Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
wtorek, 27 listopada 2007

Idziemy na spacer po Ursynowie, najpierw ulicą Rosoła na południe. 

 
 

Za tymi nowymi domami skręcamy w lewo i co widzimy?  Tu nie zaszła zmiana. Te domki na pewno pamiętają lata pięćdziesiąte.

Dwa kroki dalej znajdują się budynki Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. To Instytut Weterynarii, Klinika Koni. Na tym zdjęciu widać tylko konie mechaniczne, one z tej kliniki nie korzystają.

Kiedy się bliżej przyjrzymy, już nie mamy wątpliwości, że to miejsce należy do koni (żywych).

A naprzeciwko stary krzyż.

Kończymy nasz spacer. Jest zimno, trzeba szybko wracać do domu.

poniedziałek, 26 listopada 2007

Dzisiaj rozpoczynam czwarty rok blogowania. Piszę tak sobie i piszę i czasami nie wiem sama po co. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to blog szczególnie ciekawy, gdyż raczej porusza sprawy ogólne. Tematów prywatnych unikam, bo po pierwsze, nie należę do osób zbyt wylewnych, a po drugie, życie mam dosyć monotonne (i Bogu dzięki za to!). 

Wszystkim moim Czytelnikom, tym, którzy zostawiają tutaj swój ślad, jak i tym, którzy tylko czytają, bardzo dziekuję. 

niedziela, 25 listopada 2007

Zwykle przed południem jestem prawie nieprzytomna, potem powoli się ożywiam i najlepiej funkcjonuję po siódmej wieczorem.  

Czytam ostatnie "Wprost". Nie wysypiamy się. Podobno od stu lat ludzie śpią za mało, a poza tym większość z nas największą aktywność osiąga późnym wieczorem. Tak zwane sowy to, jak pisze autorka artykułu, wytwór cywilizacji. Coraz mniej jest ludzi, którzy wstają wcześnie. Czynnikiem decydujacym o tym, czy ktoś jest sową, czy rannym ptaszkiem, jest światło. Trzeba więcej spać! Ci, którzy pracują w nocy, a przysypiają w dzień, podobno częściej zapadają na choroby wrzodowe i choroby serca, a więc dobranoc!

                 

    W tym samym numerze zwróciłam też uwagę na artykuł, który moim zdaniem bardziej pasowałby do jakiegoś "Faktu" czy innego brukowca niż do "Wprost". Nawet tytuł za tym przemawia: "Gwiazdy na żebrach. Polskie celebrities wynoszą z bankietów kiełbasę, alkohol i kosmetyki". Owe rzekomo  łakome celebrities wymienione są w artykule z imienia i nazwiska, co mi się nie za bardzo podoba. Na początku swojego wywodu autorzy piszą tak: "(...) bankiety pełne są Edyt Herbuś, Ol Kwaśniewskich czy braci Mroczków. Bo dziś gwiazdą jest przede wszystkim bywalec bankietów". I dalej w tym samym stylu. Ach, jak to dobrze nie być gwiazdą!

sobota, 24 listopada 2007

 Z ulicy dobiegają jakieś krzyki, wyjrzałam. Troje młodych ludzi z popiwowym śpiewo-bełkotem na ustach idzie po stojących na chodniku samochodach, to znaczy wskakują na samochody i przechodzą po dachach. Wśród nich kobieta. Nie wiem dokladnie, jak wygląda, bo odległość dość duża, ale widzę, że jest w białej kurtce i w świetle latarni przypomina anioła.

                    

        A to też Amadeo Modigliani.

   Halina Poświatowska napisała "Wiersz o miłości" poświęcony Amadeo Modiglianiemu i jego przyjaciółce Jeanne Hebuterne. Ostatnia zwrotka tego wiersza brzmi tak:
    
tymczasem
wysoko pod dachem
okno
z doniczką pelargonii
obrodziło czerwono
miłość - posypała się płatkami
w dół

 

 Przeglądajac stare papiery, trafiłam na notatki ze szkolenia, w którym kiedyś brałam udział. Nie wiem już, do czego mi to szkolenie było potrzebne, bo większości wiadomości tam nabytych raczej nie miałam okazji wykorzystywać, ale tematy były z bardzo wysokiej półki.

Jak jeść homary, langusty, ostrygi, ślimaki, krewetki i raki? - czytam. Potrzebne są do tego specjalne szczypce i odpowiedni widelec, żeby mięsko wyciągać. Raki przytrzymujemy szczypcami i specjalnym widelcem wyjmujemy mięso. Podobnie traktujemy langusty i homary. Do ostryg i ślimaków także niezbędne są szczypce i  widelec. Ostrygi otwieramy szczypcami, skrapiamy mięso cytryną i jemy widelcem. Do tego najlepszy jest chleb pumpernikiel. Ślimaki natomiast trzymamy szczypcami za skorupkę i widelcem z dwoma zębami wyjmujemy jej zawartość, którą umieszczamy na łyżce. Kropimy sokiem cytrynowym. Krewetki jemy normalnie, nożem i widelcem. Jeśli jednak są podane w pancerzach, trzeba plcami wydobyć je ze skorupek i widelcem zjeść zawartość. Oczywiście do takich operacji niezbędna jest miseczka z wodą, żeby można było opłukać palce. To tyle notatek ze szkolenia. 

                    To znów Amadeo Modigliani /ten nos to "Picasso", widać, że znajomość obu malarzy zostawiła ślady/.

                

Dzisiaj miałam zamiar pojechać na działkę, żeby nakarmić koty. Są tam cztery bezpańskie, sympatyczne koty, które zawsze przybiegają, oczekując na jedzenie. Nie pojechałam jednak, bo po pierwsze padał deszcz, a po drugie, spałam za długo i wtedy już szosa była zatłoczona. Zatłoczona, ponieważ na trasie do mojej działki znajduje się Maximus. Maximus to ogromne, kolosalne centrum handlowe, składające się z iluś tam hal, do którego w sobotę przed południem z obłędem w oczach rodacy ciągną jak ćmy do palącej się świecy. Trasę, którą zwykle przejeżdża się w dziesięć minut, w tym czasie pokonuje się znacznie dłużej niż przez pół godziny.

W Warszawie, koło Pałacu Kultury, powstaje Hyde Park. Miasto przygotowuje teren, odpowiednią mównicę i każdy będzie tu mógł mówić, co zechce, byle bez nienawiści. Mnie się wydaje, że rolę Hyde Parku pełni teraz Internet i każdy może tu wypowiadać się w sposób nieograniczony, tak jak my to robimy na blogach. A poza tym, czy zawsze musimy kogoś naśladować. Hyde Park to Londyn, nie Warszawa. 

czwartek, 22 listopada 2007

Ponieważ w zimie łatwo utyć, zarządziłam w domu wielkie odchudzanie. Nie, żadna tam dieta tysiąc kalorii, kalorii jemy więcej niż tysiąc, ograniczamy tylko mocno ilość zjadanych węglowodanów. Bardzo mało pieczywa, bardzo mało ryżu i jeszcze mniej spaghetti. O słodyczach nie wspominam, bo tych nie używamy od kilku lat. Nie ma natomiast ograniczeń, jeśli chodzi o warzywa, jemy wszelakie, surowe, duszone, pieczone, smażone. Ja jestem zdyscyplinowana i nie mam kłopotów z podporządkowaniem się własnym nakazom, gorzej jest z mężem, który przed wyjściem do pracy w swojej teczce przez całe lata najchętniej widział zrobione moimi rękami kanapki, bo żadnych tam wyjść w czasie pracy na lunch nie uznaje. Jako tradycyjna, drobnomieszczańska żona będę mu nadal dawać te kanapki, ale odtąd będą to kanapki-firanki, kanapki-mgiełki, kanapki jak piórko łabędzia.

             To oczywiście dzieło Amadeo Modiglianiego.

          Lubię ten portret.

Teraz o czym innym.

Amerykanie obchodzą dzisiaj święto Dziękczynienia, od rana wysyłałam życzenia swoim rozlicznym amerykańskim przyjaciołom. Potem, za kilka godzin, kiedy już u nich był dzień, oni za te życzenia mi dziękowali. Oczywiście wszyscy informowali o spotkaniach rodzinnych, na które zjeżdżają ich krewni z całych chyba Stanów, oraz o indykach -olbrzymach, których zapach dolatuje z kuchni. Przy okazji dowiedziałam się, że znów będziemy mieć w lecie amerykańskich gości, przyjadą tu po raz drugi, bo - jak mówią -  w Polsce i we Włoszech czują się najlepiej. Jak dobrze, że Polska w tej konkurencji wygrywa z Włochami!

poniedziałek, 19 listopada 2007

Ooooj! Dlaczego ja nie urodziłam się na Florydzie? - jęczę, przeciągając się rano ze wzrokiem skierowanym na burą zaokienną rzeczywistość. A może w Arizonie - pada pytanie z drugiego pokoju - dzisiaj tam 29 stopni C?  Nie, tam nie chciałabym mimo tej temperatury!  A tak w ogóle to światła potrzebuję, słońca potrzebuję, dobrego nastroju...

To ponarzekajmy sobie. Podobno we Wrocławiu w środkach lokomocji miejskiej pojawiły się hasła: "Bądź życzliwy, ustąp miejsca starszym". Oczywiście, raczej nikt taką odezwą się nie przejmuje. Kiedyś rodzice uczyli, a w szkole też stale przypominano, że młodsi powinni starszym miejsca ustępować. W pojazdach miejskich były  specjalnie oznaczone fotele "dla inwalidów i kobiet w ciąży". O tym, że teraz się tego nie uczy, wiem doskonale, ponieważ od czasu do czasu jeżdżę autobusami, których trasa przebiega obok Zamku i Starego Miasta. Podróżują tamtędy wycieczki szkolne. Gromada dzieci, czy  młodzieży wbiega do autobusu i pędzi ile sił w nogach w poszukiwaniu wolnych miejsc. Ciekawe, czy ktoś z nich zareagowałby, widząc przed sobą wezwanie takie jak we Wrocławiu.

Dzisiaj imieniny Elżbiety. Lubię to imię. Miałam kilka koleżanek Elżbiet, ale nasze kontakty dawno się pourywały. Dwie zaś, z którymi jestem w łączności, obchodzą imieniny na początku lipca. Poza Królową nie przychodzi mi też do głowy żadna sławna Elżbieta.

Blogowym Elżbietom najlepsze życzenia!

niedziela, 18 listopada 2007

Oczyma wyobraźni widzę takie chwile. Pogodny zimowy wieczór, pod nogami skrzypi śnieg. Idziemy wąskimi uliczkami Starego Miasta, mijamy Barbakan i wchodzimy na Freta, a dalej już jest Rynek Nowego Miasta. Lekko prószy śnieg, zatrzymujemy się koło starego kościoła, a zmrok rozjaśniają nam dwie stare latarnie gazowe. Nastrój zaczarowany, baśniowy jak z Andersena.

Na Rynku Nowego Miasta, przed kościołem NMP, jednym z najstarszych kościołów Warszawy, zainstalowano ostatnio dwie latarnie gazowe. Pierwsze latarnie gazowe ustawiono tutaj w połowie XIX wieku, a te dzisiejsze zawierają  elementy (słupy, metalowe oprawy) z tamtych czasów. Teraz latarnie są wyposażone w urządzenia elektroniczne, które powodują, że o określonej porze same się zapalają. W Warszawie jest około 150 gazowych latarni, najwięcej wzdłuż Agrykoli, i tamte są zapalane ręcznie. Przed 1939 rokiem było ich w mieście około 3800, ale wojna i lata powojenne także i w tej dziedzinie poczyniły wielkie spustoszenie. Niedawno ukazała  się książka na temat latarni warszawskich: "Latarnie warszawskie. Historia i technika". Autorem jest Jarosław Zieliński. Warto ją wziąć do ręki, bo latarnie to również część historii Warszawy. 

       latarnie   "Cichnie gwarna ulica, czar snów
Tęczą marzeń wyskrzydla motylą...
Czegoś brak ci... czy uczuć, czy słów...
Zapalają latarnie...
Stój, chwilo..."       
                  /Artut Oppman" "Zapalają latarnie"/

piątek, 16 listopada 2007

Dzisiaj na bazarku. Czego tu nie można kupić?

środa, 14 listopada 2007

Ukazała się ciekawa książka: "Miasto jak brylant. Księga cytatów o Lwowie". Autorką jest Karolina Grodziska. Można tam znależć kilkaset interesujących, często dowcipnych, błyskotliwych i barwnych wypowiedzi różnych osób na temat "miasta czterech kultur". Książka wartościowa, zwłaszcza przydatna dla tych, których rodzinne korzenie sięgają Lwowa.

Dzisiaj imieniny Judyty. To ciekawe imię pochodzenia hebrajskiego. Judyta, postać biblijna, uratowała Izrael, ucinajac głowę asyryjskiemu wodzowi Holofernesowi.  Podobno kobiety, które noszą to imię, są wrażliwe na piękno i cechują się zdolnościami artystycznymi. Bardzo dawno czytałam książkę, której bohaterką była Judyta, od rana usiłuję przypomnieć sobie tytuł i nie jestem w stanie.                  

W końcu lipca rozpoczęto ocieplanie naszego domu, ale do tej pory robót jeszcze nie skończono. "Co się pani dziwi - mówi moja sąsiadka. Te dwie chłopiny dłubią tu jak mogą, ale ze wszystkim nie nadążają". Prawdę powiedziawszy, na początku "chłopin" było trochę więcej, ale zostały przeniesione do pracy przy innych budynkach.

Koleżanka pożyczyła z biblioteki książkę na moje konto, już bardzo dawno, i obraża się, kiedy proszę ją o zwrot. Dzwonię, proszę, żeby zwróciła, deklaruję, że sama od niej odbiorę, i nic. Dzisiaj się wściekłam.

A poza tym to strasznie boli mnie głowa.

                  Może tak sobie wyobrażam Judytę.

           /Amadeo Modigliani/

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast