Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
środa, 23 listopada 2011

Nie są zdolni do kompromisów, do żadnych ustępstw, są egoistyczni, każde myśli tylko o sobie, są niby razem, ale właściwie oddzielnie, osobno spędzają wolny czas, każde ma swoich znajomych, swoje pieniądze, swoje fałszywe ambicje, brakuje empatii, wspólnego odczuwania radości i zmartwień, są tylko sprawy jego i jej. Nie ma ICH, jest tylko ona i on. To są moje wnioski z obserwacji młodych małżeństw, zarówno tych opisanych na blogach, jak i większości tych które znam poza internetem.

Dlaczego o tym piszę? Piszę, ponieważ, jak już wspominałam, przeczytałam książkę o niezwykłej miłości: "Hanka, miłość, polityka". Jeszcze raz przypomnę, autorem jest profesor ekonomii, człowiek ze szczytów polityki, doradca i zaufany człowiek Edwarda Gierka, Paweł Bożyk. Politykę zostawiam na boku, nie należy ona do mojej bajki, ale uważam, że książka ta powinna być lekturą obowiązkową każdego młodego małżeństwa. 

Byli małżeństwem ponad czterdzieści lat. Poznali się w akademiku na Kickiego jako młodzi studenci. Ich życie było bardzo barwne. Przyjaźnili się z ludźmi znanymi z pierwszych stron gazet, zwiedzili cały świat, wszędzie byli razem. Profesor wyznaje: "Od chwili spotkania nie mogliśmy żyć bez siebie. Każde, nawet najkrótsze rozstanie wiązało się z tęsknotą, jakby w obawie, że nie spotkamy się już nigdy", a w innym miejscu: "Choć los sprawił, że często mogliśmy przebywać na salonach wśród możnych tego świata, tak naprawdę czuliśmy się z Hanką dobrze tylko w swoim towarzystwie". Hanka zmarła w ubiegłym roku. Po jej śmierci, pisząc o swojej rozpaczy, Paweł Bożyk mówi: "Czuję się dumny z takiej żony, Hanka nadal jest moją żoną i pozostanie nią na zawsze. Miłość, która nas łączyła, łączy i łączyć będzie zawsze, jest bowiem nieprzemijająca". Ciekawe, ile osób, teraz młodych, kiedyś, po latach będzie mogło powiedzieć podobnie.

niedziela, 20 listopada 2011

Dzisiaj jestem w nastroju biało-czerwonym. Wczoraj poszłyśmy z koleżanką na koncert polskich pieśni patriotycznych, który odbywał się w domu kultury na Starym Mieście.


Jeszcze dzisiaj snują mi się po głowie tamte melodie: "Rozkwitały pąki białych róż", "Jak to na wojence ładnie", "Teraz jest wojna", "Dziś do ciebie przyjść nie mogę" i inne. Wszystkie te pieśni pamiętam ze swojego domu rodzinnego, ponieważ moja mama w młodości bardzo lubiła śpiewać i często je słyszałam. Niestety, obecnie w rodzinach śpiewa się coraz rzadziej, chociaż znam takie domy, w których i teraz rodziny się zbierają na wspólne śpiewanie.

A dzisiaj czytam książkę, która mnie bardzo pochłonęła, "Hanka, miłość, polityka" profesora ekonomii, Pawła Bożyka. Napiszę o niej więcej, kiedy skończę czytać. Jest to przede wszystkim rzecz o pięknej, ponad czterdziestoletniej miłości (tak, tak! młodzi!),  Hanka to żona Profesora.

 

środa, 16 listopada 2011

Kilka dni temu byłam na wykładzie pt."Saga rodu Fukierów". Wykład odbył się w jednej z uroczych kamieniczek na Rynku Starego Miasta, a prowadził go znany varsavianista, autor książek o Warszawie, pan Tadeusz Władysław Świątek.

Prelekcja głównie była poświęcona kamienicy Fukiera znajdującej się na Rynku Starego Miasta 27. Kamienica ta została zbudowana w XV wieku, wielokrotnie zmieniała właścicieli, a na początku XIX wieku właścicielem jej został Florian Fukier,  przedstawiciel bogatego niemieckiego rodu. Fukier na parterze utworzył winiarnię, a w piwnicach znajdował się wielki skład win i miodów. Dalsze dzieje tej kamienicy aż do czasów powojennych wiążą się z rodem Fukierów. Ich winiarnia znana była w całej Warszawie, a nawet nie tylko w Warszawie. Kamienicę wielokrotnie przebudowywano. W 1944 roku została prawie całkowicie zburzona, zachowały się tylko podziemia. Po wojnie dokonano odbudowy. Odtworzono bryłę i fasadę kamienicy z XVIII wieku. Ostatni przedstawiciel rodu Fukierów, Henryk Maria Fukier, zmarł w 1959 roku. Obecnie mieści się tu restauracja M. Gessler "U Fukiera".

.

To jest ta kamienica Fukierów. Jak wspomniałam wyżej, teraz znajduje się w niej restauracja Gesslerowej.

 

Nie bardzo podobają mi się te dekoracje.

 



 

Rynek Starego Miasta w jesienne południe.

 

Hitchcock na Starym Mieście?

niedziela, 13 listopada 2011

Wczoraj, spełniając swój patriotyczny obowiązek, na Mazury Cud Natury zagłosowałam w ostatnich piętnastu minutach. Jeśli ten region znalazł się wśród światowej czternastki, to nie jest źle, jednak nie wiem, czy dla Mazur ta dobra lokata będzie miała jakiekolwiek znaczenie. Ale nie o tym chciałam pisać.

Jak już wspominałam, dzisiaj minęły dwa lata od śmierci mojego męża. Ten dzień był deszczowy i ponury. Do kościoła przyszli nasi bliscy ludzie, także z męża pracy. Potem wszyscy pojechaliśmy na cmentarz, a stamtąd wróciliśmy do mnie do domu na obiad. W domu rozmawialiśmy, wspominaliśmy, było ciepło i serdecznie.

Dużo osób do mnie dzwoniło, wszystko to było bardzo przejmujące. Ogromnie mnie wzruszyli nasi przyjaciele Żydzi, którzy wczoraj wieczorem, prosili o położenie dwóch małych kamieni na męża grobie. Zgodnie z żydowską tradycją na grobie kładzie się kamień. Wzięłam więc dzisiaj dwa najładniejsze kamyki, które kiedyś wyjęłam z jakiegoś górskiego potoku i położyłam wśród kwiatów. Dwa, bo jeden od niego, drugi od niej. To są bardzo bardzo bliscy nam ludzie, bezgranicznie okazują mi swoje serce. 

A teraz późny wieczór. Nastrój jest taki jak w tym wierszu:

      "Deszcz pada od rana
      Do samego południa
      Świat jest nudny i ciemny
      Jak zaklęta studnia..."                   

           /E. Szelburg-Zarembina:"Słota"/

 

 

środa, 09 listopada 2011

 

W poniedziałek dostałam od syna ten piękny storczyk. Na razie stoi tutaj, ale zaraz przeniosę go w bardziej reprezentacyjne miejsce.

Niedzielne spotkanie, o którym wspominałam w poprzednim wpisie, było bardzo miłe.  Dorośli rozmawiali i jedli pyszne wypieki młodej pani domu, dzieci się popisywały, starsza tańcami, młody pierwszymi krokami na podłodze. Było radośnie i serdecznie.

A w najbliższą niedzielę druga rocznica śmierci mojego męża. Już dwa lata minęły, a mnie się wydaje, że to było tydzień temu.

sobota, 05 listopada 2011

Bardzo ciepło było dzisiaj. Piękna ta jesień. Aż mi szkoda złotych liści, które firma sprzątająca intensywnie usuwa. Kiedyś, dawno, zbierałam takie piękne kolorowe liście, prasowałam je żelazkiem z obu stron, a potem cieniutkie, jakby utkane z pajęczyny, wkładałam do książek. Jeszcze teraz często je tam znajduję.

Dzisiaj dużo czasu straciłam, robiąc zakupy. Poza produktami spożywczymi kupiłam sobie czarne czółenka Gabora. Podobają mi się i wydaje się, że będą bardzo wygodne. Przydadzą się już jutro, bo po południu idę z wizytą do rodziny syna mojej przyjaciółki, więc je wypróbuję. Życzę wszystkim dobrej niedzieli i dziękuję za sympatyczne komentarze pod moim poprzednim wpisem.

czwartek, 03 listopada 2011

Powoli wracam do blogowej rzeczywistości. Przepraszam wszystkich, że tak długo się nie odzywałam. Mnie także dotknął kryzys, wprawdzie może nie ekonomiczny, ale fizyczny i psychiczny. Kłopotów i smutków nie brakuje. Myślałam już nawet o zakończeniu blogowania, po siedmiu latach pisania nie byłoby to takie dziwne, ale Wasze ciepłe komentarze znów zmotywowały mnie do powrotu. Wzruszyłyście mnie bardzo swoją pamięcią. Serdecznie dziękuję. A kryzys, jak to w życiu, pojawia się i - mam nadzieję - ustąpi.

Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast