Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
środa, 30 grudnia 2009
Trudno mi się ostatnio skupić na czytaniu, myśli się rozpraszają i odlatują, a w głowie niewiele zostaje. Jednak z przyjemnością przerzuciłam dziś po południu książkę "Rzym po polsku", ładnie wydana z pięknymi zdjęciami. Przed oczami stanął mi od razu nasz pobyt w Rzymie, chyba z dziesięć lat temu, już nawet dokładnie nie pamiętam, który to był rok. Sierpień, strasznie gorąco, a my, zmęczeni, oblani potem, chodzimy wytrwale od zabytku do zabytku. Mąż pod tym względem był nienasycony, wszędzie gdzie wyjeżdżaliśmy, chciał zobaczyć i dokładnie poznać wszystko, co tylko było możliwe. Pamiętam, jak na Via Appia resztkami sił zdesperowana jęknęłam: "Dalej nie idę", a on spojrzał na mnie jak na barbarzyńcę, który nie wie, co mówi i informując płomiennie o tym, co stracę, od razu mnie przekonał do mobilizacji fizycznej. Jeśli ktoś się wybiera do Rzymu, warto tę książkę przejrzeć.

Podsumowania, rozliczenia, nowe postanowienia, jak zawsze w końcu roku. Wśród moich przyjaciółek powszechne jest zawołanie: "Muszę schudnąć". Ja natomiast mówię: "muszę utyć". Muszę odzyskać swoje 18 kg, które straciłam w ostatnich miesiącach. Nie jest to zbyt ambitne postanowienie, ale ambitniejszych nie mam. Nie mam żadnych marzeń, żadnych planów, zgodnie z tym powiedzeniem, że "planować, to rozśmieszać pana Boga".
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Zamierzaliśmy kupić nowe meble, bo stare już są zniszczone, ale mnie się nie chciało ich szukać, więc powiedziałam, że później, może w jesieni, nie będziemy sobie tym głowy w lecie zawracać. Mieliśmy zamiar pojechać najpierw do Ziemi Świętej, a potem  do Francji, bo przyjaciele zapraszają, ale ja mówiłam, że na razie nie, może w następnym roku, w tym roku chcę nacieszyć się działką. Planowaliśmy też pojechać do Szczecina, bo nigdy tam nie byliśmy, ale to przecież nie tak bardzo daleko, więc zawsze zdążymy. Zamierzaliśmy, planowaliśmy... A wniosek z tego taki, że nigdy nie należy odkładać niczego na później albo co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. 
sobota, 26 grudnia 2009
Moje Święta skończyły się dziś przed południem, kiedy wyjechał syn. Wigilię i pierwszy dzień spędziliśmy razem. Był to bardzo miły, chociaż smutny czas. W czwartek przed południem byliśmy na cmentarzu, wieczorem tylko we dwoje zjedliśmy kolację wigilijną. Nie skorzystałam z żadnego zaproszenia na ten wieczór, jeszcze nie czuję się na siłach, żeby wyjść do ludzi. A teraz już jestem sama. Kręcę się po domu, trochę próbuję czytać, trochę zaglądam do komputera. Staram się ograniczyć myślenie, nie zastanawiać się nad dniami, które nadejdą.
    A żeby nie było tak smutno, powiem jeszcze, że bardzo mi się udały wigilijne śledzie, które przygotowałam. Śledzie są ze śliwkami kalifornijskimi i kolendrą. Natomiast keks, który piekłam od zawsze, w tym roku jest twardy i gliniasty. Zupełnie nie wiem dlaczego, może przedobrzyłam z ilością jajek.
     Syneczek zmodernizował mi komputer, teraz pracuje z jakąś nieprawdopodobną szybkością. Tylko nad skanerem i drukarką trzeba jeszcze zapanować, bo z niezrozumiałych powodów nie chcą działać.

I to chyba wszystko, co mogę powiedzieć w ten samotny świąteczny wieczór. Rok temu moje Święta były radosne i szczęśliwe. Nic nie zapowiadało dramatu.
środa, 23 grudnia 2009

Wszystkim Wam, Kochani, na Święta życzę zdrowia, dużo radości, ciepła rodzinnego i żeby się spełniło to, na co czekacie i o czym marzycie.

             

             WESOŁYCH ŚWIĄT!

piątek, 18 grudnia 2009

 Męża współpracownicy przysłali mi życzenia świąteczne. Na pocztówce podpisało się 28 osób, życzą "daru spokoju". Lubię ich jeszcze bardziej niż dotąd.

 A jeśli chodzi o życzenia, dostaję trochę kartek z wydrukowanymi sztampowymi życzeniami "Wesołych i radosnych Świąt". Nie liczę na ich spełnienie.

 Próbuję trochę sprzątać w szafach i szafkach. Po tygodniach mojego mieszkania w szpitalu okropny tam bałagan.

 Nad ranem w wieżowcu na Ursynowie w mieszkaniu na IX piętrze wybuchł pożar. Dwóch osób nie udało się uratować, trzecia schroniła sie na balkonie i dzięki temu żyje. Co za tragedia! Podobno część mieszkańców bloku ewakuowano. Noc, mróz! Straszne!

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Chciałabym już zasnąć i obudzić się po Nowym Roku. Byłoby to rzeczywiście najlepsze rozwiązanie.

A poza tym syn łapie się na chęci wysłania esemesa do ojca, ja  chwytam za telefon, żeby do niego zadzwonić, a do głowy często przychodzi myśl: "muszę mu o tym opowiedzieć".

Nieustająco załatwiam sprawy w urzędach. Wszystkie umowy muszą być teraz na nowo zawierane. Przede mną przegląd gwarancyjny samochodu, ubezpieczenie, wniosek do sądu w sprawach spadkowych, itd. Trzeba przy tym dostarczyć wiele przeróżnych dokumentów, na przykład zaświadczenie o numerze PESEL męża. W żaden sposób nie mogę zgłębić, dlaczego PESEL w męża dowodzie osobistym jest niewiarygodny, dlaczego konieczne jest to zaświadczenie. Dużo problemów! Mam o czym myśleć podczas moich bezsennych nocy. 

środa, 09 grudnia 2009

Jest to zdjęcie mojego męża zrobione ponad trzydzieści lat temu.

Rozmowna urzedniczka w banku, u której załatwiałam dzisiaj formalności, zobaczywszy jego datę urodzenia, jęknęła i powiedziała: "Tak młodo umarł!"

 Nie wiem, czy młodo, zależy, jak się na to patrzy, miał 62 lata. Ale mnie to niewinne stwierdzenie wytrąciło z równowagi na cały dzień. 

wtorek, 08 grudnia 2009

Dzisiaj byłam w męża biurze, bo potrzebne mi były jakieś dokumenty. Mąż pracował tam przez siedemnaście lat. Jednak nie miałam siły, żeby tam dłużej zostać, mimo że byłam zapraszana. Wróciłam roztrzęsiona, za dużo przeżyć. Zresztą jego koleżanki i koledzy już wcześniej mnie wzruszyli, kiedy wszyscy przyszli na pogrzeb, a w swoim gazetowym nekrologu napisali o mężu, że "był to człowiek wielkiej prawości i wiedzy". Wiem, że w nekrologach zawsze pisze się dobrze o ludziach, ale szczególnie jestem im wdzięczna za podkreślenie tej prawości. Rzeczywiście był prawym, niezwykle uczciwym człowiekiem, ale był też bardzo skromny i dlatego muszę kończyć, bo na pewno nie chciałby, żebym o nim pisała.

Ostatnio jestem monotematyczna, musicie to przetrwać.

poniedziałek, 07 grudnia 2009

Codziennie załatwiam jakieś sprawy, chodzę od urzędu do urzędu i każdego dnia dowiaduje się o nowych dokumentach, które są niezbędne. Okazuje się na przykład, że potrzebny mi jest odpis naszego aktu ślubu. Dobrze, że przez tyle lat go przechowywałam - pomyślałam sobie. Jednak nic nie może być proste. Stary odpis się nie przyda, musiałam postarać się o nowy, wydany teraz. No, to mogę jeszcze zrozumieć, w ciągu tylu lat mogły zajść jakieś nowe sytuacje w małżeństwie.

Ale dlaczego nie jest ważny odpis aktu urodzenia mojego syna wydany w kilka dni po jego urodzeniu, dlaczego musi być nowy - tego nie rozumiem. W sprawie urodzenia nic się przecież nie mogło zmienić. Oczywiście za każdy dokument, za każdą jego kopię trzeba teraz płacić (po 22 zł) i może w tym jest zawarta odpowiedź na moje wątpliwości.

niedziela, 06 grudnia 2009

Dzisiaj jeszcze z nikim nie rozmawiałam. Najgorsze są soboty i niedziele, gdy telefon na ogół milczy, gdy nie ma spraw do załatwienia, gdy w domu cisza, aż w uszach dzwoni.

Dzisiaj zabrałam się za przeglądanie zawartości biurka męża, licząc na to, że są tam jakieś dokumenty spraw, które niezwłocznie trzeba załatwić. Oczywiście, znalazłam, to czego szukałam. Przede wszystkim muszę pamiętać, żeby na początku roku zapłacić podatek za ziemię, na której stoi dom, a o którym nikt nie będzie przypominać. Przy okazji natknęłam się także na mnóstwo innych papierów i pamiątek, z którymi teraz nie wiem, co zrobić.

Mój mąż był człowiekiem trochę sentymentalnym (ja zresztą też), więc do szuflady odkładał na przykład bilety do ciekawszych muzeów, do teatru, zaproszenia na spotkania, stare legitymacje, kasety, jakieś wycinki z gazet,  pióra wieczne, które dostawał najczęściej ode mnie, paszporty, bilety lotnicze z naszych wspólnych wyjazdów, a nawet dawne tarcze szkolne, mapy, plany miast, nie mówiąc oczywiście o świadectwach, listach, zdjęciach, itp. Bardzo tego dużo, wystarczyłoby na wyposażenie średniego muzeum.
Przeglądałam więc to wszystko, a przed oczami przesuwał mi się film z całego naszego wspólnego życia, długi, łzawy film.

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast