Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
wtorek, 30 maja 2006

"Tajemnicą sukcesu jest poznanie czegoś, czego nikt inny nie zna."  /Arystoteles Onasis/

Nie jestem pewna, czy się zgadzam z tą sentencją.

Jeszcze dwa słowa o małych ojczyznach. Oglądałam bardzo ciekawą audycję telewizyjną o najmniejszym mieście w Polsce.

Jest to Suraż na Podlasiu, malowniczo położone miasteczko nad Narwią liczące około tysiąca mieszkańców. Suraż ma bardzo bogatą historię, jego początki sięgają zamierzchłych czasów, około XII wieku. W okolicy są ślady stykania się różnych kultur: jaćwieskiej, mazowieckiej, polskiej, ruskiej, litewskiej. Turyści powinni koniecznie zwiedzić prywatne muzeum, które prowadzi we własnym domu jego założyciel, Władysław Litwińczuk. Społeczne Muzeum Archeologiczne pana Litwińczuka posiada bogate i bardzo ciekawe zbiory związane  Surażem i Doliną Narwi: wyroby z krzemienia z okresu neolitu, narzędzia i wyroby kościane, militaria od średniowiecza do czasów współczesnych, ceramikę, eksponaty etnograficzne gospodarstwa domowego, dokumenty, itp.

Kiedyś przypadkowo byłam w Surażu, ale tylko przez chwilę i muzeum nie zwiedzałam. Trzeba będzie tam kiedyś pojechać na dłużej.

poniedziałek, 29 maja 2006

Dzisiaj weszłam do sklepu z żywnościa ekologiczną. Sklep znajduje się nie w mojej dzielnicy i byłam tam po raz pierwszy. Kupiłam, co chciałam kupić, pozostali klienci akurat wyszli i wtedy właścicielka sklepu spytała mnie, czy się bardzo śpieszę. "A w czym mogę pomóc ?" - zadałam pytanie, jakie zwykle pada z drugiej strony lady. "Czy zechciałaby mi pani przypilnować sklepu, to ja pójdę kupić sobie proszek do prania i przy okazji rozmienię pieniądze" - padła odpowiedź. Zaniemówiłam z wrażenia! Przed takim wyzwaniem jeszcze nigdy nie stałam! Cóż miałam robić, niepewnie usiadłam obok lady, a oczami wyobraźni widziałam już wąsatych złodziei zgarniających z półek do worków wszystkie kozie sery, ryż brązowy, kawior z bakłażanów, dżem figowo-winogronowy bez cukru i pestki dyni, a siebie widziałam z zakneblowanymi ustami i przywiązaną do krzesła grubym sznurem.

Na szczęście z tych myśli wyzwolił mnie widok właścicielki sklepu kroczącej spokojnie z potężną torbą proszku "Persil" w rękach.

Po wąskiej alejce prowadzącej do mojego domu sunie ogromny wóz straży pożarnej z długaśną drabiną. Pociągam nosem, ale dymu nie czuję, z przerażeniem rozglądam się dookoła, wypatrując, co się pali. 
W pewnym momencie samochód zatrzymuje się koło małego straganu z warzywami. Wyskakują trzej strażacy w hełmach, każdy z mężczyzn o wadze ponad 120 kilogramów. Podchodzą do warzywniaka. Jeden z nich kupił pęczek włoszczyzny, drugi nabył dwa pomidory w foliowej torebce, po czym wskoczyli do swojego wozu i odjechali, lawirując po wąskiej alejce.

Wracamy do codzienności. "Benedetto, Benedetto" brzmi jeszcze w uszach. Niektóre z papieskich tekstów trzeba będzie przeczytać, bo telewizja trochę rozprasza i zawsze coś umyka. Porażają niektóre komentarze dziennikarzy radiowych, doszukiwanie się różnych przedziwnych treści, chociaż wiadomo, że Papież mówił o sprawach prostych i oczywistych.

czwartek, 25 maja 2006

 Kilka dni temu miałam urodziny. Nikt o tym nie pamiętał, bo w mojej rodzinie obchodzi się imieniny, nie urodziny. Jedynie firma, w której od czasu do czasu kupuję kosmetyki, pamiętała i przysłała mi życzenia. Moja ulubiona firma życzy mi wszystkiego najlepszego, zaprasza po odbiór prezentu i proponuje 40% rabatu na dowolnie wybrany kosmetyk.
No i proszę, jednak ktoś o mnie pamiętał! Dziękuję, droga Firmo! Jak tu cię nie kochać. Już pędzę do ciebie po dowody twojej pamięci o mnie!

W Przygodzicach są już małe bociany. Przeczytałam na ich stronie  http://www.bociany.ec.pl/ , że 31 maja to Dzień Bociana Białego. Dobrze. Lubię bociany, niech mają swój dzień. Ciekawe, jak go będą obchodzić.

Oglądałam w telewizji przyjazd Benedykta XVI. Wzruszyłam się kilka razy, napierw o 10.57, kiedy zaczęły bić wszystkie dzwony w okolicznych kościołach. Ostatnio wszystkie dzwony zabiły tak jednocześnie w momencie ogłoszenia śmierci Jana Pawła II.

Lubię dźwięk dzwonów. Czasami wchodzę na stronę  http://dzwony-felczynski.pl/ . Jest to strona słynnej ludwisarni Felczyńskich. Można tam posłuchać pięknego głosu dwonów.  

"Tajemnica dźwięku dzwonów spoczywa w kształcie ich "żebra". Ten piękny instrument muzyczny kryje w sobie aż 50 różnych tonów, przy czym charakterystyczne tony poboczne dźwięczą od prymy w interwałach oktawy dolnej, oktawy górnej, tercji i kwinty.
Wyzwaniem dla ludwisarza jest to, aby w zestawie dzwonów słychać było tę samą harmonię, którą daje nam dźwięk dzwonu pojedynczego. Ton podstawowy określa mistrz-ludwisarz już w formie dzwonu.
Dokładnie wykreślone wg. kanonów sztuki "żebro" przenosi się na metalowy szablon. Z jego pomocą będzie ulepiona z gliny forma odlewnicza. Podczas odlewu dzwonu, płynny spiż rozgrzany do 1200 st. C wpływa do formy i tak rodzi się dzwon".
Tak piszą autorzy strony. Warto jeszcze wspomieć, że tradycja bicia w dzwony jest bardzo stara. Już w średniowieczu dzwoniono na "Anioł Pański". 

czwartek, 18 maja 2006

W samym śródmieściu Warszawy, na rogu ulic Brackiej i Chmielnej znajduje się magiczny budynek "Dom Towarowy Braci Jabłkowskich". Projektowali go: Karol Jankowski i Franciszek Lilpopp. Historia tego budynku, jego niezniszczalność (przetrwał 1939 rok i powstanie warszawskie), wystrój jego wnętrz (witraże, malowidła, ciekawe schody) sprawiały, że zawsze, kiedy to tylko było możliwe, bardzo chętnie i ze wzruszeniem tam zaglądałam, bo "Bracia Jabłkowscy" to miejsce magiczne.

Dlatego ucieszyłam się dzisiaj znalazłszy tę stronę:
http://www.wipmagazyn.pl/bajka_ekonomiczna

Przytaczam z niej fragment artykułu, ale warto przeczytać całość.

Kacper Wierzbicki

Kiedy "Dom Towarowy Braci Jabłkowskich" obchodził 120 jubileusz, firma od ponad pół wieku nie prowadziła działalności. Mimo to, co drugi ankie-towany przechodzeń Śródmieścia rozpoznawał jej markę. Po "Jabłkowskich" pozostał bowiem nie tylko przepiękny budynek u zbiegu Brackiej i Chmielnej - pozostała też legenda. Zanosi się na to, że na 125 lecie firmy rozpoznawalność jej marki będzie jeszcze większa.

 

Dom Towarowy jest miejscem czarów, miraży i iluzji. Trudno powiedzieć, czy to zasługa migoczących świateł i barw żyrandoli, dekoracji i witraży, unoszącego się zapachu skóry i wełny, szelestu papieru pakowego, szmeru dyskretnej muzyki i ściszonych rozmów. "Dom Towarowy Braci Jabłkowskich" jest magiczny podwójnie, bowiem sam był dla warszawiaków przez długie lata mirażem. Warszawa powojenna, miasto z przetrąconym kręgo-słupem, zniszczone i pozbawione tożsamości, pełna była takich powidoków dawnej świetności, które wypełniały miejsca-widma i domy-wydmuszki.

Warto zastanowić się nad źródłami niezniszczalności "Braci Jabłko-wskich" - firmy zwycięsko wycho-dzącej z przeróżnych opresji pierwszej połowy XX wieku oraz legendy, która przetrwała kolejne pół stulecia. Być może po piętnastu latach doświadczeń młodego polskiego kapitalizmu bajkę o drodze "od łóżka na stadione do willi w Konstancinie" zastąpi bajka o "Braciach Jabłkowskich", której przecież słuchały dzieci przy każdej wizycie w "Arce" czy "Domu Obuwia". Ma ona, oczywiście, swoje źródło w historii zgoła nie magicznej - historii rzeczywistego, działającego w twardych warunkach ekonomicznych przedsiębiorstwa.

wtorek, 16 maja 2006

Kiedy z powodu swojej połamanej ręki byłam niedawno w szpitalu, na sąsiednim łóżku leżała starsza pani po groźnym wypadku ulicznym. Przebywała w tym szpitalu już od dłuższego czasu. Każdego dnia, o szóstej rano telefonowała do swojego męża, żeby zapytać go o samopoczucie i poinformować o własnym. Potem, po obchodzie, starszy pan przychodził do żony, masował jej plecy, trzymał ją za rękę i opowiadał, co się działo w domu. Zjadali razem szpitalny obiad zasilony wiktuałami przyniesionymi przez pana, a potem znów rozmawiali i patrzyli na siebie. Po południu mąż wychodził zrobić zakupy i znów przychodził na wspólną kolację. I tak przez wiele tygodni. Przychodził i siedział w tym szpitalu, bo jak mówił do żony: "dom jest tam, gdzie ty jesteś".

Ci sympatyczni państwo przypomnieli mi się dzisiaj w trakcie jakiegoś programu telewizyjnego, w którym mówiono o nieudanych "związkach".

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast