Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
sobota, 27 lutego 2010


   Młoda  psycholożka, Dorota, przeżyła ogrom nieszczęścia. W wypadku straciła oboje rodziców i troje rodzeństwa. Jak pisze na swojej stronie, z tym tragicznym doświadczeniem musiała zmagać się sama, ale przede wszystkim musiała zmierzyć się z własnymi myślami i uczuciami. Udało jej się wyjść z tych przeżyć zwycięsko i teraz, jako osoba tak tragicznie doświadczona, a także z racji swojego wykształcenia, zajmuje się pomocą ludziom w żałobie. Dzieli się swoimi przemyśleniami, pomaga odzyskać "siłę i nadzieję", a także  zakłada grupy wsparcia, które mają na celu pomoc osobom pogrążonym w żałobie, pragnącym wrócić do normalnego życia i instruuje, jak takie grupy zakładać w swoim miejscu zamieszkania. 
 Uciekanie od bólu, od tematu śmierci, wypieranie emocji, może tylko stwarzać pozory, że wszystko jest na dobrej drodze. Czas nie leczy ran - pisze Dorota - ważne jest to, w jaki sposób ten czas jest przeżywany i Ona pomaga właściwie ten czas wykorzystać. Myślę, że pomoże wielu ludziom.

Nie podaję tutaj adresu tej strony, ponieważ nie wiem, czy powinnam, gdyż autorka zaznacza, że jest to jeszcze wersja robocza.
czwartek, 25 lutego 2010
Dzisiaj koleżanka poczęstowała mnie ptasim mleczkiem swojej roboty. Ponieważ mi smakowało, poprosiłam o przepis. Podaję go tutaj. Może komuś się przyda.
       Ptasie mleczko Hani:
1. Rozpuszczamy w 1 szklance gorącej wody 10 łyżeczek żelatyny.
2. Tę rozpuszczoną już żelatynę dzielimy na trzy części.
3. 1 żółtko, 2 całe jajka i 3 łyżki cukru miksujemy. Do tego dodajemy cukier waniliowy i jedną część żelatyny, jeszcze miksujemy i wlewamy do tortownicy. Wstawiamy do lodówki. Czekamy, aż zgęstnieje.
4. Przygotowujemy druga warstwę. Miksujemy takie same składniki jak w pierwszej warstwie, z tym że dodajemy jeszcze 3 łyżki kakao. Wlewamy tę masę do tortownicy. Wstawiamy do lodówki i znów czekamy na zgęstnienie.
5. Trzecia warstwa:
Ubijamy 1 szklankę śmietany, 3 łyżki cukru i cukier waniliowy. Oddzielnie ubijamy te 2 białka, które nam pozostały i dodajemy je do śmietany, mieszamy z trzecią częścią żelatyny, wstawiamy do lodówki. Kiedy zgęstnieje, wierzch pokrywamy galaretką.
 

wtorek, 23 lutego 2010
Wczoraj przed południem u okulistki, pod wieczór u dentystki na kontroli.
U dentystki, kiedy siadałam na fotel, usłyszałam pytanie pielęgniarki skierowane do  poprzedniego pacjenta właśnie opuszczającego ten mebel:
 - Panie Henryku, ten pana mostek to mam wyrzucić, czy pan zabierze ze sobą?
 - Tak, jasne, proszę wyrzucić - w pierwszej chwili odpowiedział pan Henryk, ale po sekundzie zastanowienia powiedział:
  - A może niech zostanie, dam wnukowi na pamiątkę!
??? Ta odpowiedź wprawiła mnie w dobry humor, bo od razu wyobraziłam sobie radość wnuka pana Henryka z tak wspaniałego i oryginalnego spadku.
    Ale wracam do swoich przejść stomatologicznych.
    Dentystka przejrzała całokształt, podłubała, popsikała (w końcu za coś muszę zapłacić) i powiedziała, że wszystko w porządku, "ładne ząbki".
- No, to na pół roku mam spokój" - pomyślałam sobie.
Wróciłam do domu, zaczęłam jeść swoje śledzie ze śliwkami i nagle poczułam, że wypadła mi plomba z górnej dwójki. "Ładne ząbki"! Rzeczywiście!  Dzisiaj z samego rana znów byłam w gabinecie dentystycznym.
niedziela, 21 lutego 2010
Miałam bardzo duże wątpliwości, czy dobrze robię, pisząc na blogu o swoim mężu, a także o moich emocjach po tym, co się stało. Po przeczytaniu wszystkich komentarzy, a także e-maili, które dostałam, chyba już wiem, że te moje osobiste wynurzenia na coś się przydały. Zdanie księdza-poety o potrzebie pośpiechu w miłości do ludzi, bo szybko odchodzą, nabrało realnego sensu. Dziękuję Wam za szczere wypowiedzi.

A teraz o czym innym.
Pod moją poprzednią notką na temat haftowanej wersji "Bitwy pod Grunwaldem" Gość, wywnioskowałam, że projektant całego przedsięwzięcia, odsyła nas do galerii, w której można obejrzeć powstawanie dzieła. Zajrzyjcie
tam, bo warto. Jako ciekawostkę podam tylko, że do wyhaftowania tego obrazu potrzeba 90 km nici!
czwartek, 18 lutego 2010
Nie pojechałeś ze mną do S., u których zawsze lubiłeś bywać. Wczoraj nie obejrzałeś sukcesu Justyny Kowalczyk, nie widziałeś, jak pięknie się cieszyła. Nie wiesz, jak ładnie jest teraz w nocy koło naszego domu, kiedy wśród zaśnieżonych drzew płoną latarnie. U T. dużo się dzieje, na pewno ucieszyłbyś się z nowin.
Wszystko bez Ciebie. Tyle spraw Cię omija...
środa, 17 lutego 2010

Gdzieś czytałam, że powstaje kopia obrazu Jana Matejki "Bitwa pod Grunwaldem". Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo kopii słynnych obrazów powstaje dużo, gdyby nie fakt, że tym razem bitwa ma być wyhaftowana i że oryginał ma przecież gigantyczne wymiary, około 4X10 m. Grupa kilkudziesięciu kobiet z województwa łódzkiego podjęła się tego zadania z okazji 600 rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Potem wyhaftowany obraz ma być eksponowany w jakimś muzeum. Podziwiam te panie, które kosztem swoich oczu, sił, wolnego czasu chcą taki haft wykonać. Niesamowite!

Wiem, że jest mnóstwo pięknie haftujących blogowiczek, może więc się skrzykną i wspólnymi siłami zabiorą się na przykład za "Panoramę Racławicką" (rozmiar: 15 m X114 m!).
A przy okazji, na YouTube można obejrzeć "Panoramę" (w tle "Warszawianka", pomysłowo zrobione). Podaję adres, bo nie udaje mi się filmu wkleić: http://www.youtube.com/watch?v=FjOlxiGwPAA



piątek, 12 lutego 2010



/www.columbiamissourian.com/

Jest mała wioska w Belgii, nazywa się Redu. W każdym gospodarstwie w tej wsi, na podwórku, dawny budynek gospodarczy cały jest wypełniony książkami. To księgarnia-antykwariat. Powstała ze zbiórki niepotrzebnych książek, których właściciele chcieli się pozbyć. Te poszczególne antykwariaty wcale nie rywalizują ze sobą, ponieważ każdy specjalizuje się w gromadzeniu innych książek. W jednym są na przykład same atlasy, mapy, słowniki, w innym beletrystyka, gdzie indziej, współczesne, gdzie indziej starodruki i tak dalej. Każdego roku do tej małej wsi przyjeżdża z całej Europy około 300 tysięcy turystów, miłośników książek, którzy zostawiają tam swoje pieniądze. Jest to ciekawy sposób na życie mieszkańców Redu. Bardzo mi się to podoba. Kilka dni temu widziałam w telewizji fragment reportażu o tej wsi. Myślę, jakby to było dobrze zobaczyć taką "wioskę książek" gdzieś u nas, na przykład na Podlasiu.
Okazuje się, że idea takich "miast książek" i "wiosek książek" nie jest nowa. Powstała w latach sześćdziesiątych poprzedniego wieku w walijskim miasteczku Hay-on-Wye. Istnieje nawet Międzynarodowa Sieć Miast Książek (www.booktown.net/). Wklejam tutaj (z www.witrynawiejska.org.pl) nazwy miejscowości należących do tej sieci, może ktoś będzie miał okazję kiedyś tam zajechać. Są to na ogół małe miasteczka i wsie położone z dala od dużych ośrodków.

Wsie i miasteczka książek:

  • Hay-On-Wye, Walia, Wielka Brytania (1961)
    http://www.wiz.to/hayonwye/books.htm
  • Redu, Village du Livre, Belgia  (1984)
    http://users.skynet.be/redu/english/index.htm
  • Bécherel, Francja (1988)
    Montolieu, Village du Livre, Francja (1989)
    http://www.montagnenoire.com/montoeng.htm
  • Bredevoort Boekenstad, Holandia (1993)
    http://www.bredevoort-boekenstad.nl
  • St. Pierre de Clages, Village du Livre, Szwajcaria (1993)
  • Stillwater Booktown, Minnesota, USA (1994)
    http://www.booktown.com/BKTN3.htm
  • Fjærland, den Norske bokbyen, Norwegia (1995)
    http://www.fjordinfo.no/bokbyen
  • Fontenoy-la-Joûte, Francja (1995)
    http://www.ac-nancy-metz.fr/pres-etab/poinca_h/site
  • Damme Boekendorp, Belgia (1997)
    http://www.luxline.com/kontrast/damme.boekendorp
  • Waldstadt, Niemcy (1997)
    http://www.buecherstadt.de
  • Mühlbeck-Friedersdorf, Niemcy (1997)
    http://www.buchdorf.de/bd_frame.htm
  • Kirjakilä Sysmä, Finlandia (1997)
    http://www.kirjakyla.sci.fi
  • Kampung Buku Langkawi, Malezja (1997)
  • Wigtown Booktown, Szkocja, Wielka Brytania (1998)
    http://www.wigtown-booktown.co.uk
  • Dalmellington, Szkocja, Wielka Brytania (1998)
  • Purgstall, Austria (2000)

.

czwartek, 11 lutego 2010
Ostatnio katuję moich czytelników bardzo smutnymi wpisami, więc teraz chciałabym napisać o czymś pogodnym. Zastanawiam się tylko, co to by mogło być. Niestety, mimo dużego wysiłku z mojej strony, nic wesołego nie przychodzi mi do głowy.

 Dzisiaj znów załatwiałam sprawy w urzędach i w związku z tym przechodziłam przez Rynek Starego Miasta. Zrobiłam kilka zdjęć.
    

W tej udekorowanej kamieniczce od XVIII wieku do wojny mieściła się słynna winiarnia Fukierów. Teraz parter i  podziemia zajmuje restauracja "Fukier."


Kamienica Troperowska (środkowa) na stronie Barssa. (Każda strona Rynku ma swoją nazwę: Barssa, Kołłątaja, Zakrzewskiego i Dekerta)



A to ulica Wąski Dunaj. Nazwa ulicy pochodzi od potoku Dunaj, który kiedyś tutaj wypływał.




Dzisiaj Światowy Dzień Chorego. Jak bardzo ważna jest pomoc człowiekowi choremu, wiem to z własnego doświadczenia. Bez pomocy innych ludzi nie dalibyśmy sobie rady w dniach choroby męża. Optymistyczne jest to, że  tak wielu ludzi chce pomagać, kosztem swojego wypoczynku, swojego spokoju, swojego czasu. I to jest wreszcie ta pogodna refleksja w moim blogu.
   
wtorek, 09 lutego 2010
Dotarło do mnie dzisiaj, że to już właściwie koniec karnawału, więc będąc na Nowym Świecie, wstąpiłam do Bliklego i kupiłam sobie pączki. Zjadłam je oczywiście w ramach mojej akcji "muszę utyć". Chcę jednak powiedzieć, że kiedyś pączki u Bliklego były chyba znacznie smaczniejsze, a może mi się tylko tak wydaje. Kiedyś byliśmy młodsi, a w związku z tym wszystko było lepsze.

    Przykry był ten kolejny dzień mojego życia po życiu. W dalszym ciągu załatwiam sprawy w urzędach. Znów jakieś telefony do męża i pytania: "Kiedy będzie? albo "A co u męża?"

W tych dniach zmarł mąż mojej bardzo bliskiej koleżanki. Był o trzy lata młodszy od mojego męża. Miał 59 lat. Zmarł na raka płuc, w dwa tygodnie od postawienia diagnozy. Nikt lepiej ode mnie nie rozumie tego, co ona teraz czuje. Bardzo mi jej żal. Tacy byli szczęśliwi i pełni optymizmu. Oj, życie, życie...
poniedziałek, 08 lutego 2010
Wczoraj słuchałam fragmentu rozmowy z dawno niewidzianym i niesłyszanym Wojciechem Młynarskim. Rozmawiano o kabarecie. Młynarski mówił - i moim zdaniem miał rację - że współczesny kabaret jest beznadziejnie słaby. Nie ma dobrych autorów tekstów, nie ma tematów (polityka przestała bawić, cenzura już nie istnieje) i nie ma też inteligentnej publiczności. Rzeczywiście, kiedy się słyszy, z jak prymitywnych, żałosnych tekstów ludzie się śmieją, to wiadomo, że dobrego kabaretu na pewno długo jeszcze nie będzie. Z łezką w oku będziemy sobie tylko wspominać Kabaret Starszych Panów, Kabaret Dudek, czy pod Egidą. Ale to dawne czasy.

   Wczoraj był ładny słoneczny dzień. Mnóstwo ludzi wyległo do Lasu Kabackiego i do Powsina, niektórzy na nartach-biegówkach. W Powsinie było tak tłoczno, że w południe nie można było znaleźć miejsca do zaparkowania samochodu w pobliżu wejścia do parku. Wiem o tym, ponieważ mąż mojej przyjaciółki zabrał mnie wczoraj na samochodowy spacer do Powsina i Konstancina.

    Na szczęście niedzielnego popołudnia też nie spędziłam sama. Nieoceniony Tadeusz próbował skojarzyć mój nowo zmodernizowany komputer z drukarką, ale drukarka była strasznie oporna i w żaden sposób nie chciała wchodzić w ten związek. Po wielu perturbacjach sprawa zakończyła się pomyślnie i drukarka musiała się poddać, a moja wdzięczność Tadeuszowi nie ma teraz granic. No, bo co to za życie bez drukarki, prawda?

   

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast