Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
piątek, 27 lutego 2009

Jestem wielką amatorką śledzi. Kupiłam dużo. W środę je przetwarzałam, a dzisiaj próbowałam. Wszystkie były w oliwie, bo właściwie tylko takie lubię, ale zrobiłam je w różnych wariantach, w siedmiu słoiczkach:

    - śledzie tradycyjne, cebulka, oliwa, sok z cytryny, ziele angielskie, pieprz, listek laurowy 

     - śledzie, czosnek, majeranek, oliwa, sok z cytryny, ziele angielskie... itd.,

     - śledzie, cebulka, drobno posiekane jabłko, oliwa, sok z cytryny, ziele.., itd.

     - śledzie, czosnek, jabłko, oliwa, sok z cytryny,  ziele ....itd.

     - śledzie, cebula, oliwa, sok z cytryny, kolendra

     - śledzie, cebula, oliwa, sok z cytryny, grubo pokrojone śliwki suszone, ziele... itd.

     - śledzie, cebula, oliwa, sok z cytryny,  grubo pokrojone śliwki, dosyć dużo kolendry

W wyniku degustacji stwierdzono, że najsmaczniejsza jest wersja ostatnia, z kolendrą i śliwkami.

      

środa, 25 lutego 2009

Głowa popiołem posypana. Dzień upłynął w ciszy takiej, że aż w uszach dzwoni, bo zarządziłam niewłączanie dzisiaj telewizora ani radia. Bardzo mi taka cisza odpowiada. Od kilku godzin czytam sobie w spokoju zaległe książki. Niestety, często muszę robić przerwy, bo mam coraz większe kłopoty ze wzrokiem, chociaż ostatnie badania oczu wypadły nieźle.

Po południu szukając czegoś w swoich szufladach, natknęłam się na  notatki z dawnych  szkoleń. Już nie mogę sobie przypomnieć, czego te szkolenia dotyczyły i z jakiej okazji się odbywały, ale na jednej z kartek widzę pytanie: "Jak wręczać wizytówki? I odpowiedź: "Wizytówki wymienia się w końcowej fazie rozmowy, najpierw osoba starsza wręcza młodszej (nie odwrotnie), nie można od razu schować wizytówki, należy wykazać zainteresowanie jej treścią". Dalej są jakieś przykłady gaf popełnianych w rozmowach biznesowych, a także rozważania na temat etykiety biurowej. 
Takie to ważne wiadomości skrywają szuflady mojego sekretarzyka. Szkoda tylko, że nie mogę w nich znaleźć tego, co mi naprawdę jest potrzebne.

piątek, 20 lutego 2009

Mój mąż jest odnowiony, to znaczy wrócił wieczorem od fryzjera. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mąż był u pani Basieńki. Pani Basieńka, właścicielka zakładu, jest męsko-damska, to znaczy przez kilka godzin pracuje jako damska, a drugą część dnia spędza w innej części salonu, jako męska, strzygąc panów. Panów pani Basieńka strzyże znakomicie, starannie wykorzystując wszystkie swoje umiejętności i cały obfity wdzięk. Jest artystką w swoim fachu. Mój mąż wyraża się o niej z pełnym entuzjazmem, tym bardziej że - jak mówi - kiedy wychodzi z salonu, jest żegnany czułym: "pa, pa". I jak tu nie lubić pani Basieńki?

 Natomiast jeśli chodzi o pracę na rzecz pań, jest niestety trochę inaczej. Pani Basieńka czesze wszystkie kobiety jednakowo, tak samo, pod sznurek. I koniec. Kiedy nieśmiało mówię: "Pani Basieńko, tylko proszę nie za krótko", mogę być pewna, że w wyniku zabiegów pani Basieńki moja głowa niewiele będzie różnić się od głowy rekruta z poboru. Być może najlepszym wyjściem z tej sytuacji byłoby zacząć chodzić do pani Basieńki wtedy, gdy pracuje ona jako męska, gdy jest artystką. Zobaczymy. Na razie jednak z bólem rozstaję się z panią Basieńką.

A teraz coś poważniejszego. Dzisiaj przeczytałam książkę "Mitologia wspomnień". Autorem jest Piotr Parandowski, archeolog i dokumentalista, syn znanego pisarza, znawcy kultury starożytnej, Jana Parandowskiego. Piotr Parandowski pisze o swoich rodzicach, o ludziach im bliskich, o słynnych odkryciach archeologicznych, wspomina sławnych profesorów, Michałowskiego, Kumanieckiego, a także znanych pisarzy i ich środowisko. Muszę jednak powiedzieć, że biorąc pod uwagę rodzinny "stan posiadania" autora, spodziewałam się, że te wspomnienia będą nieco wnikliwsze.

Jutro ostatnia faworkowo-pączkowa sobota. Dobrze, że ostatnia. Od środy narzucam sobie reżim jedzeniowy i nie tylko jedzeniowy.

środa, 18 lutego 2009

Wieczorową porą, kiedy za oknem sypie śnieg i mróz skrzypi pod butami, kiedy wszystkie roboty skończone, możemy wreszcie spokojnie usiąść w salonie wokół ustawionego na stoliku samowara. Trzeba wlać do samowara wodę, włożyć do niego rozżarzony węgiel i rozdmuchać ogień (najlepiej, kiedy to zrobi służący), a potem zaparzyć mocną herbatę w ustawionym na wierzchu małym czajniczku. Gorącą herbatę przez kranik rozlewamy do filiżanek, podajemy konfitury, najlepiej z wiśni, a także cukier w kostkach. Na wschodzie piło się zawsze bardzo gorącą, gorzką herbatę, trzymając w ustach kostkę cukru. Dla najbardziej zziębniętych można podać kieliszeczek, a jeszcze lepiej, małą filiżaneczkę (albo czarkę z kamionki) gorącego krupniku. Myślę tu, oczywiście, o litewskim likierze, nie o zupie. Krupnik przygotowujemy, gotując miód ze spirytusem z dodatkiem wody i przypraw (laska wanilii, goździki, cynamon, gałka muszkatołowa). 

 Ten samowar na zdjęciu pochodzi z mojego domu rodzinnego, a teraz znajduje się u mnie. Jest wyprodukowany w Tule. Tuła - miasto w Rosji, położone na południe od Moskwy - jest ojczyzną samowarów. Używałam go może ze dwa razy kiedyś, dawno. Teraz postanowiłam na ostatki znów zrobić herbatkę z samowara.

      

Samowary mają różne kształty, na przykład takie jak te:

      Krater Shaped Samovar 

      Massive Conical Shaped Samovar

      Elegant Inverted Pear Shaped Samovar

      Conical Shaped Samovar     (http://www.russiansamovars.com)       
           

  

niedziela, 15 lutego 2009

W górach śnieg. Na Kasprowym 2 metry, szlaki zasypane. Telewizja podaje, że wczoraj dwoje turystów wybrało się w nocy w góry. Poszli o 23.40 z Zakopanego (z Kuźnic) na Halę Gąsienicową. Zgubili trasę, byli wycieńczeni, wezwali GOPR, nad ranem ich odnaleziono.

Wielokrotnie przechodziłam ten szlak. W lecie pod górę idzie się około półtorej godziny. Nawt podczas dnia - jak wszędzie w górach - trzeba tam zachować ostrożność, zwłaszcza w pobliżu Przełęczy między Kopami.  Uważam, że taka nocna wycieczka to skrajna głupota i sami "turyści" powinni zostać obciążeni słonymi opłatami za te poszukiwania.

sobota, 14 lutego 2009

Pieczenie chleba. Ilustracja z "Płomyczka" (1938 nr 3)       

            

Kiedy byłam dzieckiem, czasami mama robiła nam cukierki, krówki. Już nie pamiętam dokładnie całego procesu gotowania, pamiętam tylko, że gotową masę mama wylewała na półmisek, a po wystygnięciu kroiła ją w kostkę i te kosteczki zawijaliśmy w kolorowy celofan. Bardzo nam te krówki wtedy smakowały.

Jak już wczoraj wspomniałam, w starym "Płomyku" (1938 rok, nr 20) zauważyłam przepis na cukierki mleczne. Teraz go przepisuję:

                       Cukierki mleczne

"Żeby otrzymać doskonałe cukierki (a cukier jest dzieciom potrzebny w dużej ilości), trzeba szklankę mleka ugotować z łyżką masła, potem dusić w rondelku powoli dosypując po trochu 1/4 kilograma cukru, przy czym trzeba ciągle mieszać, żeby się masa nie przypaliła. Jeżeli odrobina wyjęta na zimny talerzyk tężeje, to znaczy, że cukierki gotowe. Trzeba masę cienką warstwą rozłożyć na półmisku i póki ciepła pokroić w kwadraciki. Gdy cukierki wystygną, można jeść i częstować."

Tyle przepis. Mam wątpliwości co do stwierdzenia, że cukier w dużej ilości jest dzieciom potrzebny, ale jeśli tak uważano, niech będzie. Teraz to podobno biała śmierć. Pamiętam, że  cukierki, które gotowała moja mama, były ciemne, niemal brązowe. Nie wydaje mi się, żeby te z przepisu miały być ciemne, więc chyba to były różne przepisy. Ale teraz i tak mało kto je cukierki, więc nie ma to znaczenia.
A przy okazji, czy ktoś pamięta krówki z Milanówka? Ciekawe, czy jeszcze są w sklepach?

piątek, 13 lutego 2009

Wszystkim, którzy mają trudności z zasypianiem, radzę tuż przed pójściem do łóżka wypić gorącą herbatkę z melisy. Sprawdziłam wielokrotnie, mnie pomaga. Piszę to, ponieważ często czytam na blogach o kłopotach z bezsennością.

Dzisiaj usiłowałam pozbyć się nadmiaru rzeczy ze swoich szuflad. Jakoś nie bardzo mi się to udało. Czyż mogę wyrzucić stare listy, jakieś pamiątkowe zakładki do książek, zasuszone kwiatki z dalekich stron, laurki dziecięcą reką malowane, nie mówiąc już o fotografiach  i innych drobiazgach? Zostawiam wszystko, niech te "pamiątki" leżą, niech szuflady nadal się nie domykają, nie wyrzucę ich, chociaż wiem, że następne pokolenie nie jest sentymentalne i moje pamiątki nikomu poza mna już nie będą wzruszeń dostarczać.

Grzebiąc w tych szufladach, natknęłam się na stosik starych "Płomyczków" i "Płomyków". Są z lat trzydziestych poprzedniego wieku. Mają prawie 80 lat. Ich też nie wyrzuciłam, przeciwnie, usiadłam, przeniosłam się w świat tamtych lat i przez dwie godziny czytałam. Dużo ciekawych rzeczy tam znalazłam, między innymi trochę różnych porad praktycznych. Jutro napiszę, jak zrobić cukierki mleczne.

czwartek, 12 lutego 2009

Dzisiaj mojego zadziwienia ciąg dalszy. Znów zobaczyłam zdjęcia pięknego pałacu, o którego istnieniu dotąd nie wiedziałam. Jest to neorenesansowy pałac Chojnata znajdujący się w miejscowości Wola Chojnata, ok. 65 km od Warszawy, koło Białej Rawskiej. 

             

Więcej zdjęć Pałacu Chojnata można zobaczyć tutaj.            
           

 

środa, 11 lutego 2009

Dzisiaj uległam wielkiemu zadziwieniu! Zaniemówiłam, zobaczywszy tę stronę.    

Kiedy ktoś nas zapyta o znane pałace, które robią wrażenie, możemy wymienić Wilanów, pałac Łazienkowski, pałac w Nieborowie, w Jabłonnie i jeszcze parę innych. A kto słyszał o Pałacu w Suchej Szlacheckiej? Ja dzisiaj dowiedziałam się o nim po raz pierwszy i kiedy zobaczyłam zdjęcia, byłam pod ogromnym wrażeniem. Sucha Szlachecka znajduje się na Mazowszu, około 70 km od Warszawy w stronę Radomia. Jak możemy przeczytać, pałac zbudowano około 1875 roku na miejscu dworu, który został spalony w czasie powstania styczniowego. Na zdjęciach cały zespół pałacowy prezentuje się bardzo okazale. Jak dobrze, że poddano go renowacji. Ile jeszcze takich perełek, o których się wiele nie mówi, jest w Polsce?

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast