Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 30 grudnia 2004

Wszyscy podsumowują miniony rok. Jakoś smutno mi zawsze w tych dniach. Nie lubię tej końcówki. Znów coś się kończy, jeszcze jeden rok więcej. Nie był to zły rok dla mnie, ale nie był też szczególnie dobry. Chciałabym, żeby następny nie był gorszy. Obok kilku mało przyjemnych wydarzeń były też i radosne. W lipcu miałam wesele syna,"ach, co to był za ślub!".

A propos wesela, w ostatnich dniach zajrzałam do jakiegoś beznadziejnego babskiego pisma i czytam życiorys dość znanej aktorki. Piszą tam między innymi: "w roku ... zawarła związek małżeński (z mężczyzną)" !!. Życiorys naszych czasów!

środa, 29 grudnia 2004

Evieta jest zainteresowana "krupnikiem". Podaję więc przepis. Może się jeszcze komuś przyda na mroźne zimowe wieczory.

Gotujemy szklankę miodu ze szklanką wody. Dodajemy kawałek laski wanilii, trochę cynamonu, 2-3 goździki, można też wrzucić odrobinę gałki muszkatołowej czy imbiru, ale ja nie dodaję. Jeszcze przez chwilę gotujemy, zdejmujemy z ognia i wlewamy pół litra spirytusu. Mieszamy. Można przecedzić, ale ja zostawiam z dodatkami, będzie lepszy aromat. Pijemy gorące. Oczywiście, jeśli ktoś woli mieć słabszy napój, może dodać więcej wody. 

Wczoraj wieczorem miałam gości, jeszcze w ramach imienin. Jedzenie było świąteczne plus trzy nowe sałatki: selerowo-ananasowa, pieczarkowa i zwykła jarzynowa w połówkach awokado. Wypiliśmy trochę wina, a poza tym przeprowadziliśmy degustację nalewek Kolegi Małżonka. Nalewki są rzeczywiście świetne. Najbardziej smakowała ciemnozłota nalewka na owocach dzikiej róży, które to owoce sami zrywaliśmy jesienią  na brzegu lasu pod Krynicą. Wszyscy lubimy także Małżonkowy "krupnik", czyli rozcieńczony spirytus gotowany z miodem, wanilią i innymi przyprawami. Kiedyś, kiedy zimy były bardzo mroźne, taki krupnik piło się w mojej rodzinie od czasu do czasu, zawsze gorący, z malutkich ceramicznych naczynek. Czekają mnie jeszcze jedne "imieniny", tym razem w wersji młodzieżowej, to znaczy dla młodszej części rodziny, ich żon, męzów i narzeczonych. Przełom roku mam zawsze bardzo pracowity

wtorek, 28 grudnia 2004

Robiąc w domu porządki przed świętami, znalazłam szkolny zeszyt mojego syna, w którym na kilku stronach ćwiczył mój podpis pod zwolnieniem z lekcji, które sam napisał: "uprzejmie proszę o usprawiedliwienie nieobecności w szkole mojego syna w dn..., ponieważ był on wtedy u okulisty." Napisałam karteczkę "Szkolne krętactwa", dopięłam ją do tego zeszytu i schowałam na pamiątkę. Na pewno był wtedy z kolegami na wagarach. Z tego wspólnego chodzenia na wagary wynikła fajna przyjaźń. Wszyscy są już po studiach, mają swoje rodziny, ale ta przyjaźń przetrwała i widzę, że nadal lubią się spotykać i pomagają sobie w różnych sytuacjach. A tyle nerwów kosztowały mnie kiedyś te jego wagary.

poniedziałek, 27 grudnia 2004

Każdego roku zdarzają sie nam jakieś zabawne sytuacje zwiazane z prezentami świątecznymi. Już kilka tygodni temu syn napomknął, że chętnie dostałby na gwiazdkę książkę "Starożytni Celtowie". Okazało się, że "napomknął" nie tylko nam, ale także swojej żonie i kuzynce. W rezultacie ma tych Celtów odpowiednią ilość. Kolega Małżonek dostał także potrójną ilość tych samych prezentów, tym razem kosmetyków, a "rodzinne" dziecko po tych świętach ma niezłą kolekcję lalek. Widać, z pomysłowością nie jest dobrze w naszej rodzinie.

A jeśli chodzi o prezenty, syn przypomniał nam, że będąc dzieckiem, dostał od Mikołaja rózgę /należała mu się wtedy!/ i że płakał wówczas, bo bardzo było mu przykro z tego powodu. Serce mi się krajało, kiedy on o tym teraz opowiadał. Jestem zła na siebie, że mu tę rózgę kiedyś podłożyłam, mimo że od tamtego czasu minęło sto lat.

Zawsze jest mi przykro, kiedy okazuje się, zapomniałam komuś wysłać życzenia. Dzisiaj dostałam piękne życzenia od Agnieszki. Dziesięć lat temu z nią się zetknęłam; przez rok udzielałam jej korepetycji i od tamtego czasu przysyła mi życzenia na każde święta. Dzisiaj jest bardzo dorosłą, wspaniałą, piękną kobietą, dawno skończyła studia i te jej oznaki pamięci o mnie bardzo mnie zawsze wzruszają. W ciągu lat miałam wiele silniejszych kontaktów z ludźmi, od których - wydaje mi się - bardziej mogłabym spodziewać się wyrazów sympatii, a nie zawsze ich doświadczam. Agnieszki wierność w przyjaźni jest dla mnie dużą radością i jest mi tym bardziej przykro, że przed tymi świętami ja o niej zapomniałam.

W dzień Wigilii było dosyć dużo roboty, więc czas upływał mi bardzo szybko. Przed południem miałam mnóstwo telefonów z życzeniami imieninowymi, aż byłam mile zaskoczona, że w tym roku tyle osób pamiętało. Kiedy żyli moi rodzice wigilia u nas rozpoczynała się bardzo wcześnie, już około piętnastej, w tym roku, o osiemnastej. Pochodzę z bardzo tradycyjnego domu, więc zawsze kolacja wigilijna zaczyna się u nas modlitwą. Najbardziej wzruszam się  przy modlitwie za zmarłych, kiedy wspominamy tych naszych bliskich, którzy jeszcze niedawno byli z nami, tylu ich już trzeba wymieniać... Potrawy były oczywiście mniej więcej takie, jak w innych domach, z tym, że u nas zawsze musi być kutia, nie ma natomiast kapusty z grochem jak u moich rozlicznych znajomych kielecko-łódzkich. Przy stole rozmowy przede wszystkim na tematy rodzinne. Dużo uwagi skupialiśmy na zachowaniu trzyletniej Uli, której bardzo to ogólne zainteresowanie odpowiadało. 

  "Święta, święta i po świętach" - tak zawsze mówiła moja mama już pierwszego dnia wieczorem. Ale teraz już rzeczywiście jest po świętach. U mnie było rodzinnie, zwyczajnie, bez żadnych zaskoczeń. Na pasterce w tym roku nie byłam, trochę ze względów zdrowotnych /przeziębienie/, bo kościół jest mały i na ogół trzeba stać na dworze. Poszliśmy więc do katedry na godzinę ósmą. Śniadanie rozpoczęliśmy o wpół do dziesiątej, co dla mojego syna i synowej, którzy odsypiali pasterkę, było niemal środkiem nocy, ale stawili się punktualnie. Przy stole siedzieliśmy do póżnego popołudnia, chyba tak jak w każdym domu. W drugi dzień było nas już mniej razem, ale też było bardzo miło.

czwartek, 23 grudnia 2004
"Jest taki dzień, bardzo ciepły, choć grudniowy
Dzień, jeden dzień, w którym gasna wszelkie spory.
Jest taki dzień, w którym radość wita wszystkich.
Dzień, który już każdy z nas zna od kołyski.
Jest taki dzień, tylko jeden raz do roku.
Dzień, zwykły dzień, który liczy sie od zmroku.
Jest taki dzień, gdy jestesmy wszyscy razem.
Dzień, zwykły dzień. Dziś nam rok go składa w darze."

 Układam tu ogromną stertę Bożonarodzeniowych życzeń. Są to życzenia wspaniałe, kolorowe, najlepsze, najserdeczniejsze. Dla Was wszystkich, którzy tu zaglądacie, na których odwiedziny czekam. W te cudowne Święta bądźcie radośni, ciepli, pogodni, szczęśliwi.

Proszę koniecznie zabrać ode mnie te życzenia. Niech tu nie leżą, niech się spełniają u Was.

Mam również tak samo piękne życzenia dla tych przygodnych wędrowców, którzy może zajrzą tu przypadkowo. Koniecznie weźcie stąd trochę światła i ciepła.

środa, 22 grudnia 2004

Dzisiaj poszłam na szóstą na roraty, pierwszy raz w tym roku. Byłam z siebie z tego powodu bardzo dumna i zadowolona, no bo w końcu wstałam w środku nocy. Jednakże moje samozadowolenie znacznie osłabło, kiedy w kościele usłyszałam, że trzydzieścioro dzieci chodziło na roraty każdego dnia.

W kuchni gotuje się bigos. Każdego roku gotuję go coraz mniej, bo z każdym rokiem ubywa amatorów bigosu. Dziś cały dom cuchnie kapustą. Zaraz zabieram sie za pieczenie keksów. Keks to moje ulubione ciasto. Makowców w tym roku nie piekę. Zamówiłam je w cukierni /co za wstyd dla gospodyni!/. Odbiore rano w Wigilię. Ułatwiam sobie życie na wszystkie możliwe sposoby. Karp też będzie kupiony od razu w płatach, przede wszystkim dlatego, że nie byłoby chętnych do zabicia go.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast