Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
piątek, 29 kwietnia 2011
Trochę spoglądałam na królewski ślub. Jakie wspaniałe  kapelusze!! A poza tym podobały mi się te zielone drzewa w Opactwie Westminsterskim, to podobno jakiś gatunek klonów, piękna żywa, wiosenna dekoracja.

Święta miałam niezwykle udane. Pierwszy dzień bardzo miło spędziłam z rodziną, razem było nas dziewięć osób. Jeśli chodzi o kulinaria, pyszny był mazurek kajmakowy Asi, a z moich wytworów kuchennych szczególnie chwalone były sernik i "żółta" sałatka (seler plus brzoskwinie i takie tam...). W poniedziałek natomiast odwiedzili mnie nasi odwieczni przyjaciele, świętowaliśmy imieniny Marka, im oczywiście też wszystko smakowało, a najbardziej chyba wyróżniali pasztet, ponieważ byli już bardzo zasłodzeni i na ciasta raczej nie mieli ochoty. W pierwszy dzień po świętach również przyszli do mnie goście i wtedy najwyższe notowania znów uzyskał pasztet, a także mazurek pomarańczowy. Sumując wszystko, piękne Święta, ładna wiosenna pogoda, mili goście.
piątek, 22 kwietnia 2011



Kochani! Wszystkim Wam posyłam ciepłe życzenia Wesołego Alleluja.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
 
     

     
Wreszcie przyszła na Ursynów, piękna, kolorowa.
    "Wiosna radosna
Jak sosna tak prosta
Rozpustna zaczepna okrutna
Kwitnąca dysząca
I w pąkach w zającach
I w zwierzu w roślinie
Pęcznieje coś pilnie
Wybucha jak tchnienie
I znika marzenie..." 

                 /Wiesław Dymny, Piwnica pod Baranami/
niedziela, 17 kwietnia 2011
Zawsze chciałam pojechać w Palmową Niedzielę na Kurpie, do Łysych, żeby na żywo zobaczyć te przepiękne kurpiowskie palmy. Wybieraliśmy się tam razem z mężem. Wybieraliśmy się nie tylko tam, ale wyszło jak wyszło i nie chce mi się już nigdzie jeździć. A wracając do palm, w tym roku kupiłam sobie taką kolorową, zdobioną suchymi kwiatami, "cepeliowską" - kiedyś tak się o nich mówiło, teraz nie wiem nawet, czy Cepelia jeszcze istnieje. Ta moja palma przyprawiła mnie o zażenowanie w kościele. Suche kwiatki i trawy tak się kruszyły, że zaśmieciłam nimi całą posadzkę wokół siebie.

Jestem przykładną obywatelką, PIT wysłany już kilka tygodni temu, a dzisiaj dzięki Internetowi poddałam się spisowi powszechnemu. Jeśli chodzi o wyraz "obywatel", przypomniało mi się, że jeszcze tak niedawno przed imieniem i nazwiskiem na kopertach z listami pisało się skrót: "Ob." , czyli obywatel. Młodzi już tego na pewno nie pamiętają, zresztą oni w ogóle pewnie nie wiedzą, że kiedyś ludzie pisali listy.


środa, 13 kwietnia 2011
Widzę, że jestem bardzo zapóźniona, jeśli chodzi o te nakrętki, chociaż, jak już mówiłam, słyszałam o zbiórce dosyć dawno, ale nie bardzo wierzyłam w jej sens. W dalszym ciągu nie wiem, dlaczego zbiera się akurat nakrętki, a nie na przykład także butelki plastikowe po napojach, szamponach czy mleku. Zupełnie tego nie rozumiem, ale nie muszę, jeśli akcja rzeczywiście przynosi korzyści. I tyle na ten temat.

Dzisiaj posiałam rzeżuchę na talerzyku. Nie wiem, czy to nie jest za późno, czy przez półtora tygodnia zdąży się zazielenić, ale będę na nią chuchać, a w kuchni jest dosyć ciepło, więc może urośnie. Jeśli nie zechce, to w ostatniej chwili kupię coś zielonego. Lubię listki rzeżuchy, chociaż jej zapach nie za bardzo.
W kuchni poza tym w pojemnikach z wodą mam cebulę, z której wyrósł ładny szczypior, a także krzaczek bazylii w doniczce. Bazylia jest moim ulubionym ziołem, to znaczy najbardziej lubię jej zapach. Czytałam, że zwykle osiąga ona wysokość od 30 do 60 cm. Myślę, że zależy to od odmiany. Kiedy byłam w Grecji, w wielu przydomowych ogródkach widziałam krzaki bazylii o wysokości około półtora, dwóch metrów. W greckim kościele prawosławnym używa się tej rośliny przy sporządzaniu wody święconej, a także umieszcza się ją przy ołtarzu. Zawsze, kiedy wchodzę do kuchni, potrącam ręką zielone listki i wtedy czuję się prawie jakbym była w Grecji, jeszcze żeby tylko to słońce...
wtorek, 12 kwietnia 2011

 Ostatnio moją pasją jest zbieranie nakrętek od butelek po napojach. Nie, nie kolekcjonuję ich! Zbieram je, ponieważ w ratuszu mojej dzielnicy jest wyznaczone miejsce, gdzie można te nakrętki składać i za nie potem mają być kupione wózki inwalidzkie dla dzieci. Już dawno o tej akcji słyszałam, ale nie bardzo w nią wierzyłam, jednak kiedy ostatnio w jakiejś audycji telewizyjnej zobaczyłam wózki kupione dzięki nakrętkom, zabrałam się do roboty. Ponieważ podczas Świąt wszelakich napojów pije się więcej niż zwykle, może tych nakrętek  trochę przybędzie... Może i u Was? Pewnie też przeprowadzane są takie zbiórki.

Jak każdego roku o tej porze w domu rozpoczęłam już akcję "Święta".Okna umyte, kartki z życzeniami napisane, plan przygotowań zrobiony. Jeszcze tylko trochę słońca by się przydało na podtrzymanie energii, ale niestety, znów pada.
niedziela, 10 kwietnia 2011
Syn chory od kilku dni, zimno okropnie, wieje niesamowicie, wiosna zamieniła się w późną jesień, wypadki, wichury, szaleniec w Holandii, burza piaskowa w Niemczech. Wszędzie coś niedobrego. I jeszcze rocznica tej strasznej katastrofy! Taka była dzisiejsza sobota.
 Wracając w południe do domu, bardzo zmarzłam, gdyż śnieg zacinał w twarz. Chyba znów trzeba będzie wyciągać z pawlaczy ciepłe ubrania, a jutro podobno ma być tak samo.














Jeszcze wrócę na chwilę do mojego poprzedniego wpisu o Domu Braci Jabłkowskich.  Halinka, (blogowiczka), wpisała w swoim komentarzu: "Pamiętam, jak w serialu "Dom" pan Popiołek pyta syna, który przedstawił rodzicom narzeczoną: 'A czy ona będzie wiedziała, gdzie byli bracia Jabłkowscy?' To było kryterium przydatności na żonę dla warszawiaka:)"
Halinko, dziękuję za uzupełnienie! Jak mogłam o tym zapomnieć? Lubię ten serial. Oczywiście, brak wiedzy, gdzie mieścił się sklep Braci Jabłkowskich, dyskwalifikował kandydatkę na żonę warszawiaka. To była wiedza podstawowa!
poniedziałek, 04 kwietnia 2011
Kilka dni temu rozmawiałam z synem o trudnościach związanych z kupnem pewnej potrzebnej mi książki. Pytałam o nią w kilku księgarniach i nigdzie nie było. Wtedy syn mi poradził, żebym sprawdziła w Trafficu.
- A gdzie jest ten Traffic? - pytam.
- Na Brackiej.
- W którym miejscu na Brackiej?
- No, jak to? Na rogu Brackiej i Chmielnej.
- A gdzie tam jest księgarnia? Nie kojarzę.
- Po lewej stronie, idąc w kierunku  Świętokrzyskiej.
 W dalszym ciągu nie wiem.
- Mamo, nie wiesz? U Braci Jabłkowskich - mówi syn.
- No, to od razu trzeba było tak mówić!!! Jeśli u Braci Jabłkowskich, to wszystko jasne!

Jak silna musi być tradycja tego miejsca, kiedy po tylu latach, każdy mieszkaniec Warszawy nie mówi o nim inaczej, jak tylko "u Braci Jabłkowskich".
 

Gmach Braci Jabłkowskich to dawny dom towarowy zbudowany w 1913 roku, jedyny warszawski dom handlowy przed wojną. Budynek należy do najwybitniejszych osiągnięć polskiej architektury tamtych czasów.
Pięciopiętrowy dom towarowy Braci Jabłkowskich pomimo ówczesnych trudności związanych z transportem był bardzo dobrze zaopatrzony. Można tam było kupić wszystko, od drobiazgów pasmanteryjnych do wyposażenia wnętrz, a na jednym z pięter mieściła się kawiarnia. Firma prowadziła też sprzedaż wysyłkową i wydawała katalogi handlowe.
    Plakaty reklamowe Braci Jabłkowskich:
             
            
                         
               Na szczęście budynek ten jako jedyny w tym rejonie nie uległ zagładzie wojennej. Po wyzwoleniu jego losy były bardzo burzliwe. Mieścił się tam między innymi pedet, potem Centralny Dom Dziecka, pamiętam, że chyba też dom obuwia, dom rzemiosła, a ostatnio od kilku lat ma tu swoją siedzibę Traffic Club (to taka odmiana empiku, księgarnia, salon muzyczny, czasopisma, grafika, itp. - wszystko razem.)



Wnętrze Domu Braci Jabłkowskich zdobiły piękne witraże znanego artysty grafika, Edmunda Bartłomiejczyka. Na moich zdjęciach nie prezentują się one zbyt dobrze. W rzeczywistości są bardzo ładne.








W Trafficu ustawiono stoły, przy których można czytać, ale kiedy zabraknie miejsc, czyta się, siedząc na schodach.






niedziela, 03 kwietnia 2011
Dosyć długo nie pisałam, ponieważ u mnie stale coś się dzieje i prawie nie mam wolnej chwili, a poza tym mojemu organizmowi chyba nie podoba się początek wiosny i ostatnio trochę stara mi się o tym sygnalizować.

 Dzisiaj imieniny mojego męża, na rozsłonecznionym cmentarzu byli nasi przyjaciele i ludzie z męża pracy. Potem przyjechaliśmy do mnie do domu i jak każdego roku w ten dzień razem spędziliśmy kilka godzin. Jak każdego roku, tylko teraz bez solenizanta...

Mam nadzieję, że będę już częściej pisać, ale, jak wiadomo, w życiu nic nie jest pewne. I tym filozoficznym stwierdzeniem kończę, życząc wszystkim dobrego tygodnia:)
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast