w sklepie obok mojego domu pojawiła się bielizna termiczna, a także nakładki antypoślizgowe na buty i wkładki ocieplające do butów.  Oczywiście nie potrzebuję tych wkładek, ale byłam ciekawa, na jakiej zasadzie działają. Okazało się, że do nich doczepiane są baterie, dzięki którym wkładki się podgrzewają. Nie wiem tylko, ile kilometrów można przejść, zanim te baterie się wyczerpią.

Jutro święto, może uda mi się trochę poczytać. Kilka dni temu przyniosłam z biblioteki stertę książek, ale jakoś nie mogę za nie się zabrać, ostatnio mam też zaległości w czytaniu Waszych blogów. To chyba przez tę pogodę:)

 

środa, 04 stycznia 2012

Kupiłam sobie nowy fotel biurowy, do komputera. Jest bardzo wygodny, z zagłówkiem, obrotowy, dobrze wyprofilowany, nic dziwnego, że kiedy na nim usiądę, zaraz mi się chce spać. Kilka dni temu kupiłam sobie także nowe "urządzenie wielofunkcyjne", to znaczy, drukarkę, skaner i kopiarkę w jednym. Cały sprzęt jest więc odnowiony, teraz przydałaby się jeszcze tylko operacja plastyczna dla mnie i byłby komplet.

Święta były bardzo przyjemne, pierwszy dzień z rodziną, drugi z przyjaciółmi i ich córką oraz malutką wnuczką.

W środę po świętach byłam na urodzinach mojego sąsiada, profesora. Kiedyś już o nim tutaj pisałam. Pan Profesor właśnie skończył 98 (!) lat, nieźle się czuje, ładnie wygląda. Jest pogodnym, niezwykle ujmującym człowiekiem, o szczególnie bogatej przeszłości patriotycznej. Bardzo interesująco o wszystkim opowiada, a pamięć ma doskonałą. Jest także ogromnie ciekawy świata współczesnego, codziennie prosi opiekunkę o czytanie mu prasy (sam ze względu na słaby wzrok nie może długo czytać). Niestety, teraźniejszość przyprawia go o bardzo złe uczucia.

Nowy Rok spędziłam sama, dużo czytałam. Trochę żałowałam, że zapomniałam posłuchać koncertu noworocznego z Wiednia, chociaż wtedy miałam telewizor włączony, a klikając w tym czasie pilotem, trafiłam na epokowy program, w którym była pierwsza dama zgłębiała temat niezwykłej wagi: czy obecna w studio czterokrotna rozwódka jest singielką, czy tylko zwykłą rozwódką. Malkontenci niesłusznie na telewizję narzekają, jak widać, czasami można w niej obejrzeć naprawdę coś wartościowego. Bardzo wartościowego!

Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast