Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
niedziela, 30 listopada 2008

Od kilku dni czuję się nienajlepiej, nie jest to chyba rezultat nadużycia wirtualnego szampana z okazji rocznicy pisania bloga. A jeśli znów jestem przy rocznicy, to jeszcze raz wszystkim dziękuję za gratulacje i dobre słowa. 

Niedziela minęła spokojnie. Do południa było nawet ładne słońce, zachęciłam męża do pójścia na spacer, a sama przygotowywałam obiad. Potem przyszli syn z synową. Posiedzieli ze dwie godziny, poopowiadali o swoich sprawach i było bardzo miło.

Jutro mam zamiar pójść do biblioteki, ponieważ zauważyłam w komputerze informację, że już mogę odebrać książkę, którą tydzień temu zarezerwowałam. W Warszawie, na Ursynowie, gdzie mieszkam, wszystkie bliblioteki są już skomputeryzowane. Bardzo mi to odpowiada. Można wyszukać książki w katalogu on-line, można je zarezerwować, jeśli akurat są wypożyczone, albo zamówić, jeżeli książka jest na półce i chcemy, żeby na nas poczekała.

Kiedy wiele lat temu byłam na tzw. Zachodzie, odwiedziłam tak skomputeryzowaną bibliotekę, myślałam wtedy, że taka technika może przynależeć tylko do tamtej cześci świata. Nie wydawało się możliwe, żeby to kiedyś przyszło i do nas. A jednak niemożliwe stało się możliwe, i to szybciej, niż myślałam, i nie tylko w tej dziedzinie.

wtorek, 25 listopada 2008

      Dzisiaj zapraszam na szampana. Mój blog skończył cztery lata. Zaczęłam go pisać w 2004 roku. Wtedy nigdy nie przypuszczałam, że ta przygoda będzie tak długo trwała. Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądają, którzy dzielą się ze mną swoimi wrażeniami i refleksjami. Jest mi tym bardziej miło, ponieważ zdaję sobie sprawę, że zwykle większym zainteresowaniem cieszą się blogi o tematyce osobistej, kiedy autorka pisze o własnych przeżyciach i kłopotach. Tutaj tego raczej nie ma. Unikam takich tematów, ponieważ trochę ogranicza mnie świadomość, że zagląda tu moja rodzina i w każdej chwili mogę usłyszeć: "Mama, nie wygłupiaj się":)

 Będzie mi miło gościć Was w dalszym ciągu tak długo, jak długo blog będzie jeszcze istniał.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Jechałam dzisiaj przez Warszawę autobusem. Miałam dużo czasu, bo trasa była dość długa. Siedziałam i przyglądałam się ludziom. Zauważyłam, że na twarzach kobiet od czterdziestki wzwyż jest namalowany smutek. Bardzo mało kobiet ma pogodny wyraz twarzy. Wygląda na to, że większość się czymś martwi. Czym? Dziećmi? Pracą? Konfliktami w rodzinie? Chorobami? Każda z tych odpowiedzi jest możliwa. Pomyślałam sobie, że kiedyś chyba było więcej pogodnych i zadowolonych ludzi.

Mając przed sobą tak długą trasę, kupiłam sobie gazetę do czytania w drodze, było to szczególne wydarzenie, ponieważ od pewnego czasu gazet nie kupuję, gdyż one mnie brzydzą. Brzydzi mnie brak obiektywizmu, a także  nieprzestrzeganie zasad moralnych przez dziennikarzy. Dzisiaj jednak kupiłam "Dziennik" i z przyjemnością przeczytałam w nim ciekawy wywiad z Krzysztofem Pendereckim, który właśnie obchodzi 75. rocznicę urodzin. Kompozytor z wielkim sentymentem wspomina swoje "cudowne", pełne patriotycznych wartości dzieciństwo w Dębicy, a także wypowiada się na temat współczesności, która jego zdaniem jest pełna zgiełku, ignorancji i moralnego chaosu. Pan Penderecki może się od takiej współczesności odizolować. My, niestety, nie.

sobota, 22 listopada 2008

Sobota. Rano śnieg, mróz -2, a my, rychło w czas, uświadomiliśmy sobie, że nasza działka nie jest przygotowana do zimy. Spisałam na kartce wszystkie czynności, które trzeba tam wykonać, i wyszło mi szesnaście punktów, między innymi trzeba okopczykować róże, obsypać magnolie, azalie i rododendrony korą, przykryć młode winorośle, ściąć klematisy, a także wykonać parę prac porządkowych w domu. No tak, zrobić kopczyki, obsypać korą, torfem, ale skąd to wziąć? Pobliskie prywatne sklepy ogrodnicze już pozamykane na czas zimy, zdecydowaliśmy więc, że jadąc na działkę, wstąpimy do marketu Obi i tam kupimy, co trzeba.

Ubrałam się, jakbym po drodze miała jeszcze zawadzić o Syberię (tylko pantofle jesienne), i pojechaliśmy do "Obiego". Bardzo ponury strażnik przy drzwiach, ze zdziwioną miną ("czego oni tu jeszcze chcą?"), wypuścił nas i jeszcze parę osób na zewnątrz, gdzie zwykle leżały worki z ziemią i korą. Teraz było tam ich już niewiele. Mąż wygrzebał spod śniegu niezupełnie to, co było nam potrzebne, położył na wózku i usiłujemy wyjść z tego placu. Okazało się jednak, że smętny strażnik opuścił swoje stanowisko przy drzwiach i nie możemy dostać się do środka sklepu. Stukamy, pukamy - i nic. Szczęśliwi klienci znajdujący się po ciepłej stronie drzwi, widząc naszą desperację, nawet i wykazywali chęć uwolnienia nas z tej dużej klatki, ale nie byli w stanie zgłębić sztuki otwierania owych drzwi. W końcu gdzieś w oddali pojawił się smętny klucznik i zauważywszy nasze machania rękami, wolnym krokiem, z miną przejawiającą intensywne myślenie ("wpuścić ich czy nie?), używając magicznego przycisku, wpuścił nas, zziębniętych, do środka.

Na działce od razu nabrałam śniegu w buty, zgrabiałymi rękami zrealizowaliśmy połowę spisanych przeze mnie punktów i pędem wskoczyliśmy do samochodu, żeby się rozgrzać, wracając do domu.

Wiesz - mówię do męża - nie miałabym nic przeciwko temu, żeby mi zmarzła połowa tego, co tam rośnie. Za dużo z tym wszystkim zachodu, a poza tym zbyt marni z nas ogrodnicy. Do takich wniosków doszłam, dzwoniąc zębami i usiłując poruszać palcami u nóg w celu sprawdzenia, czy jeszcze istnieją.

czwartek, 20 listopada 2008

Podczas rozmowy przez telefon o tym, co było, co minęło (o rety, coraz wiecej takich rozmów!) koleżanka zapytała:

- A pamiętasz kaprony?

- Kaprony, kaprony, chyba było coś takiego... Już wiem! Pończochy radzieckie, cienkie nylony z czasów przedrajstopowych. Kaprony to był przedmiot marzeń wielu peerelowskich dziewczyn.

Mężczyźni natomiast z dumą nosili wówczas swoje ortalionowe płaszcze, a także krzyk mody: non-ironowe koszule, niewymagające prasowania, łatwe w praniu, co zwłaszcza cieszyło wszystkie żony.

To były czasy, kiedy - jak się wydawało - świat oferował nam nieograniczone możliwości, a przyszłość miała być jasna i prosta.

wtorek, 18 listopada 2008

Co to jest rejbak? Dotąd nie wiedziałam, ale już wiem. W poprzednią sobotę i niedzielę słuchałam Radia dla Ciebie, a tam mówiono o Kurpiach. Wstyd sie przyznać, ale właściwie nigdy na Kurpiach nie byłam, bo przejazd przez Myszyniec czy przez Łomżę się nie liczy. Z audycji o Kurpiach dowiedziałam się, że sztandarową potrawą regionalną tamtego regionu jest właśnie rejbak. Inaczej mówiąc, jest to babka ziemniaczana z surowych ziemniaków, z dużą ilością boczku wędzonego i podsmażonej kiełbasy. Niektórzy dodają do rejbaku jeszcze kaszę mannę, ale myślę, że bez kaszy jest smaczniejszy.

Na Kurpiach rejbak popija się bezalkoholowym piwem kozicowym. Piwo kozicowe podobno jest przepyszne. Robi się je z wody, miodu, jałowca, drożdży, cukru i chmielu. Niestety, nie sprzedają go w butelkach, można je tylko wypić w miejscowych gospodach.

Postanowiłam: na wiosnę jedziemy na Kurpie, do Myszyńca, do Kadzidła, do Łysych. I jak tu nie bronić Polskiego Radia?

poniedziałek, 17 listopada 2008
Nie wiem, co się dzieje. Dlaczego poprzedni wpis wyszedł poza ramy?
piątek, 14 listopada 2008

Czytam, że najszczęśliwsi ludzie żyją w krajach skandynawskich, Austrii i Szwajcarii. Bardzo jestem ciekawa, jak się to szczęście mierzy. Zawsze mówiono, że w krajach skandynawskich jest dużo samobójstw, na co ma wpływ podobno mała ilość światła, a teraz okazuje się, że Skandynawowie są bardzo szczęśliwymi ludźmi, więc coś mi nie pasuje. Ale to tak na marginesie.

Przed chwilą zrobiłam smaczną i bardzo prostą sałatkę. Podaję przepis:

Sałatka z awokado

Lekko miękkie awokado obrać i pokroić w kostkę, skropić cytryną. Dodać pokrojony w kostkę wcześniej uduszony albo ugotowany filet z kurczaka, szczypiorek, a jeśli nie ma pod ręką szczypiorku, może być drobno posiekana nieduża cebula, sól, pieprz, majonez. Wymieszać, wstawić do lodówki. Ja dodaję jeszcze parę pociętych listków cykorii, a czasami drobno pokrojonego pomidora.

Bardzo lubię awokado. Kupuję je zwykle w większej ilości, część leży w lodówce, a inne dojrzewają w kuchni na stole. Lubię guacamole, często jem też awokado owinięte w plasterki sera żółtego. Polecam ten owoc, bo jest zdrowy, zawiera tłuszcze nienasycone i można nim nawet smarować chleb zamiast masła, w niektórych krajach jest nazywany "owocem maślanym". Inna, moim zdaniem bardzo właściwa nazwa awokado to "smaczliwka wdzięczna". Prawda, że "smaczliwka wdzięczna" bardzo ładnie brzmi?

czwartek, 13 listopada 2008

Mój syn pasjonuje się bieganiem. Każdego dnia biega wiele kilometrów. W poniedziałek brał tez udział w "Biegu Niepodległości" ulicami Warszawy (10 km). Widzę, że mu to bieganie bardzo dobrze robi, chociaż ja się trochę niepokoję o jego stawy kolanowe.

A ja dzisiaj też trochę biegałam po mieście. Załatwiłam kilka spraw na Mokotowie i przy okazji zrobiłam małe zakupy. To, co kupiłam, nazywa się wieszka profilowana. Kupiłam sobie całe pięć sztuk wieszek. Wieszki są z jaśniutkiego drewna, lakierowane, z lśniącym znakiem zapytania w środku. Kto zgadnie, co to są wieszki profilowane? Odpowiedź zagadki na końcu tekstu.

A jeśli już mowa o zakupach, to gdzieś czytałam, że w Japonii popularne są teraz gadżety, które uniemożliwiają zamykanie powiek. Są to specjalne dwustronne plastry, które przykleja się do górnej powieki i do brwi, tak żeby powieki nie mogły mrugać. Uważam, że jest to bardzo przydatne na wszelakich zebraniach, konferencjach, koncertach, kiedy spanie z zamkniętymi oczami byłoby źle widziane. Prawdę powiedziawszy, nawet w tej chwili sama bym sobie takie plastry przykleiła, bo mi się oczy zamykają, ale na szczęście nie jestem na zebraniu, więc wybiorę lepsze rozwiązanie i niebawem pozwolę swoim powiekom się zamknąć. Dobranoc.

Odp. Wieszka profilowana - wieszak na ubrania

wtorek, 11 listopada 2008

Świąteczny poranek. W radio zespół "Pod Budą". Andrzej Sikorowski śpiewa  piosenkę z takim nastrojowym tekstem: 

Jest taki kraj tu nad Wisłą,
pod nieba szarym ołowiem.
Tu moje imię, nazwisko,
tu w ziemi moi ojcowie.
I chociaż wciąż narzekają,
że stąd daleko do świata,
to tylko w tym jednym kraju
potrafię kochać i płakać.
 
Bo tylko tutaj sprzedają chleb,
który z dzieciństwa pamiętam,
skrzypi pod nogą wczorajszy śnieg
i najpiękniejsze są święta.
I choć mnie czasem zalewa krew
i myśli mam niezbadane,
to tutaj wrosłem po wieków wiek
drzewem którego nie złamiesz. "
 
    Dołączam scany pamiątek związanych z dzisiejszą rocznicą. 
                       UŁAN

       
    
                   
      
                 UŁAN I PANNA

       
    
   
 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast