Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
poniedziałek, 28 lutego 2005

"Dziwne, jak wielką wagę może mieć jeden dzień w życiu człowieka" - mówił Pierre La Mure w książce o Feliksie Mendelsonie "Miłość niejedno ma imię". Ten dzień dzisiejszy w moim życiu chyba nie należał do szczególnie istotnych. Ledwie się zaczął, już się skończył i mimo że teraz - wieczorem - czuję się  zmęczona, niewiele dzisiaj zrobiłam. 

Między innymi czynnościami zajrzałam do kilku blogów, do niektórych nawet kilka razy. Bo lubię. Lubię ich autorów i lubię to, co piszą. Tak jak Babeczkaaa, ja również unikam czytania tekstów pisanych na czarnym tle. Nie mam najgorszych oczu, ale one też nie mogą sprostać tym blogowym czerniom.

Nie wracam także do blogów z wulgarnym słownictwem. Nie czytam ich. Bo nie lubię. Wszędzie dookoła, na ulicy, w autobusach, w innych miejscach publicznych jest tak dużo ordynarnego, wulgarnego słownictwa, że mam tego dosyć i tutaj wybieram  teksty pisane kulturalnym językiem.

niedziela, 27 lutego 2005

Kilka dni temu czytałam w "Rzeczpospolitej" wspomnienia o pewnym zmarłym właśnie dziennikarzu sportowym. Wspomnienia ładne, wzruszające, jakie zwykle w takich smutnych sytuacjach się pisze. Było tam między innymi zdanie, które zwróciło moją uwagę - może niezbyt dokładnie powtarzam - "był dobry dobrocią człowieka z podbiałostockiej wsi" /bo ów dziennikarz pochodził spod Białegostoku/. Zastanawiam się, w jaki sposób miejsce urodzenia określa charakter człowieka? Czym się różni charakter człowieka z podbiałostockiej wsi od na przykład charakteru człowieka z podpoznańskiej wsi?

Jeśli chodzi o "białostocką wieś" - pozwolę sobie na duże uogólnienie - jestem przekonana o tym, że tam mieszkają dobrzy i ciekawi ludzie, nie tylko tacy jak w książkach Redlińskiego. Wielokrotnie miałam okazję sama tej ich dobroci doświadczyć. A swoją drogą chyba coś tu jest na rzeczy, bo wśród wielu moich znajomych panuje opinia, że "nie ma to jak żona z Białegostoku".

czwartek, 24 lutego 2005

Jak poprawić nastrój w taki brzydki lutowy dzień? Polecam jeden z moich sposobów: kieliszek /nie więcej!/ dobrego likieru. Mój mąż wyspecjalizował się w robieniu nalewek. Chyba już kiedyś wspominałam o jego cudownie pachnących jesienią złocistych nalewkach z róży, z wiśni, z czarnej porzeczki. Ja bardzo lubię likier czekoladowy i kawowy.

 A teraz podam specjalny przepis z książki Lucyny Ćwierczakiewiczowej "Jedyne praktyczne przepisy konfitur, różnych marynat, wędlin, wódek, likierów, win owocowych, miodów oraz ciast" /1885 rok/. Dedykuję go Pinesce 40. Cytuję ten przepis w oryginalnej pisowni.

"Sławny likier zwany Scoubacque": Wziąść duży szklany słój, włożyć w niego 8 malinowych pomarańcz, każdą nakłówszy dwoma goździkami, 6 dojrzałych cytryn, każdą nakłóć jednym goździkiem, dalej włożyć laskę wanilji i kawałek cynamonu 6 cali długi. Nalać to garncem spirytusu najwyższej próby, najczystszym jaki można dostać, tak aby spirytusu było na wysokość drugie tyle co pomarańcz i cytryn i postawć (...) na dni 20, obwiązawszy słój pęcherzem. Po dwudziestu dniach przekroić pomarańcze na połowę i wycisnąć w spirytus, w którym leżały, cytryny wyjąć i wyrzucić, cały spirytus przecedzić przez gęsty muślin i na każdą kwartę dolać syropu zrobionego z dwóch funtów najlepszego cukru, maczając tylko cukier w wodzie ile w siebie przyjmie. Syrop należy rozbierać spirytusem powoli, aby się klarował sam przez się a likier będzie gotowy, potrzeba go tylko przefiltrować, a zlawszy w suche butelki zostawić na trzy miesiące w spokojności. Likier taki nie ustępuje w niczem najsławniejszym zagranicznym".

 

środa, 23 lutego 2005

U mnie już prawie wiosna. Kupiłam dzisiaj nasiona kwiatów na taras: godecja wielkokwiatowa i nemezja powabna /nemezja powabna -jaka ładna nazwa!/. Te kwiatki, obok wielu innych,  miałam w ubiegłym roku i bardzo nam się podobały, bo pięknie i długo kwitły. 

Leżą sobie teraz przede mną te kolorowe torebki nasion i kiedy na nie patrzę, od razu robi się radośniej.

Dzisiejszy wieczór spędziłam na przeglądaniu dziewiętnstowiecznej "Encyklopedii staropolskiej"  Zygmunta Glogera. To jedno z moich ulubionych zajęć. "Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest - swoje, obowiązek", takie motto przyświeca dziełu. 

Czytam treść przypadkowego hasła, akurat na czasie (post): "GRAMATKA, polewka albo farmuszka gęsta z wody i piwa (lub wina) i tartego chleba, w czasie postu od wieków na stołach polskich podawana(...) Sędziwe niewiasty, pamiętające jeszcze koniec wieku XVIII, opowiadały piszącemu to, że za ich młodości powszechnem było w domach szlacheckich podawanie na post gęstej polewki zwanej "gramatką", przyrządzanej z piwa, tartego chleba(częściej razowego, niż pytlowego), masła i soli." Ciekawa jestem, czy znalazłby się ktoś, kto teraz w poście jada gramatkę. Chociaż, moim zdaniem, ta potrawa może być nawet smaczna, jeśli zamiast soli dodamy trochę cukru, tylko to masło nie bardzo mi tutaj pasuje. Ale czy po takich zmianach byłaby to jeszcze "gramatka", o jakiej pisze Gloger?

wtorek, 22 lutego 2005

Kiedy Cathy dowiedziała się, że jej matka żyje, była najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Przez tyle lat jej szukała, śniła o niej po nocach. Przysłała mi dziesiątki e-maili, pisząc o swojej radości i o swoich lękach związanych z perspektywą spotkania.

 Najpierw przez miesiąc się odchudzała, żeby wywrzeć na matce jak najlepsze wrażenie, kupiła sobie nowe sukienki i wybrała się w długą podróż samochodową - bo nie lata samolotami - na drugi koniec Stanów, zabrała ze sobą dokumenty potwierdzające jej tożsamość oraz prezenty dla matki.

 Na miejscu najpierw spotkała się z kuzynkami, które ją serdecznie przyjęły, chociaż o jej istnieniu dowiedziały się tydzień wcześniej.

 Matka, osiemdziesięcioletnia dziś kobieta, niestety, nie przyznała się do niej. Wyparła się jej i nie chce żadnych kontaktów, nie chce się przyznać do tego, że kiedyś zrezygnowała z własnego dziecka, chociaż Cathy nie ma do niej o to żalu. Ale Cathy nie rezygnuje, telefonuje do matki co kilka dni, sprowadza dla niej polskie smakołyki, wysyła jej życzenia i drobne prezenty na święta i urodziny. Matka przez cały czas milczy i wygląda na to, że nigdy tej swojej córki nie zaakceptuje. Ale Cathy ją rozumie i jest niezwykle szczęśliwa, że spełniło się największe marzenie jej życia, że poznała swoją matkę.

poniedziałek, 21 lutego 2005

Od kiedy zaczęłam mieć kontakty z Amerykanami - a właściwie Amerykankami, mam tam bowiem kilka przyjaciółek -  stale ktoś przypomina sobie o polskich korzeniach w swojej rodzinie i bywam wciągana w różne próby rozwikłania ich zagadek rodzinnych. 

 Kilka lat temu poznałam Cathy,  Amerykankę, która wiedziała o swojej przeszłości tylko tyle, że jej matka pochodziła z Polski, a ojciec był Niemcem. Dowiedziała się tego dzięki informacjom z PCK. Po wojnie Cathy została adoptowana przez amerykańską rodzinę i przez nią była wychowywana. Ale przez cały czas myślała o swojej naturalnej matce i bardzo chciała ją odnaleźć, mimo że miała już własną rodzinę i ustabilizowane życie. Kilka dni po naszym poznaniu się, Cathy przysłała  mi maila z pytaniem, "czy R. leży koło Warszawy? Mogłabyś odnaleźć moją matkę?" Prosta sprawa!! Odnaleźć człowieka w czterdziestomilionowym kraju, nie mając prawie żadnych danych!

Według informacji PCK matka miała pochodzić z R. R. - ta nazwa była straszliwie przekręcona, długo rozwiązywałam ten rebus, aby ustalić prawdziwą nazwę wsi. Kiedy mi się to udało, zauważyłam w moim atlasie samochodowym, że w różnych stronach kraju jest kilka wsi o tej nazwie. Z której R. pochodzi matka Cathy?  Drogą dedukcji wytypowałam jedną wieś, zatelefonowałam pod przypadkowy numer, a że na wsi ludzie dużo o sobie wiedzą, skierowali mnie do właściwej rodziny, do wujka mojej Cathy. Okazało się jednak, że matki Cathy tam nie ma, bo ona zaraz po wojnie z Niemiec, dokąd była wywieziona na roboty, wyjechała do Ameryki i tam się osiedliła, w stanie bardzo odległym od tego, w którym mieszka Cathy. Ale zaskoczenie! Nikt nigdy nie słyszał o istnieniu Cathy. cdn.

czwartek, 17 lutego 2005

Źle, źle, tragicznie! Chciałam szybko zadzwonić do syna. Wyciskam kolejne cyfry numeru i złoszczę się, bo "nie ma sygnału".  - Dlaczego się znęcasz nad tym pilotem? - pyta mąż. O, rety! Ta technika mnie przerasta! A może to ...? Ojej, nawet nie wymienię tego słowa;)

Dzwonek do drzwi. Młody człowiek z jakimiś papierami w rękach zbiera pieniądze na rzekomo głodne dzieci /tragiczne, nigdy nie wiem, co o tym myśleć/.

Za pół godziny następny dzwonek - dziewczyna proponuje bilety do teatru Studio /nieźle/.

 Następny dzwonek - mężczyzna z paletami pełnymi cud-jajek usiłuje mnie poinformować o  niezwykłych właściwościach swoich kur /wierzę, ale nie potrzebuję/.

 I wreszcie Rumun o bardzo zaczerwienionej twarzy ma nadzieję, że się pozbędzie na moją rzecz mocno utytłanego w błocie dywanu, który przywlókł ze sobą /jak wyżej/.

 I pomyśleć, że dom jest zamykany, a ja dzisiaj miałam zamiar pracować w domu.

Jedyną osobą zainteresowaną tymi rozlicznymi dobrami był mój przemiły, uroczy sąsiad, samotny, bardzo starszy pan, który uprzejmie zapraszał wszystkie te osoby do swojego mieszkania.

Kiedy kilka dni temu pisałam o Elementarzu Falskiego, przypomniałam sobie, że gdzieś mam jeszcze inny, znacznie starszy elementarz. Długo go szukałam, bo jest to cienka broszurka i skutecznie mi się zagrzebała wśród innych książek.

Wydany w 1909 roku "Elementarz, na którym nauczysz czytać w 5 lub 8 tygodni" . Autorem jest Konrad Prószyński, bardziej znany pod pseudonimem - Kazimierz Promyk. W okresie niewoli Elementarz Promyka był jedyną książką dla wielu pokoleń polskich dzieci, a także dla dorosłych. Był potężnym narzędziem walki z  analfabetyzmem na wsiach.

 Kaiążeczka wydana w nakładzie 1 miliona 50 tysięcy egzemplarzy (!) zaczyna się tymi słowami: "Bracie! Kiedy sam umiesz czytać, a chcesz dobry uczynek spełnić, to naucz czytać tego, kto jeszcze nie umie. Bóg cię za to nagrodzi, a ten, kto się nauczy od ciebie czytać, będzie tak zawsze wdzięczny, bo zrobisz mu lepiej, niż gdybyś dał kupę złota".

Przypuszczam, że w dzisiejszych czasach znaleźliby  się u nas jednak ludzie, którzy przedłożyliby ową "kupę złota" ponad  umiejętność czytania i pisania. A może się mylę.

wtorek, 15 lutego 2005

Do domu moich rodziców przychodził pan Morawski, człowiek starszy, trochę niedołężny, o bardzo zaniedbanym wyglądzie.

 Pan Morawski mieszkał niedaleko od nas. Wchodził, witał się, mówiąc: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus", bo był to człowiek pobożny i tradycyjny. Siadał przy stole w naszej kuchni i spod swojego szarego, obszernego płaszcza wyjmował paczki zawinięte w stare gazety. W tych zawiniątkach były wspaniałe książki, nowo kupione, pachnące jeszcze drukarnią: drogie albumy malarstwa, książki fiozoficzne, historyczne i powieści. My, dzieci, zaglądaliśmy z boku z niezwykłą ciekawością i nie mogliśmy się doczekać, kiedy będzie wolno nam do nich zajrzeć.

Pan Morawski przynosił je do nas, żeby się nimi nacieszyć. Ze szczęściem na twarzy oglądał obwoluty, zachwycał się zdjęciami, czytał co ciekawsze fragmenty moim rodzicom, a potem prowokował do dyskusji. Pięknym językiem streszczał nam te książki i zachęcał do przeczytania.

Nieuchronnie zbliżał się jednak bardzo przykry moment, kiedy pan Morawski musiał rozstać się ze swoimi skarbami. Zostawiał książki u nas na przechowanie, aby je uchronić przed żoną. Jego żona, pani Filomena, prosta kobieta, nie rozumiała jego pasji czytelniczych i nie godziła się na kupowanie książek, co było powodem jego wielkiego cierpienia.

 Pamiętam opasły album pt. „Malarstwo europejskie w zbiorach polskich”, który zostawił u nas na długi czas i który często przeglądaliśmy. Dzisiaj, po wielu latach, kiedy biorę do ręki kolejne wydania tego „Malarstwa europejskiego...”, zawsze przypomina mi się pan Morawski i jego pasje bibliofilskie.

poniedziałek, 14 lutego 2005

Moja przyjaciółka z Anglii, Yvonne, dała mi dzisiaj ciekawy drobiazg, łyżeczkę. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że ta łyżeczka zakończona jest figurką siedzącego psa. Ten piesek to "Greyfriar's Bobby".

Jak głosi legenda, jego właściciel, rolnik, pojechał do  Edynburga, żeby sprzedać swoje zwierzęta. Tam zachorował i zaraz umarł. Mały piesek, Bobby, podążał za trumną swojego pana, który został pochowany na cmentarzu (Greyfriar`s Churchyard). Pies spędził noc na jego grobie. Następnego dnia znów pobiegł na cmentarz, ale dozorca wypędził go stamtąd. Właściciel gospody karmił biednego psa, który każdego wieczora chodził na grób swojego pana, mimo że stale był stamtąd wyrzucany. W końcu miejscowi ludzie zwrócili się z prośbą do władz miasta, żeby pozwoliły psu sypiać na tym grobie. Tam wierny pies spędził resztę życia. Obok grobu swojego pana

Greyfiar's Bobby ma swój psi pomnik. Greyfiar's Bobby

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast