Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 28 lutego 2013

Na drugiej półce znajdują się lalki japońskie. Mam ich kilka. Kiedyś zaczęłam korespondować z pewną Japonką, która nazywała się Toyoko i mieszkała koło Osaki. Po wymienieniu kilku listów korespondencję przejął jej mąż. On pracował w hotelu, miał sporo wolnego czasu i doszedł do wniosku, że wykorzysta go na naukę rosyjskiego, wtedy chyba panowała tam moda na ten język. Mimo że dopiero naukę rozpoczynał, prosił mnie o przysyłanie mu rosyjskich książek. One wówczas były bardzo tanie, na Nowym Świecie była świetnie zaopatrzona księgarnia rosyjska, wiec zaczęłam mu te książki posyłać, a w zamian on mi przysyłał japońskie lalki i jakieś tamtejsze drobiazgi. Stąd mam te lalki.         

             

 

To są lalki ceramiczne. Wydaje się, że te dzieci trzymają w rękach chleb, ale pewności nie mam.

 

 Ta trzecia lalka w ładnym kimonie też ceramiczna.

 

W środku grupa drewnianych lalek. Ten rodzaj japońskich lalek o pękatych kształtach i niezwykłych, często zawziętych, wynaturzonych twarzach, nazywa się daruma. Są one karykaturalnym odzwierciedleniem buddyjskiego mnicha Darumy. Figurki te symbolizują szczęście, dostatnie i długie życie, dobre zdrowie.


 

 Po lewej stronie tradycyjna japońska lalka kokeshi z drewna dereniowego. Kokeshi charakteryzują się  dużą głową z zaznaczonymi kreskami twarzy oraz wąskim okrągłym tułowiem. Pochodzą z północy Japonii. Ich początki sięgają XVII wieku. 

 Obok oryginalna lalka ze słomy.

          

 

Na koniec Japonka w pięknym kimonie, którego niewiele tu widać. Lalka ta jest wysoka i stoi ściśnięta wśród moich książek na najwyższej półce regału za drzwiami i nawet nie mogłam jej zdjąć, żeby zrobić lepsze zdjęcie. W drugiej ręce, tutaj niewidocznej, trzyma ona gałązkę kwitnącej wiśni.

           

 


 

 

 

 

 

wtorek, 26 lutego 2013

Kiedyś już tutaj pisałam, że zbieram lalki w narodowych i regionalnych kostiumach. Dzisiaj chcę znów pokazać moją kolekcję, ponieważ od tamtego czasu trochę lalek przybyło, więc jeszcze raz do tego wracam. Jak już mówiłam, każda lalka ma swoją historię, każda wiąże się z jakimiś wspomnieniami, z jakimiś interesującymi i miłymi miejscami, z ciekawymi ludźmi, z przeróżnymi sytuacjami, które czasami przywołuję.



Zaczęło się kilkanaście lat temu, a może i trochę dawniej, kiedy moja koleżanka, Angielka, przysłali mi na gwiazdkę lalkę. To był Szkot w czarnej paradnej czapce. Sądząc po stroju, jest to członek gwardii królewskiej. Jego kolega w zielonej kurtce pojawił się kilka lat później, ale już niestety nie pamiętam, od kogo go dostałam.

          

Wracając do strojów, te czapki gwardzistów są rzeczywiście imponujące. Zgodnie z tradycją robione są z naturalnych skór niedźwiedzich, teraz podobno ekolodzy przeciwko temu protestują. Jednak największe zainteresowanie wzbudzają zawsze szkockie spódnice czyli kilty. Kilty szyte są z tartanu, to znaczy z wełnianej tkaniny w kratę. Poszczególne klany, miasta, organizacje, nie mówiąc o rodzinie królewskiej, mają własne wzory tartanu.

Z przodu kiltu znajduje się sporran czyli skórzana torebka zawieszana na pasku albo na łańcuszku. Kilt nie ma kieszeni, więc kiedyś w sporranie noszono może pistolet, może nóż. Współczesny Szkot trzyma tam zapewne telefon komórkowy, portfel i kluczyki samochodowe.

niedziela, 24 lutego 2013

 Zastanawiam się, jak pozbyć się klaustrofobii. Przypadłość ta potrafi bardzo utrudnić życie, zwłaszcza ludziom skazanym na korzystanie z wind, metra, samolotów, itp. Podobno co dziesiąty dorosły człowiek cierpi na zaburzenia lękowe. Czytam książkę "Zrozumieć lęki. Pokonać panikę". Autorką jest pedagog i dziennikarka mieszkająca w Niemczech, Pe Jacobi.

Jak się lęku pozbyć? Środki farmakologiczne nie są skuteczne. Pozostaje rozpoznanie i zrozumienie własnych lęków, uświadomienie sobie, że to nie fakty są przyczyną naszych emocji, ale przekonania o tych faktach. A mówiąc trywialnie, wiem na przykład, że w małym, ciasnym pomieszczeniu nic mi złego nie grozi i to tylko moja głowa wywołuje lęki i niepożądane zachowania. Trzeba więc nauczyć się zmieniać swoje myślenie. Autorka książki podpowiada, jak to robić. Nie jest to proste i krótkotrwałe, ale tak jak długotrwała gimnastyka korektywna może zmienić ciało, tak psychoterapia zmienia nasze emocje.

 

Teraz idę przygotowywać moją ulubioną potrawę czyli duszone jabłka z cukrem (niestety, musi być dużo cukru!), goździkami, imbirem i cynamonem. Kiedyś przez pomyłkę do pudełka z goździkami wsypałam pieprz i teraz zdarzyło mi się dodać trochę pieprzu do jabłek. Okazało się, że jabłka z pieprzem, imbirem, cynamonem i goździkami bardzo mi odpowiadają.

Dobrej niedzieli!

 

 

wtorek, 19 lutego 2013

Zwykle zapraszałam Was na spacer po reprezentacyjnych miejscach Warszawy, ale oczywiście w stolicy nie wszędzie jest tak ładnie jak na Krakowskim Przedmieściu czy na Nowym Świecie (czy na Ursynowie).

Wczoraj pojechałam do znajomych, którzy od niedawna mieszkają na Woli. Kiedyś, chyba ze dwadzieścia lat temu, bywałam w tamtych stronach często, teraz niektórych miejsc nie mogłam już rozpoznać, wiele się zmieniło. Jak wszędzie też, powstało mnóstwo jakichś małych sklepików, jakichś bud z fast foodami, a wśród nich pojawiły się nowe wieżowce.

Wracając z Wolskiej, zrobiłam parę zdjęć. Pokazuję tylko cztery, bo dzień był pochmurny i oczywiście nie wyszły dobrze.

 

Stoimy na przystanku tramwajowym przy skrzyżowaniu Al. Solidarności z Towarową.

 

Przed nami ten koszmarny wieżowiec Warsaw Trade Tower. Widać światełka w oknach na najwyższych piętrach. Jako osoba klaustrofobiczna wolałabym być bezrobotna niż dojeżdżać windą tak wysoko do biura i tam pracować.

           

 

 Jedziemy nieopodal Muzeum Powstania Warszawskiego, cztery przystanki tramwajem. Wysiadamy przy Placu Zawiszy. Za nadjeżdżającym tramwajem widać hotel sieci Campanile. Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się wybudowany zaraz po wojnie Dworzec Warszawa Główna. W 1965 roku został zlikwidowany i teraz mieści się tam Muzeum Kolejnictwa.

 

 Widok z Placu Zawiszy w stronę Pałacu Kultury i Nauki.

Z Placu Zawiszy już prosta droga do domu na Ursynów.


 

wtorek, 12 lutego 2013

Jeszcze niektórzy nie zdążyli rozebrać choinek, po głowach kołaczą się dźwięki kolęd, w zamrażarce tkwią resztki świątecznego pasztetu, a tu już kalendarz pokazuje kartkę z napisem "Popielec". To jutro. Dzisiaj bale, rauty, krynoliny, muśliny, kadryle, walce, kotyliony. Jeszcze karnawał.

Niestety, to nie ja walca tańczyłam najlepiej z panien, to tytuł uroczej książki wspomnieniowej Zofii Jabłonowskiej-Ratajskiej, wnuczki arystokratki, Heleny Reyówny. Na podstawie zapisów rodzinnych, rozmów, pamiętników Autorka przypomina dawne zabawy, wielkie bale, te pełne blasku w zamożnych domach, potem skromniejsze przyćmione wydarzeniami historycznymi, bale w okresie powojennym, aż po współczesne życie towarzyskie w korporacjach (!!!). Przenosi nas na piękną salę balową, panie w sukniach z tiulu, tafty, jedwabiu szkockiego, panowie we frakach. Muzyka gra walca.  A więc, czas na bal!  

 

                 

czwartek, 07 lutego 2013

* Wczoraj późnym wieczorem moja koleżanka wracała pociągiem z Wrocławia i koło Błonia pociąg został przez kogoś obrzucony kamieniami. Jedna osoba  ranna, szyby w wagonach powybijane, pociąg oczywiście do Warszawy przyjechał z dużym opóźnieniem.

* U nas śnieg padał przez cały dzień. Świat pięknie wygląda, ale zima znów staje się uciążliwa. Mnie bardzo żal naszej dozorczyni. Jest to młoda dziewczyna, która codziennie dojeżdża spod Warszawy wiele kilometrów. Wstaje o trzeciej rano, żeby dojechać na czas do pracy, to znaczy do odśnieżania, sprzątania, itp.

* Chociaż jestem osobą bardzo dbającą o tradycję, nie zjadłam dzisiaj żadnego pączka, bo... nie miałam. Nie chciało mi się iść do cukierni.

* Przeczytałam powieść "I wciąż ją kocham" Nicholasa Sparksa. Przeczytałam z dużą przyjemnością.

 



 

piątek, 01 lutego 2013

Dzisiaj po południu zadzwoniła do mnie sąsiadka z dołu, przekazując mi wiadomość: "Nie otwieraj nikomu drzwi, bo chodzą jakieś Cyganki i coś wciskają". Dobrze. Nie otworzę.

Za pół godziny długi dzwonek do moich drzwi. Spoglądam przez wizjer, ale na korytarzu dosyć ciemno i nie bardzo widzę, kto tam stoi.

- Słucham! - odzywam się.
- Lekarz!

- Jaki lekarz? Ja lekarza nie wzywałam - mówię.

- Pani otworzy, muszę panią zbadać!

- Jeszcze raz pani mówię, że ja lekarza nie wzywałam - tłumaczę stanowczo.

- Ale sąsiedzi wezwali! Muszę panią zbadać! - słyszę bardzo kategoryczny ton zza drzwi.

- Jacy sąsiedzi??? Ja jestem zdrowa!!!

- To się okaże! Pani otworzy, bo muszę panią zbadać!!!

Ten dialog nigdy się nie skończy - myślę - otworzę, niech bada!

Do mieszkania wkroczyła zażywna kobieta z kilkunastoma dużymi szarymi kopertami pod pachą, spojrzała na mnie poirytowanym wzrokiem i zawołała: 
- Ja się spieszę,  pani się rozbiera!

Żeby zakończyć sprawę, gotowa już byłam nawet się rozebrać, ale na wszelki wypadek mówię:
- Proszę pani, to na pewno jakaś pomyłka!
- Jaka pomyłka?

Wyjmuje z koperty kartę i czyta:

- Blok 22 mieszkanie nr 11?
- Zgadza się!

- Ulica Iksińskiego?

- Nie!!! Igrekowskiego!!! - wołam.

I w ten sposób jednak nie zostałam zbadana. A była ogromna szansa!



 

 

 




 

 

Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast