Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
wtorek, 27 maja 2008

Akcja "Goście z Australii" trwa. Teraz bedę miała trzy dni przerwy, ponieważ oni jadą do Gniezna i do Poznania. Do Polski przyjechali na trzy tygodnie, a w ogóle dom opuścili na osiemdziesiąt /!/ dni. Z Warszawy udają się do Londynu, potem do innych miast Europy, a na koniec do Singapuru. Chodzimy, zwiedzamy, rozmawiamy. Dzięki nim nadrobiłam już chyba wszystkie swoje życiowe zaległości bywania w lokalach, a przede mną jeszcze dalsze życie towarzyskie. W poprzednim tygodniu pogoda była brzydka, w środę, kiedy poszliśmy do Łazienek, tak strasznie lało, że byliśmy tam chyba jedynymi zwiedzającymi. Było mi trochę przykro z powodu tej pogody, bo w taki dzień trudno dostrzec urok tego pięknego miejsca. Wczoraj (a nawet już dzisiaj, bo wyszli po północy) gościliśmy "Australię" u nas na kolacji.

W niedzielę mieliśmy krótką przerwę od zamorskich wrażeń. Byliśmy na chrzcinach synka córki mojego brata. Było bardzo miło i rodzinnie, mój syn był ojcem chrzestnym małego Piotrusia. Ponieważ pogoda już się poprawiła i ładnie świeciło słońce, od razu z kościoła pojechaliśmy na ich nowo zakupioną działkę, która nam się bardzo podobała, bo jest pięknie położona w lesie. Zapach świeżego drewna z postawionego właśnie domu mieszał się z zapachem traw i kwitnących wokół kwiatów i krzewów. Przy dobrym jedzeniu wśród bliskich osób bardzo miło spędzilismy czas.

A telewizja właśnie zapowiada upały na najbliższy tydzień. I jak tu się nie cieszyć życiem?

wtorek, 20 maja 2008

Wszystkim, którzy tu zaglądają, mówię "dzień dobry".

Zaraz jadę na spotkanie ze swoimi gośćmi z Australii. Przyjechali tutaj po raz pierwszy, są bardzo poruszeni. Napiszę o nich kiedyś więcej. Teraz przerzucam szafę (jak ja tu potem zrobię porządek?), niby wszystkiego w niej pełno, ale oczywiście nie mam co na siebie włożyć. Sprawa jest tym bardziej poważna, że ostatnio schudłam dosyć znacznie i dawna odzież na mnie "wisi". Moja koleżanka wprawdzie mówi, że lepiej, jeśli wisi, niż miałaby pękać w szwach, ale nie jestem tego taka pewna, w każdym razie sytuacja nie jest komfortowa. Gdzie się daje, przeszywam guziki, coś tam próbuję zwężać, ale i tak źle i tak niedobrze. Trzeba będzie kupić jakieś nowe rzeczy.

Moja bratowa ma jeszcze gorzej, bo schudła 15 kilogramów, znacznie więcej ode mnie i teraz musi wszystko wymieniać, ale wygląda pięknie. Dla takiego wyglądu warto pozbyć się starej szafy w całości.

czwartek, 15 maja 2008

Mąż szedł dzisiaj na jedenastą do pracy, więc do jedenastej właściwie już nic nie zrobiłam. Najbardziej lubię, kiedy on pracuje w normalnych porach, to znaczy od ósmej, bo wtedy mogę zrobić to, co sobie zaplanuję. W innym przypadku dzień mi się rozłazi. Żeby więcej czasu nie tracić, zaraz po wyjściu męża poszłam do fryzjera. Zmieniłam ostatnio fryzjerkę, do tej nowej łatwiej można się dostać, a czesze wcale nie gorzej niż tamta, do której trzeba było zapisywać się tydzień wcześniej. Kiedy tam siedziałam, co chwila przychodziły kobiety, żeby zapisać swoje córki na jutrzejsze próbne czesanie przed niedzielną komunią. Jutro będą dokonywane próby fryzur, a w sobotę powstaną już te fryzury właściwe, którymi dziewczynki będą olśniewać najpierw w kościele swoje koleżanki i ich mamy, a potem zgromadzone w domu swoje ciocie i wujków. "Przygotowania jak do ślubu" - jęknęła fryzjerka po szóstej mamie, która przyszła na zapis.

Po powrocie posiedziałam trochę przy biurku, nadrabiając zaległości w papierach, a po południu pojechałam na Kabaty do mieszkania syna i synowej, żeby spotkać się z panią, która w każdy czwartek przychodzi do nich do sprzątania. Kiedy stamtąd wyszłam, przy okazji wstąpiłam do Tesco, a widząc kolejkę stojącą przy dziale garmażeryjnym, pomyślałam sobie, że nie zdążę już ugotować obiadu przed przyjściem męża z pracy, więc może też się ustawię i kupię pieczonego kurczaka na obiad oraz jakieś dodatki. Kupiłam, spróbowałam, ale z tego wszystkiego tylko surówka z niebieskiej kapusty nadawała się do jedzenia.

W telewizji pokazano lekarza, który ma być ukarany z powodu leczenia pacjenta zagrożonego amputacją nogi przy pomocy pijawek. Amputacji nie będzie, noga została uratowana, ale lekarzowi czyni się zarzut, że te pijawki to medycyna ludowa, "a mamy przecież XXI wiek". Lepiej chyba byłoby, żeby pacjentowi tę nogę amputowano, w końcu ma dwie, jedna noga więcej, jedna mniej, niewielka różnica, a honor medycyny uratowany. Jeśli dobrze zapamietałam, to ta kuracja pijawkowa kosztowała cztery tysiące złotych. Drogo, ale czy znalazłoby się dużo chętnych, żeby tych pijawek nawyciągać z jakiegoś zamulonego stawu? Podobno robi się to w ten sposób, że ochotnik wkłada nogi do wody i czeka, aż mu się pijawki do nóg przyczepią. Pamiętam, że kiedyś na bazarach kobiety sprzedawały pijawki w słoikach. Najlepsze są takie duże, grube, czarne.

Wieczorem zaczęłam czytać powieść amerykańskiego pisarza opartą na polskich motywach. Ma to być barwna i romantyczna historia o przeobrażeniach narodu polskiego oraz o losach niezwykłej, dumnej kobiety, ktora zdołała przetrwać najtrudniejsze dziejowe zawieruchy (informacja z okładki). Autor: James Conroyd Martin. Zobaczymy, jak to się będzie czytać.

Zaczynają się pięćdziesiąte trzecie Targi Ksiażki. Jak zawsze w Pałacu Kultury. Już kiedyś pisałam o moim chodzeniu na Targi. W tym roku gościem honorowym jest Izrael. A dzisiaj odbył się pogrzeb Ireny Sendlerowej, uratowała 2500 dzieci żydowskich. Cicha, polska bohaterka - jak ktoś powiedział.

wtorek, 13 maja 2008

Podaję przepis na chleb piwny, nie pamiętam, skąd go mam. Nigdy tego chleba nie piekłam, ale podobno jest smaczny. Może ktoś będzie miał ochotę spróbować. Należy wymieszać mąkę (trochę mniej niż pół kilograma) z proszkiem do pieczenia (1 łyżka) i solą (1 łyżeczka). Do tej mieszanki wlać butelkę (0,33 l) piwa, leciutko wymieszać. Ciasto przełożyć do formy wysmarowanej masłem i po wierzchu także wysmarować roztopionym masłem. Piec 40 minut. 

Przypomniał mi się ten przepis, ponieważ w książce, którą wspominałam w poprzednim wpisie, czytam właśnie o chlebie. Pamiętam, że w moim domu, jak i w wielu innych, chleb otaczano wielkim poszanowaniem, gdy kromka upadła na podłogę, natychmiast ja podnoszono, niektórzy ludzie nawet całowali. Na każdym bochenku przed upieczeniem gospodynie kreśliły znak krzyża. Na wsiach panny na wydaniu musiały przed zamążpójściem wykazać się umiejętnością pieczenia chleba. Chleb był podstawą pożywienia, dawał poczucie bezpieczeństwa domowi.

Teraz panny nie muszą umieć piec chleba, maszyny do pieczenia nie wymagają żadnych umiejętności. Pod drzewami koło mojego domu całymi dniami leżą wyrzucone kromki chleba, a nawet całe bochenki. Dobrzy ludzie liczą na to, że zapewni on siły witalne okolicznym gołębiom, ale im ani się śni jeść ten suchy, często spleśniały chleb.

Tyle o chlebie. Mąż planuje dla nas wyjazd na najbliższy długi weekend. Mnie oczywiście nigdzie się jechać nie chce, tym bardziej że w następnym tygodniu mają nas odwiedzić goście z Australii, którzy po raz pierwszy są w Polsce i będą w Warszawie, ale jeszcze dokładnie nie wiadomo, którego dnia, co znacznie komplikuje sprawę. Kiedyś bardzo dużo podróżowałam, teraz mi się nie chce wcale. Nie znoszę pakowania się, rozpakowywania, spania w obcym łóżku. Najlepiej mi w domu i nic na to nie poradzę. I jak się taki stan rzeczy nazywa?

niedziela, 11 maja 2008

Sobotę spędziliśy na działce bardzo pracowicie. Ja pełłam kwiaty, a także obsypywałam róże nawozowymi granulkami. A że róż mam bardzo dużo, więc czynność ta zajęła mi ponad dwie godziny, a gimnastyka (skłon i wyprost) zmęczyła mnie okropnie. Ostatecznie stwierdziłam, że to praca ponad moje siły i że mogę pracować, ale tylko w pozycji wyprostowanej. Mąż natomiast przed wyjazdem do domu zajął się malowaniem podłogi na werandzie. Weranda duża, więc też zajęło mu to trochę czasu. Kiedy już dzieło było dokonane, zauważył, że zapomniał zamknąć okiennice. Żeby je zamknąć, trzeba było przejść przez całą pomalowaną już podłogę, przyklejając się do jej powierzchni, a potem oczywiście pomalować podłogę na nowo. Zamknął, pomalował na nowo, a w tym czasie ja podlewając swoje róże, niechcący skierowalam cały strumień wody na owoc mężowskiej pracy. Będzie co robić następnym razem.

Zdaniem męża, roboty na działce jest za dużo, więc stale mnie pyta, kiedy już będzie można odpoczywać, bo - przypomina mi - działka do tego miała służyć.

Odpoczynek, o jakim marzy mój mąż, polega na siedzeniu z nosem w papierach. Ja natomiast mu tłumaczę, że właśnie to, co robi na działce, jest najlepszym, najzdrowszym odpoczynkiem, ale jakoś trudno mu w to uwierzyć, chyba jestem za mało przekonująca. Prawdę powiedziawszy, pielenie kwiatów czy obsypywanie róż nawozem nie jest tym, co lubię najbardziej.

Dzisiaj syn z synową przyszli na obiad. Synowa w piątek wróciła z tygodniowego pobytu w Tunezji, jest ładnie opalona, wypoczęta i pięknie wygląda.

 Dzień szybko minął. Po południu przeglądam książkę "Polskie tradycje i obyczaje rodzinne". Autorką jest Barbara Ogrodowska. Lubię takie książki mówiące o tym, co było najważniejsze w życiu domowym i rodzinnym tych, którzy żyli przed nami. Czytam na przyklad, jakie przedmioty wkładali ludzie pod podwaliny budującego się domu. Niezależnie od tego, czy była to biedna chłopska chałupa, czy bogaty dwór, zawsze pod węgły wkładano jajko (symbol życia), kromkę chleba, złotą lub srebrną monetę oraz przedmioty poświęcone w kościele, wianki, kartki z wypisanymi ręcznie modlitwami, medaliki, a także chleb św. Agaty, który miał chronić dom od pożaru. Plac pod budowę zawsze był kropiony wodą święconą, a nowo wybudowany dom także był potem wyświęcany. Na Wileńszczyźnie przed zasiedleniem domu wszystkie kąty smarowano miodem, co miało zapewnić mieszkańcom dostatek, zdrowie i życie bez goryczy. Do domu najpierw wnoszono święty obraz, a także chleb, sól i cukier. Należało także wziąć ze sobą pieniądze, żeby nigdy ich nie brakowało, ale również flaszkę wódki jako znak, że mieszkańcy tego domu sa gościnni i chętni do wszelakich biesiad. Takie były ongiś obyczje.

Teraz wiele rodzin buduje domy, ciekawa jestem, co wkładają pod fundamenty swoich nowych gniazd i czy w ogóle coś wkładają, myślę jednak, że chyba niewiele z tej tradycji przetrwało do naszych czasów.

I tak minął mi weekend. Spokojnie i pogodnie

czwartek, 08 maja 2008

W mojej łazience wisi kalendarz "Tajemnice zdrowia i urody". Kalendarz jak kalendarz, najwięcej miejsca zajmują w nim tematy lekkie, łatwe i przyjemne, na przykład "czosnek - lek na wszystko", "owocowe terapie", "jak schudnąć bez poświęceń" itp. Trochę zaskakujące jest to, że na każdej stronie tego kalendarza umieszczona jest jakaś głęboka myśl Jana Pawla II. Na bieżący tydzień przeznaczona jest taka sentencja: "Wczoraj do Ciebie nie należy. Jutro niepewne... Tylko dziś jest Twoje", pod jednym z najbliższych tygodni można przeczytać zdanie na temat samotności: "Czujesz się osamotniony, postaraj się odwiedzić kogoś, kto jest jeszcze bardziej samotny." I wiele jeszcze innych  refleksji JPII można w tym "urodowym" kalendarzu znaleźć.

Wracając natomiast do mojego "dziś", które właśnie się kończy, to znów miałam okazję podziwiać wiosnę, przejeżdżając wieczorem przez kilka podwarszawskich miejscowości. Zauważyłam, że tulipany zaczynają już przekwitać, natomiast nadeszła pora bzów, które właśnie rozkwitają. Jechaliśmy między innymi przez Raszyn, miejscowość jakby przylepioną do Warszawy (nie wiem, dlaczego jej jeszcze nie włączono do miasta), znaną z historycznej bitwy, która tu miała miejsce w 1809 roku.

Przy szosach mijaliśmy przydrożne kapliczki, a przy nich stały grupy ludzi odprawiających nabożeństwa majowe. Mimo hałasu samochodów śpiewy roznosiły się daleko "po górach, dolinach". Jak dobrze, że ten stary zwyczaj nie uległ zapomnieniu. (Pierwsze nabożeństwo majowe odprawiono w Polsce w 1852 roku w kościele św. Krzyża w Warszawie, ale na świecie znano je już znacznie wcześniej). Zauważyłam, że w tych bogatych podwarszawskich miejscowościach kapliczki już też zmieniły swój wygląd. Wszędzie, w Lesznowoli, w Raszynie, w Dawidach, kapliczki są z granitu, zadbane, solidne. Owszem, wyglądają bardzo porządnie. Ale ileż uroku mają te stare kapliczki, drewniane, przystrojone sztucznymi kwiatami, z nieporadnie wypisanym farbą "Zdrowaś Maryjo", przycupnięte gdzieś przy drogach na Kielecczyźnie czy w Małopolsce.
                 kapliczka

wtorek, 06 maja 2008

Czeremcha odurza swoim zapachem i urodą.

Złote pola gdzieś przy szosie.

Zielono mi.

Wszystko kwitnie, czereśnie i czeremchy.

Piękna dębowa aleja koło Białegostoku. Wkrótce będzie tu zielony tunel.

Właśnie minęliśmy Narew.

Takie widoki oglądałam podczas minionych wolnych dni, jeżdżąc po Podlasiu. Wiosna wszędzie cudna. Gdyby tak można było ją zatrzymać na dłużej! Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby wiosna trwała przez cały rok.

Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast