Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
środa, 30 listopada 2005

Jestem teraz przez całe dni w domu, ponieważ złapała mnie jakaś infekcja. Chcę dobrze wykorzystać ten czas na spokojny wypoczynek.
Przed południem ktoś zadzwonił przez domofon:

- Pani otworzy, jestem z poczty, przyszedłem zmienić zamek w skrzynce pocztowej - mówi.

Jak automat otworzyłam, nie zastanawiając się, o czyją skrzynkę chodzi. Nasza w każdym razie jest sprawna. Wracając z pracy, mąż chce wyjąć pocztę. Nie daje się. Bierze mój kluczyk, tak samo.
Dzwonię na pocztę. Okazało sie, że mechanik pomylił nazwy ulic i niepotrzebnie wymienił nam zamek zamiast komuś, kto mieszka pod tym samym numerem na innej ulicy. Teraz trzeba to odkręcać, iść po nowy kluczyk, dorobić następny.

Potem przyszła jedna z córek mojej sąsiadki, jak zwykle "na konsultację". Te konsultacje zawsze wyglądają identycznie, to znaczy muszę jej powiedzieć, jak napisać wypracowanie do szkoły. Przedstawiła mi listę wypracowań, które musi napisać do końca semestru: "Udowodnij, że "Dziady" są dramatem romantycznym" (dobrze - pomyślałam, to pamiętam), "Czy Jacek Soplica jest bohaterem romantycznym?" (proste!), "Na czym polega podobieństwo Kordiana i Hamleta? (trudno, pomyślimy!), "Czy Kmicica można uznać za bohatera romantycznego?" (coś wymyślimy!), "Świat postaci opisanych w "Lalce" Prusa" (ojej!) i zaległe wypracowanie z Hemingway'a: "Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać" na podstawie opowiadania "Stary człowiek i morze" (kiedy ja to czytałam?). To na koniec semestru. Na najbliższą środę zaś mamy co innego.

Było też pytanie o "Folwark zwierzęcy" Orwella. Ponieważ z tego "Folwarku" już niewiele pamiętam, postanowiłam pójść do biblioteki, pożyczyć książkę i trochę sobie przypomnieć. Na szczęście bibliotekę mam w sąsiednim domu. A potem przy okazji trzeba było jeszcze wstąpić do apteki i do sklepu, pomyśleć o obiedzie, posprzątać po obiedzie. I tak sobie spokojnie odpoczywam, chorując.

 Oczywiście nie mam nic przeciwko wróżbom andrzejkowym, jeśli są one traktowane lekko, z humorem, jako zabawa. Dziwię się jednak ludziom, którzy traktują te sprawy na serio, z wielką powagą, chodzą do wróżek, którzy wierzą we wszelkie przesądy, znaki zodiaku, przepowiednie i czarne koty. Wczoraj na jednym ze światłych forów światłej gazety przeczytałam pytanie, czy można przyjąć od spółdzielni mieszkanie, które ma numer 13. Człowiek ma poważne watpliwości i pyta o radę. Na szczeście większość odpowiedzi była rozsądna, ale znalazły się i takie, w których odradzano zasiedlenia mieszkania nr 13 ze względu na nieszczęścia, jakie mogą spotkać mieszkającego tam delikwenta z powodu cyfry 13.

 Jesteśmy tacy nowocześni, postępowi, ale jeśli chodzi o te sprawy, to tkwimy gdzieś w mrokach średniowiecza, chociaż znawcy tego okresu mogą zaraz zaprotestować.

Miałam kiedyś koleżankę, mądrą, po fakultetach, która żadnej decyzji nie podjęła bez pójścia do wróżki. Znała zresztą tych przedziwnych kobiet mnóstwo i stale wszystkich bezskutecznie zachęcała do korzystania z ich usług, a każdy swój dzień rozpoczynała od czytania różnych durnych horoskopów w gazetach. Mimo takiego rozpoznania swojej przyszłosci i tak życie jej się okropnie pogmatwało.

A wróżby andrzejkowe istnieją przecież od zawsze. Wywodzone są od św. Andrzeja, brata św. Piotra, nie mylić ze św. Andrzejem Bobolą. Znany jest taki staropolski wierszyk pewnej panny marzącej o zamążpójściu:

  "W wigilio świetego Jndrzeja,
    spełniona moja nadzieja.
    Bogdaj to sie sprawdziło,
     co mi się ongi wyśniło,
     że z rąk ojca dobrodzieja
     zostałam wydana za pana Stefana..."

Niech się spełnią nadzieje, niech każda znajdzie swojego "pana Stefana"!

wtorek, 29 listopada 2005

 Już wiem, jaki prezent kupię sobie na gwiazdkę albo na imieniny. Kiedyś pisałam, że bardzo lubię chodzić. Zwykle staram sie przejść kilka kilometrów każdego dnia, a w czasie wakacji chodzę niemal całymi dniami.

 Dzisiaj przeczytałam we "Wprost" (47), że sportem,  uważanym obecnie za najzdrowszy jest nordic walking czyli połączenie narciarstwa biegowego z chodem. Inaczej, jest to chodzenie przy pomocy kijków narciarskich. "W ciągu ostatnich ośmiu lat chodzenie z kijkami zawojowało świat. Robi to już 6 mln osób. W Finlandii, ojczyźnie nordic walking, z kijkami chodzi 1,5 miliona osób, czyli 37 proc. mieszkańców. W Niemczech nordic walkerów jest już 2 mln, a kolejne 12 mln zamierza do nich dołączyć", itd., itd. Podobno takie chodzenie poprawia sylwetkę, dobrze robi na krążenie, likwiduje stresy. "Pracują nie tylko nogi, ale i ręce oraz cały organizm" - pisze autor artykułu Tomasz Krzyżak.

  A zatem na co czekać? Kupujemy kijki (podobno najlepsze z włókien węglowych), spotykamy się w parku albo za miastem i zamieniamy się w nordic walkerów! To jest to!

poniedziałek, 28 listopada 2005

Przeczytałam wczoraj artykuł "Dzieci zatracone" w ostatnim Newsweeku. Na pewno wiele osób to czytało. Dziennikarze z ukrytą kamerą obserwowali wiejską dyskotekę w miejscowości Ciche koło Brodnicy.

Zacytuję kilka fragmentów: "Picie do upadłego wspomagane narkotykami. Potem seks w toalecie albo w samochodzie (...) Tak zabawiaja się dziś nastolatki ze wsi w dyskotekach rozrzuconych po całym kraju. Dorośli albo udają, że nic złego się nie dzieje, albo wolą nie widzieć". I dalej o "sobotnim upadlaniu się" 14-, 15- letnich dzieci, o wszelkich patologiach, jakie dotknęły dzisiejszą wieś. "Alkohol może i nie jest niczym nowym wśród wiejskiej młodzieży. Ale nigdy wcześniej picie nie było tak bardzo pozbawione jakiejkolwiek społecznej kontroli. A do tego doszły jeszcze narkotyki. Nic zaś tak nie zwalnia hamulców, jak mieszanka alkoholu i prochów".

 Jeszcze niedawno wydawało się, że wieś jest zdrowa, że to z miasta idą wszelkie patologie, ale "tradycyjna, konserwatywna rodzina wiejska, stojąca twardo na straży moralnosci, to już przeszłość" - piszą autorzy artykułu Iwona Dominik i Aleksandra Gardynik. "Miasto ma swoje poradnie, organizacje pozarządowe, wolontariuszy, grupy wsparcia. Wieś nie ma nic".

A w ogóle - to już moja refleksja - jak trudno teraz wychowywać dzieci. I jeszcze trzeba chcieć je wychowywać.

Kiedy piszę, zawsze włączam telewizor, żeby podwójnie wykorzystać czas, bo mam uwagę podzielną. Czasami jeszcze jednocześnie słucham radia.
Ostatnio zauważam bardzo dużo programów o tematyce kulinarnej. Wszyscy gotują, próbują, dyskutują o jedzeniu. Przed chwilą mówiono o kołdunach, kulebiakach i cepelinach. Są to wszystko dania kuchni kresowej. Kołduny znają chyba wszyscy. Kulebiak też jest znany. Jest to ciasto drożdżowe z nadzieniem grzybowym albo kapuścianym. Kiedyś piekłam kulebiaki na Wigilię do czerwonego barszczu. Jeśli ktoś nie wie, cepeliny (zeppeliny?) to duże kluski z surowych tartych ziemniaków, nadziewane mielonym mięsem. Wiele razy jadłam cepeliny w takich miejscowościach jak Supraśl, Wasilków, Księżyno, Niewodnica na Podlasiu, ale tam nazywano te kluski kartaczami albo mówiono po prostu: pyzy z mięsem. Bardzo mi one smakowały, ale sama ich nie robię, bo to raczej pracochłonne danie.

A poza tym w programie, o którym mówię, ktoś z telewidzów wygłosił zdanie, które mnie nieco załamało: "Nie wyobrażam sobie niedzielnego obiadu bez makaronu robionego w domu". Ojej, a ja sobie doskonale wyobrażam i nigdy makaronu w domu nie robię. No i jaka ja jestem gospodyni? Lepiej się nad tym nie zastanawiać!

Nawet nie zauważyłam, jak trzy dni temu minął rok mojego blogowania. Że też mi się chce tyle pisać! Sama sobie się dziwię.

W czasie weekendu przeczytałam dwie książki. Jedna, cienka, ale wstrząsająca, "Widma przeszłosci". Autorką jest Alina Siomkajło, a rzecz o tragicznych losach członków rodziny autorki wywiezionych w czasie wojny do ZSRR. Druga to "Z pamięci" . Napisała ją Maria Iwaszkiewicz, córka pisarza, są to wspomnienia o domu rodzinnym w Stawisku, o ludziach, którzy tam bywali, o rodzinie, o przedmiotach. Spodziewałam się, że ta książka będzie ciekawsza, bo Stawisko to miejsce szczególne, mające swoje odbicie w literaturze. Trochę się zawiodłam.

Przeczytałam też kilka interesujących artykułów w czasopismach. O jednym z nich zaraz napiszę, tylko muszę zrobić krótką  przerwę na herbatę.

piątek, 25 listopada 2005

Dzisiaj balujemy:

        Niech żyje bal

tekst: Agnieszka Osiecka,

 
Życie, kochanie, trwa tyle, co taniec,
fandango, bolero, bibop,
manna, hosanna, różaniec i szaniec,
i jazda, i basta, i stop.

      Bal to najdłuższy, na jaki nas proszą,
      nie grają na bis, chociaż żal,
      zanim więc serca upadłość ogłoszą -
      na bal, marsz na bal!

      Szalejcie aorty, ja idę na korty,
      roboto, ty w rękach się pal,
      miasta nieczułe, mijajcie jak porty,
      bo życie, bo życie to bal.

      Bufet jak bufet, jest zaopatrzony,
      zależy, czy tu, czy gdzieś tam,
      tańcz, póki żyjesz i śmiej się do żony,
      i pij zdrowie dam...

      Niech żyje bal,
      bo to życie to bal jest nad bale,
      niech żyje bal,
      drugi raz nie zaproszą nas wcale,
      orkiestra gra,
      jeszcze tańczą i drzwi są otwarte,
      dzień wart jest dnia
      i to życie zachodu jest warte!

      Chłopo-robotnik i boa-grzechotnik
      z niebytu wynurza się fal,
      widzi swą mamę i tatę, i żonkę,
      i rusz, wyrusza - na bal.

      Sucha kostucha, ta Miss Wykidajło,
      wyłączy nam prąd w środku dnia,
      pchajmy więc taczki obłędu jak Byron,
      bo raz mamy bal!

      Niech żyje bal...

                                 /wyk. Maryla Rodowicz/    

czwartek, 24 listopada 2005

Dzisiaj na moment spotkaliśmy się z naszym kolegą, który wrócił z Meksyku. Panowie wychylili po kieliszku tamtejszej wódki z agawy, tequili. Wypili ją według meksykańskiego ceremoniału, czyli najpierw wysypali na rękę sól, zlizali ją, jednym haustem wypili tequilę, a potem wzięli do ust po kawałku cytryny. Można też pić, trzymając w ustach sól i cytrynę. W Meksyku podobno jest bardzo wiele gatunków tequili, w jednej restauracji czasami można spotkać około dwustu gatunków i pije się ją też różnie w zależności od regionu.

Potem było oglądanie widokówek (na przykład ciekawe z Acapulco - słynna skała La Quebrada - oraz z innych ciekawych miejsc, takich jak znany wodospad Cascada de Basaseachi), opowiadanie o Meksyku, o ludziach, o miastach, o szamanach, o obyczajach.

Ja się dowiedziałam, że można tam dostać przeróżne zioła na wszystko, między innymi zioła przeciwko lękowi przed lataniem samolotem. Trzeba się nimi obsypać i lęk minie.  Chętnie bym się takimi ziołami obsypała, bo w samolocie jestem zawsze okrutnie spięta i bardzo nie lubię latać.

A wracając do kulinariów, chcę jeszcze dodać, że już wiem, jak smakują PIEROGI ŁEMKOWSKIE. Są to pierogi z suszoną śliwką w środku i polane roztopionym masłem z miodem. Kiedyś jadłam takie pierogi na Warmii, w miejscowości Gietrzwałd, ale oczywiście pod inną nazwą, bo do Łemkowszczyzny stamtąd daleko. A swoją drogą ciekawe, czy Łemkowie robią takie pierogi, czy tylko nazwa została.

Wyjęłam z szafy swój ulubiony płaszcz i zaczęłam się zastanawiać, ile on ma lat. Osiem? Może dziewięć?  Oparł się wszystkim domowym remanentom. Bardzo go lubię i nie mam ochoty się pozbywać. Nie jest zniszczony, bo noszę go każdego roku bardzo krótko, tylko pomiędzy ciepłą kurtką a płaszczem zimowym i to nie zawsze. Nie jest też niemodny, bo fason uniwersalny. Zresztą, Coco Chanel mówiła: "Moda przemija, styl pozostaje". Mojemu płaszczowi styl pozostał na pewno. A swoją drogą przydałaby mi się do niego "rasowa" torebka. Louis Vuitton kołacze mi się po głowie.

środa, 23 listopada 2005

Na początku tej notatki chcę napisać parę słów na temat św. Tadeusza Judy, ponieważ wiele osób szuka informacji na temat tego Świętego.

 Sięgam do Encyklopedii Katolickiej KUL, t. 8:

Juda Tadeusz, święty Tadeusz Juda "uczeń Jezusa należący do grona Dwunastu. (...)Wg tradycji J[uda] nauczał w Palestynie, Arabii, Armenii i Rosji; w Mezopotamii spotkał się ze swoim bratem Szymonem i wspólnie z nim poniósł śmierć męczeńską; ich relikwie znajdują się prawdopodobnie w (...) w bazylice św. Piotra w Rzymie; czczony jest na Wschodzie (Armenia, Syria) m.in. ze względu na legendę o uzdrowieniu Abgara V Ukkamy(...) Kult J[udy] zyskał popularność dopiero od XVIII w., zwł. w Austrii i w Polsce, wyrażającą się m.in.  w częstym nadawaniu chłopcom imienia Juda lub Tadeusz, czczeniu go jako patrona od spraw beznadziejnych (...).

 W Polsce do najstarszych zachowanych zabytków należy figura z końca XIV w. z nieistniejacego gotyckiego tryptyku w kościele parafialnym w Ostrowitem k. Golubia-Dobrzynia, przedstawiająca [Tadeusza] J[udę] z maczugą i ksiegą w dłoni; z Szymonem i Maciejem ukazany jest na skrzydle pentaptyku z ok. 1505 r., ponadto na uwagę zasługuje rzeźba J. z dzidą (ołtarz gł. z ok. 1622 w katedrze w Pelplinie) oraz późnobarokowy posąg z 1757-76, z toporem w dłoni (kościół Nawrócenia św. Pawła Apostoła na Stradomiu w Krakowie). Ze współczesnych ujęć postaci [Tadeusza] J[udy] warto wskazać namalowany w typie ikony wizerunek pędzla P. Górskiej z 1938, otoczony szczególnym kultem wiernych w kościele Świetego Krzyża w Warszawie." To tyle na temat Świętego od spraw trudnych i beznadziejnych. A ja postanawiam, że odwiedzę Ostrowite i Pelplin.

Przez cały dzień wydawało mi się, że dzisiaj jest czwartek. Rano wpadłam w panikę, że nie wysłałam życzeń swoim zaprzyjaźnionym Amerykanom z okazji święta Dziękczynienia. Siedziałam więc i pisałam, zakładając, że Thanksgiving jest dzisiaj. Kiedy życzenia już powysyłałam, uświadomiłam sobie, że to środa. Potem jeszcze zadzwoniłam do dentystki, która przyjmuje tylko w czwartki, a także zaplanowałam zajęcia na piątek. I tak przez cały dzień. Ciekawe, czy jutro też będę o dzień do przodu.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast