Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 31 maja 2007

Rano, przygotowując śniadanie w kuchni, zawsze słucham radia. Od siódmej do ósmej obowiązkowo leci jedynka. Dzisiaj o siódmej na falach programu pierwszego nadawała jakaś inna stacja. Kręciłam, sprawdzałam, przestawiłam kanały i nic. Okazało się później w Internecie, że program pierwszy zmienił częstotliwości i teraz w Warszawie jest na 102,4. Trzeba będzie przeprogramować sto pięćdziesiąt moich radioodbiorników, które mam w domu.

A poza tym pada deszcz i jest chłodno. Dla przyrody to chyba dobrze, ale ja wolę, kiedy jest słońce.

Kilka dni temu czytałam we "Wprost" artykuł na tematy kuchenne. Okazuje się, że Polacy, mimo wojaży po świecie, mimo mody na różne sushi, tzatziki, ribollity, tortille, souvlaki, najbardziej cenią rodzimą, tradycyjną naszą kuchnię. Wymieniono dziesięć potraw ulubionych przez Polaków: 1. kanapki, 2. pierogi, 3. zupa pomidorowa, 4. kotlety schabowe, 5. sałatka wrzywna, 6. jajecznica, 7. rosół, 8. bigos, 9. kotlety mielone, 10. mizeria. 

Widzę, że pod tym względem nie jestem typowa, ponieważ jako swoje ulubione wybrałabym tylko dwie potrawy: sałatkę warzywną i jajecznicę.

Dobrego dnia! Ani z Australii - dobranoc, trzem Aniom,  Hjuston i wszystkim pozostałym osobom, które tu zaglądają ze Stanów - też jeszcze dobranoc! 

środa, 30 maja 2007

- Przez dwa dni nie będę cię wyciągała na spacer, nie będę marudziła, kiedy długo oglądasz telewizję, a nawet pozwolę ci jeść czekoladki, tylko nie namawiaj mnie dzisiaj do pójścia do teatru - takie zobowiązania zgłaszałam po południu do swojego męża.
I co miał robić? Poszedł sam. Po raz pierwszy. Jakoś to zniósł, bo podczas przerwy telefonował w zupełnie dobrym nastroju. Aż się zaniepokoiłam! A może teraz stale zechce chodzić sam? O, nie!

  Czytałam dzisiaj książkę, która mnie bardzo wciągnęła. Jest to "Fatwa - życie w nieustannym zagrożeniu". Książka biograficzna, autorką jest Jacky Trevane, młoda Angielka, która podczas wakacji poznała przystojnego Egipcjanina i zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, a po dziesięciu dniach wzięła ślub i została w Egipcie. I wtedy zaczął sie jej dramat. Jako osoba niedostosowana do życia w kulturze arabskiej przeżywa cierpienia fizyczne i psychiczne. W końcu decyduje się zabrać swoje dwie córeczki i uciec z Egiptu. Po wielu perypetiach udaje się jej ta ucieczka, ale za złamanie zasad islamu zostaje obłożona fatwą, czyli karą śmierci. Jak pisze, żyje w ciagłym lęku i do końca życia będzie już się "oglądać przez ramię". Książka ma być ostrzeżeniem dla "wszystkich romantyczek, które spotkawszy przystojnego cudzoziemca, zakochują się w nim po uszy."

wtorek, 29 maja 2007

Jesteśmy zaproszeni na wesele. W związku z tym chcę kupić karnet, w którym będę mogła wpisać moje własne, szczególne życzenia dla nowożeńców. Owszem, takich karnetów jest mnóstwo, ale w każdym z nich są już napisane gotowe życzenia. Ktoś założył, że ja nie potrafię sklecić dwóch zdań, i wyręczył mnie w tej czynności, układając na tę okoliczność rymowanki częstochowskie, na przykład:

"Niechaj wejdą w wasze ściany, miłość, radość i bociany."

        albo:

"Niech wam słońce świeci, niech się rodzą dzieci,
Dużo szczęścia i radości niechaj w domu wam zagości."

Dziękuję za tę twórczość. Ja potrzebuję czystego karnetu. Niestety ktoś zakłada, że pisać nie potrafimy, i wszystkie pocztówki, te na święta, na chrzest, na komunię też zawierają gotowy tekst. Wystarczy tylko się podpisać. Innej możliwości nie ma. Co mi pozostaje? "Niech wam słońce świeci, niech się rodzą dzieci". Niech się rodzą...


sobota, 26 maja 2007

Wszystko mnie dzisiaj irytuje od rana. Nie znoszę chamstwa, nie znoszę ludzi wulgarnych. Dzisiaj rano zaobserwowałam taką scenę: Ulicą szła matka z dzieciakiem, może trzyletnim. Dziecko co chwila się pochylało, żeby podnosić jakieś kamyki. Zdenerwowana tym wyfiokowana blondwłosa rodzicielka, nie zważając na  obecność innych ludzi wokół, wrzasnęła na całe osiedle: "Idziesz, k....a, czy nie? Zaraz ciebie k....a zostawię i pójdę". Po czym swoje wezwanie z niecenzuralnym słowem powtórzyła jeszcze dwa razy. Z takimi scenami stykam się na każdym kroku, w sklepie, na ulicy, w metrze. Może to słyszę, bo jestem na taki język szczególnie wyczulona. Jak te dzieci będą w przyszłości mówić? Jak się będą zachowywać? Dlaczego matki nie zastanawiają się nad tym?

Tak samo rażą mnie wulgaryzmy w internecie, także na blogach. Nie wiem, czemu mają one służyć, czy nie można się bez nich obyć?

Inna scenka: Mocno starszy mężczyzna źle postawił na parkingu swoją Hondę, może zastawił komuś wyjazd, nie wiem dokładnie. Nagle z innego samochodu wypadł wypasiony młody człowiek i wypinając rozchełstaną pierś, wymachując rękami, grzmiał nad tym siwym człowiekiem i jego żoną, starszą panią: "Jak stanąłeś, baranie, naucz się jeździć, baranie!!!" 

Nie znoszę takich prostackich zachowań, nie znoszę takiego słownictwa. Żeby sobie poprawić nastrój, kupiłam dzisiaj znów trochę pięknych kwiatów na balkon.  Kwiaty, jak muzyka, łagodzą obyczaje.

piątek, 25 maja 2007

Myślałam, że to już koniec trzydniowego serialu telewizyjnego na temat wąsów marszalka Putry, ale słyszę, że ta niezwykłej wagi państwowej sprawa jest dalej międlona. Dobrze, że w kraju nie ma większych problemów, a ja ostatecznie nie muszę tego słuchać. Mogę sobie telewizor przełączyć na inną stację i na przykład od Marty Stewart dowiedzieć się jak zrobić  dobrą "krwawą Mary". Temat wprawdzie mniej mnie obchodzi w tej chwili, ale wiedzy nigdy nie za wiele.

 Ja problem kulinarny na dzień dzisiejszy mam rozwiązany, wielka lazania (a może trzeba powiedzieć "lasagne") znajduje się już w lodówce i czeka na zapieczenie, a także na powrót męża z pracy. 

Dzisiaj od rana ptaki szaleją na moim balkonie, śpiewają tak głośno, że zakłócają rozmowę w pokoju. Zawsze myślałam, że ich aktywność głosowa największa jest w pierwszych tygodniach wiosny, ale okazuje się, że przyroda lubi płatać niespodzianki.

Zaskoczyły mnie także petunie na balkonie. Petunie mam od zawsze, ale teraz po raz pierwszy udało mi się kupić petunie zapachowe. Są piękne i pachną prześlicznie. W najbliższą sobotę, jeśli mi się uda, spróbuję kupić na bazarku jeszcze kilka krzaków. A jeśli chodzi o kwiaty balkonowe, to teraz jest mnóstwo nowych gatunków, podobno holenderskich. Kupiłam kilka takich, ale nie wiem, jak z nimi postępować, bo nawet nazw nie udało mi się zapamiętać. Jedna z nich w każdym razie kojarzy mi się z wyrazem "osteoporoza"(!)

 A na koniec cytat z powieści szkockiego pisarza Archibalda Josepha Cronina: "Uśmiech kosztuje mniej od elektryczności i daje więcej światła". Może to być motto dzisiejszego dnia.

poniedziałek, 21 maja 2007

Jako humor dnia potraktowałam informację o tym, że mieszkańcom Augustowa i okolic, tym, którzy z krzyżami w rękach walczyli (niemal dosłownie) przeciwko ekologom w sprawie trasy autostrady, nie chciało się pójść do referendum. Jak pokazywała telewizja, jedna z kobiet nie poszła, "bo bolała noga", inna "nie miała czasu", a ktoś tam jeszcze nie poszedł, "bo nie interesuje się polityką". 

 We Francji w ostatnich wyborach wzięło udział 85 %, a na Podlasiu około 20%. Rozumiem, że my się jeszcze uczymy demokracji, ale widać też, że jesteśmy uczniami niezwykle tępymi.

Czytałam dzisiaj książkę Tadeusza Wittlina "Pieśniarka Warszawy. Hanka Ordonówna i jej świat". Myślę, że młodzież niezupełnie już wie, kim była Ordonka, nie mówiąc już o znajomości jej piosenek, a także tragicznych, wojennych losów. W teatrzyku "Qui Pro Quo" wyznawała: 


"Śpiewałam piosenki,
Brzmiały ich dźwięki
Ludziom na pocieszenie.
Słuchali w radości
Możni i prości,
W sercach swych czując drżenie.
A jeśli któremu,
Któż wie to czemu,
Łza czasem błyśnie w oku,
To dla tej łzy jednej
Przebacz mi biednej,
Przebacz mi Boże
Największy ten grzech."

          A w innej z piosenek mówi:


"Miłość Ci wszystko wybaczy,
Smutek zamieni Ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy:
Zdradę i kłamstwo i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,
Że jest okrutna i zła,

Miłość Ci wszystko wybaczy
Bo miłość, mój miły, to ja... "

Tymi tekstami wzruszali się ludzie "możni i prości" przez wiele lat, ale to było inne pokolenie. Czy dzisiaj też jeszcze kogoś wzruszają takie słowa?

 

piątek, 18 maja 2007

Dzień 14.

    Po śniadaniu spacerujemy nad morzem. Kiedy wróciliśmy do hotelu, mąż z synem zamówili sobie w kawiarni na dole "sziszę". Uważają, że być w Egipcie i nie spróbować palenia nargili, to duże niedopatrzenie. Dostaliśmy jednorazowe ustniki, tytoń owocowy i każdy z nas po kolei próbował. Niestety, chęci nam wystarczyło tylko na jeden wdech.

Po powrocie do hotelowego pokoju pakujemy się i zaraz jedziemy na lotnisko. Maselema! Do widzenia!

                          

                          

I tak skończyła się nasza egipska przygoda. O 13.00 odlatujemy do Warszawy, a o 16.35 lądujemy na Okęciu.

Dzień 13.

    Rano mąż z synem udają się łodzią podwodną na rafę koralową. Przed wypłynięciem każdy z uczestników wyprawy musi założyć "nieśmiertelnik".

                         

                                  Łódź podwodna wynurzyła się z wody         

Ja zostaję w hotelu (klaustrofobia), a potem idę w stronę morza na spacer. O 12.30 oni wracają. Są bardzo zadowoleni. Z okna łodzi podwodnej można oglądać rafę koralową i cały barwny podwodny świat.  Na głębokości 20 metrów patrzyli na rozmaite gatunki ryb.

                           

Po południu idziemy na plażę. 

                           

W Hurghadzie każdy hotel stanowi tzw. village i jest terenem zamkniętym, z basenem, kortami, sklepami, kawiarnią, własna plażą i trzcinowymi parasolami. 

 Na plaży jesteśmy do 17.00. Na sąsiednich leżakach bardzo miła rodzina arabska, dwie kobiety, dwóch mężczyzn i dwoje malutkich dzieci. Dzieciaki były rozkoszne, zwłaszcza najmłodszy. Przyszedł na mój leżak skuszony cukierkami i miło nam schodził czas na wspólnych zabawach. 
Wracając do hotelu, zaproponowałam trasę "na skróty". Oczywiście nadłożyliśmy drogi i długo błądziliśmy. Zdążyliśmy akurat na kolację.

Na kolację, jak zawsze dotąd, obfitość potraw, zarówno należących do kuchni arabskiej jak i europejskiej. Jeśli chodzi o kuchnię arabską, jedne potrawy mi bardziej smakują, inne mniej. Smaczne jest danie o nazwie "kofta egipska". Są to krokiety zrobione z mielonego mięsa baraniego z przyprawami, pieczone na rożnie razem z pieczarkami i cebulą. Do tego sos jogurtowy i ryż albo tabbula, czyli kasza kus-kus z cebulą i ziołami. Popularny jest też kebab z mięsa jagnięcego, marynowane i smażone bakłażany (batingan), fasola, bób. Można też zjeść falafel (tamija). Są to smażone pulpety z mielonej fasoli z pomidorami i przeróżnymi przyprawami. Jeśli chodzi o desery arabskie, już wspominałam, pięknie wyglądają, ale są tak niesamowicie słodkie, że dla mnie niemożliwe do jedzenia. Może trochę mniej słodka jest baklawa - strudel z miodem i orzechami. Warto spróbować.

Dzień 12.

  Odpoczywamy w Hurghadzie. O 9.00  autokar podwozi nas do hotelu "Sand Beach". Obok duży basen z kaskadami i plażą. Morze jest niezwykle przejrzyste, a do brzegu podpływają bajecznie kolorowe ryby, na przykład żółte w czarne paski albo czerwono-złociste.    

                          

    Mąż z synem nurkują na rafach koralowych i właściwie nie wychodzą z wody. Ja leżę pod parasolem i też nie wychodzę na słońce. Nie wiem właściwie, dlaczego spiekliśmy się tak strasznie i dlaczego mąż dostał udaru słonecznego.

Wieczorem znów spacerujemy po mieście. Kiedy znalazłam się z synem  na bardzo zatłoczonym bazarze wśród Arabów, w pewnym momencie zgasło światło w całym mieście. Zapanowała absolutna ciemność, tylko nasze dwie białe twarze było widać z daleka. Przestraszyłam się okropnie. Chwyciłam syna za rękę, drugą ściskałam torebkę i zaczęłam szybko wycofywać się z tłumu, mimo że syn bardzo mnie strofował. Jednak niepotrzebnie panikowałam. Bez żadnych przygód, trochę po omacku, w egipskich ciemnościach wróciliśmy do hotelu. Dwie inne turystki, które mieszkały w naszym hotelu, też zabłądziły w ciemnościach, ale na szczęście dwaj Arabowie odprowadzili je do hotelu. 

    Wiele razy mieliśmy okazję przekonać się, że Egipt jest krajem bezpiecznym. Nie słyszeliśmy, żeby komuś przydarzyły się tutaj jakieś nieprzyjemności, żeby kogoś okradziono, tak jak to na przykład miało miejsce kilka razy podczas naszego pobytu w Hiszpanii.
Egipcjanie są ludźmi uczciwymi.

Dzień 11. Śniadanie na powietrzu, koło basenu. Jest niedziela. Na 9.00 idziemy do kościoła. Jest to katolicki kościół prowadzony przez włoskich franciszkanów.

                   

               Katolicki kościół w centrum muzułmańskiego miasta.

Po wyjściu z kościoła snujemy się małymi uliczkami Luksoru. Chcemy jak najwięcej stąd zapmiętać.

                    

 O 13.00 wracamy do hotelu, kąpiemy się, jemy, pakujemy walizki i wystawiamy je pod drzwiami. Hotelowi tragarze zaraz zaniosą je do autokaru, bo już o 14.00 wyruszamy na miejsce zbiórki konwoju, w którym pojedziemy do Hurghady. Wyruszamy w asyście policji. Jedziemy przez pustynię i wąwozy skalne.

Przyjeżdżamy do Hurghady. Kwaterujemy się w hotelu Horus. Jest to dosyć przyjemny hotel. Dostajemy pokój na pierwszym piętrze. Na szczęście klimatyzacja bardzo dobrze działa, jest chłodno i przyjemnie, ale tylko w pokoju, bo na zewnątrz żar, ponad 40 stopni. Wieczorem spacerujemy po mieście, ale raczej nic tu ciekawego do zwiedzania nie ma. W Hurghadzie się wypoczywa!

 
1 , 2 , 3
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast