Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
poniedziałek, 31 maja 2010
Mój syn wie, że ja lubię kolorowe filiżanki i dlatego na Dzień Matki kupił mi takie ładne dwie.

        

    Na mojej działce pięknie kwitną bzy, białe i liliowe. Nawet nałamałam trochę gałązek, żeby je przywieźć do domu. Położyłam na tylnym siedzeniu i oczywiście zapomniałam zabrać z samochodu. Potem poprosiłam syna, żeby idąc do mnie, wstąpił do garażu i przyniósł ten bez. Poszedł, wyjął z samochodu, ale gdzieś go zostawił i zapomniał przynieść. Trudno.

      A jeśli już jestem przy temacie przyrodniczym, to jeszcze dołączę kilka dzisiejszych zdjęć jednej z najładniejszych ulic Ursynowa, Alei Kasztanowej.

     

      Aleja Kasztanowa to piękna trasa wysadzona starymi, pięknymi drzewami. Powstała w 1815 roku, tędy car jeździł z Góry Kalwarii do Wilanowa.
     
     

      Przy Alei znajduje się także ten stary drewniany krzyż. Został on postawiony w okresie powstania styczniowego przez administratora tych dóbr jako wotum za ocalenie przed wywózką na Syberię. Niestety, krzyż nie jest już w najlepszym stanie, wzmocniono go więc metalowymi pierścieniami.
     
      

      Wśród wielu różnych drzew rosną tam takie czeremchy, teraz pachną oszałamiająco, a za nimi znajdują się korty tenisowe. Po drugiej stronie ulicy w ostatnich latach wybudowano ładne osiedle mieszkaniowe.
      
      Czytam teraz świeżo wydaną książkę "Fryderyk Chopin. Poeta fortepianu". Chciałabym też pójść do nowego muzeum Chopina. Podobno jest to najnowocześniejsze muzeum biograficzne w Europie i zupełnie niezwykłe. Ciekawa jestem, czy trzeba stać w długiej kolejce do kasy. Czy ktoś może mi odpowiedzieć, czy są tam tłumy?

       Może los okaże się łaskawy i w nagrodę za to zainteresowanie Chopinem przysporzy mi trochę słuchu muzycznego, bo tak w ogóle to mi słoń na ucho nadepnął. Oj, pomarzyć można.



środa, 26 maja 2010
"Smutek rozproszy się, jak słońce wstanie" - pisał Hemingway. Słońce nie wstaje. Nie przypuszczałam, że tak trudno przestawić się z 'my' na  'ja'.
czwartek, 20 maja 2010
Na tle wody widać tylko dachy, a na dachach siedzą ludzie i czekają na ewakuację. Brakuje słów! Czy nie wyczerpaliśmy jeszcze limitu nieszczęść?

Popatrzcie, jaka ładna TA STRONA
Teraz nie trzeba być w Kaplicy Sykstyńskiej, żeby ją zwiedzić. Po załadowaniu  kręcimy myszką po ekranie. Znak "+" z lewej strony powiększa obraz (to tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie zauważył tego plusa). Można też założyć słuchawki i posłuchać objaśnień przewodnika.

Dzisiaj byłam umówiona z koleżanką u niej w domu. Ponieważ dotarłam tam przed czasem, zatrzymałam się na chwilę koło jej domu, żeby nie przyjść za wcześnie. Spacerowałam koło stojącej ze dwa metry obok jakiejś toyoty. Nagle włączył się alarm i samochód zaczął okropnie wyć. Z pobliskiego sklepu szybko wyszedł mężczyzna, podszedł do samochodu, przystanął i po chwili powiedział do mnie: "Widzi pani, ta cholerna Zuzka tak ma." Widzę. Tak ma i już! Samochód miał nalepkę z napisem "Zuzia". Nawet trochę zabawny był nasz dialog, ale jakoś nie bardzo mi się podoba, kiedy psy czy samochody nazywane są imionami ludzi, chociaż pamiętam, że w moim domu rodzinnym kiedyś był kot Franuś. Wtedy bardzo nam się to imię podobało.

Dzisiaj znów nie padało. Miejmy nadzieję, że idzie ku lepszemu.


środa, 19 maja 2010


U nas dzisiaj niebo jasne, deszcz nie padał, może jest nadzieja, że na południu Polski sytuacja powodziowa się poprawi.

Od kilku dni porządkuję swoje książki. Segreguję, układam, przekładam. Te, których już nie będę czytać, a są w dobrym stanie,  zawiozłam do biblioteki (przyznam, że z żalem).

Długo zastanawiałam się, co będzie z księgozbiorem męża. To duży problem, gdyż mąż bardzo cenił swoje książki i z każdą był związany emocjonalnie. Zdecydowałam, że oddam je na uczelnię, przynajmniej będzie z nich pożytek. Wczoraj ustaliliśmy telefonicznie, że w lipcu oni przyjadą i odbiorą książki ode mnie. Kiedy wieczorem powiedziałam o tym synowi, zasmucił się i zaczął mnie przekonywać, że "te książki to pamiątka po tacie i powinniśmy je zostawić". Zostawić, mimo że w rodzinie nie ma nikogo, kto by się tą tematyką zajmował i komu one mogłyby się przydać. Jednak zgodziłam się z synem. Muszę sprawę odkręcić i w ten sposób znalazłam się w punkcie wyjścia, ale nie narzekam.

A teraz nawet słońce świeci. Może to już koniec tej pory deszczowej.




niedziela, 16 maja 2010
    Najpierw podam przepis na błyskawiczne ciasto owocowe. Bardzo mi się to ciasto podoba, przede wszystkim dlatego, że naprawdę nie ma przy nim roboty, a poza tym jest smaczne. Nie wiem, kto jest autorem tego przepisu, od kogoś go dostałam.
 

   Ciasto owocowe błyskawiczne:
   Na dno wysmarowanej masłem formy (albo wyłożonej papierem do pieczenia) wrzucamy różne owoce, na przykład plasterki jabłek, gruszek, etc.
Do miski wsypujemy 10 łyżek mąki, 10 łyżek cukru, wlewamy 10 łyżek oleju, dodajemy 4 jajka, łyżeczkę proszku do pieczenia i szczyptę soli. Wszystko mieszamy łyżką i wylewamy na owoce. I do piekarnika.
Kiedy ciasto się piecze, można utrzeć cukier puder z sokiem z cytryny i polać nim potem ciepłe ciasto. Tylko żeby tego lukru nie było za dużo, gdyż będzie za słodkie (lepiej narysować lukrem jakiś zygzak czy kratkę).

    Wracam jeszcze do tych owoców. Kiedy piekłam tydzień temu, dodałam jabłka, kawałki ananasów z puszki, które mi zostały w zamrażarce od jakiejś sałatki, śliwki suszone i rodzynki. Ciasto bardzo smakowało. Owoce mogą być różne, chyba tylko bananów bym nie dodawała, bo moim zdaniem, psują smak.

    U nas nagle zrobiło się zupełnie ciemno i w tej chwili jest ulewa. Żeby nie zasnąć, popijam kawę (przywiezioną z Iranu) i jem irańskie słodycze. Bardzo mi one smakują, bo są nadziewane jakimiś orzechami o smaku tataraku i nie są zbyt słodkie.

     Żeby cały wpis nie dotyczył jedzenia, napiszę jeszcze, że ostatnie dwa dni spędziłam, czytając książki. Teraz zaczynam "Opowieść o wojnie, namiętności i stracie". Autorem jest Andrew Tarnowski, brytyjski dziennikarz polskiego pochodzenia, który za tę książkę został wykluczony ze Związku Rodu Tarnowskich. Zapowiada się ciekawie.

  
wtorek, 11 maja 2010
Dzisiaj spotkałam się z koleżanką, z którą nie widziałam się od dwudziestu sześciu lat. Przez ten cały czas utrzymywałyśmy kontakt telefoniczny, to znaczy dzwoniłyśmy do siebie z okazji imienin i świąt, ale jakoś nigdy nie doszło do spotkania. Kiedyś, gdy byłyśmy piękne i młode, razem pracowałyśmy. Najpierw jednak poznali się nasi mężowie. Każdego dnia, wracając z pracy, mój mąż zachodził do mojej instytucji i zwykle przez parę minut czekał "pod zegarem" na moje wyjście. Wkrótce pod tym zegarem w podobnym celu zaczął się pojawiać inny młody mężczyzna, okazało się, że jest to mąż mojej koleżanki. Panowie wymieniali tam między sobą uwagi, najczęściej na temat naszych spóźnień, dyskutowali o samochodach i w końcu się zaprzyjaźnili. Niebawem na pewien czas zamieszkaliśmy obok siebie, nasi synowie byli w tym samym wieku, więc razem chodziliśmy z dziećmi na spacery i spotykaliśmy się w domach.

Potem wszyscy zmieniliśmy pracę, mieszkania i kontakty były już tylko telefoniczne. Dzisiaj przed południem obie spotkałyśmy się w kawiarni przy placu Na Rozdrożu. Omówiłyśmy ważniejsze wydarzenia z naszego życia, życia naszych dzieci, wspólnych znajomych, a potem przez park Ujazdowski (ach, ten cudny zapach bzów!) poszłyśmy w stronę Nowego Światu i dalej na plac Zamkowy. Postanowiłyśmy, że teraz już będziemy się często spotykać.

Mój syn już wrócił do domu. Jest bardzo zadowolony ze swojej wyprawy. Wszystkim przywiózł ładne souveniry, a sobie piękne albumy.

Asia195, podaj adres, przyślę pocztówki.
czwartek, 06 maja 2010
Obiecałam podać przepis na ciasto, które ostatnio piekłam. Zrobię to wkrótce. Ta deszczowa pogoda i niskie ciśnienie powodują, że, mówiąc kolokwialnie, jestem nieżywa.
poniedziałek, 03 maja 2010
Moja dzisiejsza lektura pasowała do charakteru tego świątecznego dnia, to znaczy była także w tonacji patriotycznej. Czytałam "Wspomnienia z Kresów" Wandy Trzecieckiej. Lubię książki oparte na faktach, więc i tę przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Autorka opisuje swoje młode szczęśliwe lata spędzane w rodzinnym ziemiańskim domu na Kresach, a także dalsze już bardzo tragiczne losy związane z rewolucją w Rosji i II wojną światową. Wanda Trzeciecka zostaje wraz z dziećmi wywieziona na Sybir. Spędza tam pięć długich lat, w tym dwa lata w łagrze. Ostatni etap opisany w książce to niełatwe życie w PRL. Sumując, jest to los, jaki był udziałem setek tysięcy Polaków, którym dane było żyć w XX wieku. Wanda Trzeciecka zniosła go ze szczególną godnością.
Jeśli ktoś natknie się na tę książkę, warto ją przeczytać.

      Telewizja od południa raczy nas informacjami na temat powrotów z przedłużonego weekendu. Iluś pijanych kierowców spowodowało wypadki na drodze. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego  pijanych kierowców nie pozbawia się dożywotnio prawa jazdy, tak jak to było kiedyś.  Jednak brakuje mi dyscypliny z minionych lat, kiedy to  można było zapłacić mandat na przykład za rzucenie papierków na ulicy.

      Wczoraj, kiedy wracałam z cmentarza, przypadkowo trafiłam na koncert zespołu "Mazowsze". Koncert ten zorganizowano obok naszego ratusza. Była ładna pogoda, więc zgromadziło się dużo ludzi. Widać, że "Mazowsze" stale jeszcze jest popularne i to nie tylko wśród starszego pokolenia.
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast