Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 27 lutego 2014

Dzisiaj nie zjadłam żadnego pączka. Chyba przede wszystkim dlatego, że nie chciało mi się wychodzić z domu, żeby sobie kupić, a smażyć nie miałam dla kogo. A jeśli już mowa o sprawach jedzeniowych, to wczoraj przed południem byłam z przyjaciółką na Stokłosach w miejscu, gdzie każdy może sobie sam skomponować sałatkę warzywną, polać ją dowolnym sosem, dodatkowo posypać żurawinami czy innymi dobrociami i zjeść tyle, na ile ma ochotę. Oczywiście można sobie brać dokładki. Cena za każdą ilość jest ta sama: 9.90 zł. Muszę powiedzieć, że bardzo mi ten system odpowiada.

Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Niedźwiedzia Polarnego. Ponieważ moje kontakty z niedźwiedziami polarnymi są raczej znikome (w zoo nie byłam od stu lat), więc dzień minął bez większych wrażeń, chociaż pamiętam, że kiedyś lubiłam czytać książki o Arktyce.

         

Podobno na świecie żyje około 30 000 tych miśków. Ładne są. Może i ten Dzień Niedźwiedzia Polarnego do czegoś jest potrzebny. Jeśli istnieje dzień naleśnika albo dzień latarni morskiej (są takie dni w kalendarzu!), niech i niedźwiedzie mają swoje święto:)


poniedziałek, 24 lutego 2014

Zawsze interesował mnie folklor, kultura ludowa, lubię słuchać dawnych pieśni, oglądać tańce zespołów ludowych, a przede wszystkim podziwiać piękno strojów regionalnych.

Sejm RP ogłosił rok 2014 rokiem Oskara Kolberga. Jestem pewna, że niewiele osób o Kolbergu słyszało. A to człowiek, który dał podstawy naszej etnografii. Tytan pracy. Jest autorem wielkiego dzieła (33 tomy) pt. "Lud . Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka i tańce". "Dzieła wszystkie" Kolberga liczą ponad 90 tomów (mam kilka z nich). Kolberg przemierzył cały, wówczas podzielony zaborami, kraj i udokumentował kulturę ludową wszystkich regionów, skomponował wiele pieśni, tańców, a nawet operę.

22 lutego, kilka dni temu, minęła 200. rocznica urodzin Oskara Kolberga. Rok obchodów zainaugurowano w Przysusze, w jego miejscu urodzenia. Przysucha to ładne, ładnie położone, miasto powiatowe koło Radomia - gdyby ktoś nie wiedział. Tam, w parku, w dworze z XIX wieku, mieści się Muzeum Kolberga, w którym można zobaczyć rękopisy, ryciny, dokumenty i wiele innych materiałów związanych z tym folklorystą, etnografem, artystą. W okolicach Przysuchy do niedawna folklor był bardzo żywy. W niedzielę, na przykład, jeszcze kilka lat temu można było tam spotkać kobiety w kolorowych zapaskach idące szosą do kościoła albo jadące rowerem w ubiorach ludowych, a w parku brzmiały melodie rodzimych artystów.

            
                           Przysucha - orkiestra ludowa, fragment rzeźby

W Przysusze działa Towarzystwo Kulturalne im. Oskara Kolberga, od 1960 roku na  początku lata odbywają się tam dwudniowe imprezy: "Dni Kolbergowskie". Przeglądy zespołów artystycznych, sesje naukowe, spotkania z twórcami, kiermasze sztuki ludowej, występy kapel regionalnych to tylko niektóre punkty tych "Dni".

Jeśli ktoś w piękny ciepły dzień na początku czerwca wsiądzie do samochodu i pojedzie do Przysuchy (na przykład z Warszawy to niedaleko), na pewno nie pożałuje.


niedziela, 23 lutego 2014


Koleżanka proponuje mi spotkanie w mieście, tym razem w kawiarni.

- Wiesz, w tej koło parku, na rogu. To jest takie miejsce dla starszych pań, spokojne, ciche - proponuje.

- Dla starszych pań??? O, nie! Spotkajmy się gdzie indziej - mówię:))

Jakbym zapomniała, że zdarzyło mi się ostatnio umyć zęby kremem do rąk, a omlet próbowałam usmażyć, wlewając na patelnię mleko zamiast oleju. Ale miejsc przeznaczonych dla starszych pań odwiedzać nie będę:))
   

A teraz folklor warszawski. Piosenka uliczna.

      

      

 

      

 

środa, 19 lutego 2014

 Dwa dni temu szukając termometrów, znalazłam swój stary znaczek przewodnika po Warszawie.

       

Po długim kursie i zdaniu egzaminów z dumą przypięłam ten znaczek do kurtki i pokazywałam turystom uroki Warszawy. Działo się to wiele lat temu i był to bardzo przyjemny czas. Ludzie chcieli słuchać, często przyjechali do stolicy pierwszy raz w życiu i byli mi wdzięczni, że starałam się im pokazać jak najwięcej ciekawych miejsc. Wtedy wiele kłopotów sprawiało mi tylko prowadzenie po mieście kierowców autokarów, którzy przywozili wycieczki z różnych dalekich miejscowości i nie znali Warszawy. Musiałam czuwać nad trasą i jednocześnie mówić do ludzi.

Teraz już bym chyba nie potrafiła prowadzić wycieczek, Warszawa za bardzo się zmieniła, powstały nowe dzielnice, nowe ulice, miasto ma inne problemy niż kiedyś. Ale cieszę się, że znalazłam ten znaczek.


poniedziałek, 17 lutego 2014

Kilka dni temu w jakiejś audycji radiowej była mowa o kłopotach ze stłuczonym termometrem rtęciowym i przypomniałam sobie, że ja też gdzieś mam stare termometry, których nie używam, bo ostatni raz gorączkę miałam chyba ze trzydzieści lat temu.

Dzisiaj postanowiłam zrobić z tym porządek. Wiadomo, rtęć jest silnie toksyczna, nie warto trzymać tych termometrów w domu, bo mogą się potłuc i będzie problem, ale w żadnym razie nie można ich też wyrzucać do śmieci. Zabrałam się więc za przeglądanie zawartości domowych szufladek i byłam bardzo zdziwiona, kiedy znalazłam aż dziewięć starych termometrów. Od razu poszłam z nimi do apteki.

W pobliżu mojego domu znajduje się duża apteka, reklamująca się jako główna, więc tam oddam, zdecydowałam. Jednak nic z tego, farmaceutka oświadczyła mi, że nie przyjmują, ponieważ nie dostają odpowiednich pudełek. Na moją prośbę o wskazanie mi aptek, w których mogłabym zostawić te nieszczęsne termometry, pani bezradnie rozłożyła ręce - "nie wiem". Na Ursynowie aptek dostatek, poszłam więc do następnej i usłyszałam to samo, potem do następnej, to samo, w czterech kolejnych podobnie. Kiedy już maksymalnie poirytowana wracałam do domu bez nadziei na pozbycie się kłopotliwej zawartości mojej reklamówki, wstąpiłam do niewielkiej apteki na rogu i wreszcie usłyszałam słowa: "proszę zostawić". I w ten sposób uwolniłam się od osobistego zagrożenia chemicznego.

Na wszelki wypadek jeszcze dodam, gdyby się komuś potłukł termometr, nie można rtęci zbierać odkurzaczem; przy pomocy łopatki albo kartki papieru trzeba ją wrzucić do słoika i zalać wodą. Woda zatrzymuje rtęciowe opary. A potem należy to zanieść do utylizacji.

Podczas przeszukiwania swoich szuflad znalazłam też dużo różnych okularów. Na szczęście okulary nie trują, ale także chcę się ich pozbyć. Kiedyś gdzieś czytałam, że misjonarze zbierają okulary dla swoich podopiecznych w Afryce, ale na razie nie mam na nich namiarów.

piątek, 14 lutego 2014

Jacyś tacy mądrzy i sympatyczni są ci nasi skoczkowie, mówią z sensem, ładnie się cieszą, przyjaźnią się ze sobą, mają też zainteresowania poza sportem...

Zawsze lubiłam ludzi z gór, żeby tylko do nich nowe za szybko nie przyszło.

wtorek, 11 lutego 2014

W sobotę byłam na spóźnionych imieninach Agnieszki, mojej koleżanki, z którą kiedyś pracowałam. Było bardzo miło, niemal rodzinnie, bo prawie wszyscy znaliśmy się z dawnych lat. Po raz pierwszy odwiedziłam Agnieszkę w domu. Mieszka w śródmieściu w starej ładnej kamienicy, w dużym mieszkaniu o przedwojennych gabarytach, w którym znajduje się nawet służbówka (czyli pokój dla służby, to wyjaśnienie skierowane do młodych). Ale nie o tym chciałam pisać.

Na przyjęciu jadłam smaczną, chociaż prostą w wykonaniu, sałatkę. Wymienię jej składniki, może ktoś sobie zechce zrobić podobną.

Sałata (może być mix sałat) porwana na kawałki, ser mozzarella, żeby było ładniej, przy pomocy odpowiedniej łyżeczki robimy z niego małe kulki, ale może być też pokrojony w kostkę, oliwki, winogrona poprzecinane na połówki, 1 ząbek czosnku rozgniecionego w "wyciskaczu", jeśli ktoś lubi, może być czosnku więcej, podprażone na patelni płatki migdałowe, ale na pewno zamiast płatków mogą być orzechy, sól, pieprz. Wszystko pokropić oliwą zmieszaną z sokiem z cytryny i łyżeczką miodu, chociaż może być oczywiście bez miodu. Lekko wymieszać.

Tak pisałam o tej sałatce, że nagle poczułam się bardzo głodna. Idę więc do kuchni, żeby coś zjeść, nie będzie to żadna sałatka, ale coś bardziej pospolitego, ulubionego przeze mnie, to znaczy śledzie smażone. Zostały mi jeszcze z wczorajszego dnia. Kupiłam śledzie świeże (niesolone), trzeba uważać, żeby były różowe w środku, bo wtedy tylko są świeże, jeśli mają kolor brązowawożółty, to nie kupujemy! Wyciągamy kręgosłupy (to proste i łatwe!), śledzie, myjemy, oczywiście trzeba je osuszyć w ręczniku kuchennym, potem kropimy sokiem z cytryny, solimy, dodajemy pieprz i niech sobie trochę poleżą w lodówce. Po dwóch godzinach (albo szybciej), obsypujemy je mąką (ja używam żytniej razowej 2000) i smażymy na mocno rozgrzanym oleju. Moim zdaniem są pyszne, ale nie każdemu oczywiście musi to samo smakować. Aha! Jeszcze tylko powiem, że śledzie solone też można smażyć, tylko trzeba je wcześniej wymoczyć.

No, to dzisiaj pogawędziłam sobie na tematy kulinarne.

środa, 05 lutego 2014

Stoję na wprost Uniwersytetu obok istniejącej tu od lat dużej księgarni naukowej im. Bolesława Prusa. Nie bez powodu księgarnia nosi to imię.

Krakowskie Przedmieście 7. Tutaj znajdowała się kamienica, w której Bolesław Prus umieścił sklep galanteryjny "J. Mincel i S. Wokulski", w którym pracował Ignacy Rzecki, "stary subiekt", bohater "Lalki".

                                  
„Nowy sklep Wokulskiego”, fotomontaż J. Malarski, 1936 r.

Kamienicę zaprojektował wybitny architekt polski pochodzenia włoskiego, Henryk Marconi, wybudowano ją w połowie XIX wieku. Był to ładny budynek zdobiony dwunastoma alegorycznymi posągami, które wykonali uczniowie ówczesnej warszawskiej uczelni artystycznej, Szkoły Sztuk Pięknych. Niestety dom spłonął w czasie wojny jak prawie całe śródmieście Warszawy, odbudowano go w 1946 roku. W oficynie tej dawnej kamienicy, obok sklepu, według Bolesława Prusa, miał swój pokoik Ignacy Rzecki. Rzecki mieszkał tam przez dwadzieścia pięć lat.

Spieszyłam się i nie zrobiłam zdjęcia całej kamienicy, gdyż musiałabym w tym celu przejść na drugą stronę Krakowskiego. To zdjęcie zaczerpnęłam z Internetu. Tak wygląda ten budynek po powojennej odbudowie.

                                

 

                                

 

 Na ścianie bramy, po prawej stronie, wisi tablica upamiętniająca mieszkanie Rzeckiego.

                              

 

                               

 "W ciągu tego czasu (...) pokój pana Rzeckiego pozostał zawsze taki sam. Było w nim to samo smutne okno, wychodzące na to samo podwórze, z tą samą kratą, na której szczeblach zwieszała się, być może ćwierćwiekowa pajęczyna, a z pewnością ćwierćwiekowa firanka, niegdyś zielona, obecnie wypłowiała z tęsknoty za słońcem..." (Bolesław Prus, "Lalka", t.1)

wtorek, 04 lutego 2014

Ostatnio zdarza mi się jadać pałeczkami, do potraw używam tajskiego sosu rybnego, niekiedy przyrządzam sajgonki, od czasu do czasu oglądam tajskie gadżety, itp., itp. Skóra mi jeszcze nie pociemniała, ale chyba zanosi się na to, że wkrótce kupię sobie tuk-tuka i będę nim jeździć po mieście.


 

Niżej znajduje się figurka-kopia rzeźby tancerki khmerskiego tańca świątynnego apsar. Tutaj można więcej przeczytać o tym tańcu i tancerkach.

 

 

 

Jeszcze dwa zdjęcia Tadeusza Kurpiela

 

                                                                                                         /kościół św. Anny w Wilanowie/

Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast