Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
poniedziałek, 23 maja 2011
Byłam w Wilanowie*. Oczywiście byłam tam już wiele razy, ale dzisiaj pochodziłam także po nowym wielkim osiedlu, które w ostatnich latach wybudowano na Polach Wilanowskich. Nazywa się Miasteczko Wilanów. Do Pałacu nie wchodziłam, posiedziałam tylko trochę na terenie pięknego, jak zawsze, parku. W Wilanowie mnóstwo turystów, najwięcej zmęczonych dzieci, które przyjechały często z najdalszych miejscowości w Polsce. Wiadomo, maj to miesiąc wycieczek. Przewodnicy przed wprowadzeniem uczniów do Pałacu gromkim głosem wykrzykują: "Nowy Sącz do mnie! Sanok zbiórka! Milicz, wchodzimy!" Wszędzie gwar niesamowity!

Przypomniały mi się moje rozliczne wycieczki szkolne. Ambicją moich rodziców było, żebym żadnej wycieczki nie opuściła, a mama często powtarzała: "co zobaczysz, to twoje". To stanowisko rodziców zaowocowało później moją szczególnie rozwiniętą ciekawością świata, a co za tym idzie i podróżami.
W czasach mojego dzieciństwa nie podróżowało się tak jak teraz, wygodnym autokarem niemal spod szkolnych drzwi. My jeździliśmy pociągami, często z przesiadkami, a miasta zwiedzaliśmy, korzystając z miejscowych środków lokomocji. Z tamtych wojaży zostało mi trochę zdjęć, w obowiązkowym granatowym berecie, z plecakiem na plecach, z bardzo poważną miną stoję przed Sukiennicami, czy - inne zdjęcie -  na statku płynącym z Gdańska, już nie pamiętam dokąd. Do atrakcyjniejszych punktów takich wycieczek należał wtedy, myślę, że i teraz tak jest, wspólny z koleżankami nocleg w schronisku. Rozmowy i zwierzenia trwały do rana. Mimo że bardzo lubiłam ten czas wycieczek, to jednak zawsze bardzo tęskniłam do domu i liczyłam godziny do czasu, kiedy znów wrócę do rodziców i do braci.

"Wszystko przeszło, wszystko przeminęło...", jak pisał poeta.

* Z Wilanowa pozdrawiam Anię z Adirondacks:))

   
czwartek, 19 maja 2011
W piosence Jonasza Kofty koniec dnia czerwonym pachniał winem. U mnie pachnie smażoną rybą, której zapachu w żaden sposób dotąd nie mogę się pozbyć. Dobrze, że ten dzień już mija. Mój nie był dobry. Od rana - zupełnie nie wiem dlaczego - wzbudzałam w ludziach irytację, mimo że dzisiaj byłam raczej pokojowo nastawiona do świata. Chyba są takie dni, kiedy lepiej unikać kontaktów z ludźmi.
wtorek, 17 maja 2011
Jak teraz żyć? - pyta Chiara, nasza blogowa koleżanka. Jak ma żyć matka po śmierci dziecka? Jak znieść taki ból? Wierzę, że wszyscy, którzy się modlą, będą pamiętać o Chiarze i Jej Mężu, którzy teraz potrzebują bardzo dużo sił.
piątek, 13 maja 2011
Przeczytałam przezabawny wpis Kristofki o dzieciach w autobusie. Kiedy wczoraj wracałam z przyjaciółką do domu z Łazienek też autobusem, jechała razem z nami jakaś wycieczka szkolna, dzieci w wieku 10-11 lat. Niemal każde dziecko miało w rękach orzech kokosowy. Nie wiem dlaczego, tak się w te kokosy w Śródmieściu zaopatrzyły, bo, jak wiem z obserwacji, Ursynów także szczególnego braku kokosów nie odczuwa. Ale może tam są lepsze albo miała to być pamiątka z wycieczki. Nieważne! Istotne jest to, że te koszmarne kokosy posłużyły dzieciom w autobusie jako piłki. Kiedy z hałasem wielkim spadały na podłogę, wszyscy pasażerowie podskakiwali, bojąc się wyżej podnieść głowę. Dzieci, niestety, nie dawały się ujarzmić ani tym biednym nauczycielkom, które miały obłęd w oczach, ani rodzicom próbującym spacyfikować swoje pociechy, ani przytłoczonym okolicznościami pasażerom. Hałas był taki, że słychać na pewno było w Piasecznie albo nawet i w Radomiu.
My dwie wyciszone kilkugodzinnym pobytem wśród zieleni i śpiewu ptaków, zrelaksowane w ogródku kawiarnianym "Trou Madame", sytuację traktowałyśmy z niezwykłym zrozumieniem i szczęśliwie dojechałyśmy do celu ani razu nie oberwawszy kokosem w głowę.

W Parku Łazienkowskim przepiękne kompozycje kwiatowe. Zrobiłam kilka zdjęć, ale nie mogę ich wstawić, bo komputer wymaga wyjazdu do serwisu.
środa, 11 maja 2011
Dzisiaj wreszcie byłam na swojej działce, po raz pierwszy od długiego czasu. Od kiedy zostałam sama, nie chce mi się tam jeździć i przez cały czas zastanawiam się, co z tą działką zrobić, sprzedać czy zostawić. W zimie zawsze jestem zdecydowana sprzedać, ale kiedy przychodzi wiosna, jest zielono i wszystko kwitnie, trochę mi ochota na sprzedawanie przechodzi.
Dzisiaj udało mi się znaleźć nowego pana, tym razem pana Kazia, który będzie się działką zajmował, to znaczy będzie kosił trawę, kopał ziemię, przycinał gałęzie, itp. Po ubiegłorocznych doświadczeniach z panem Józiem, który zniszczył mi wszystko, co można tam było zniszczyć, teraz jestem ostrożna w oczekiwaniach, aczkolwiek nie ukrywam, że taki obrót sprawy mnie cieszy.

Podczas ostatnich mrozów zmarzło mi dosyć duże drzewko wiśni, a także kilka krzaków winorośli. Postanowiłam już nic nowego nie sadzić, a pana Kazia prosiłam, żeby przekopał klomb z podmarzniętymi starymi różami, a na jego miejscu posiał trawę. Będzie mniej pracy.

Było piękne słońce i mimo że działka jest zapuszczona ("Trawo, trawo do kolan..."), nie spieszyło mi się do jakichkolwiek działań, trochę czytałam na werandzie, gapiłam się na ptaki, a potem poszłam odwiedzić sąsiadów. Moja najbliższa sąsiadka chce się ze mną umówić na wspólne spanie (ojej, ale  zabrzmiało:)) , to znaczy ona będzie spała u siebie, a ja u siebie, ale w tym samym czasie.
Ja jednak jestem osobą tchórzliwą i myślę, że nie zdecyduję się na pozostanie tam na noc.         

     Trawa

Trawo, trawo do kolan!
Podnieś mi się do czoła,
Żeby myślom nie było
Ani mnie, ani pola.

Żebym ja się uzielił,
Przekwiecił do rdzenia kości
I już się nie oddzielił
Słowami od twej świeżości.

Abym tobie i sobie
Jednym imieniem mówił:
Albo obojgu - trawa,
Albo obojgu - tuwim
      
                          /Julian Tuwim/

niedziela, 08 maja 2011
Siedzę przy biurku, słońce zagląda mi do okna, w telewizorze kotłuje się dyskusja na temat kibiców. Na szczęście moje zainteresowania i emocje są bardzo odległe od tej sprawy, ale niechcący trochę to wszystko i do mnie dociera. Nie wiem, dlaczego  jakaś dziwna maniera ostatnio zapanowała i niemal każdy z dyskutantów zaczyna wygłaszanie swoich opinii od słów: "ja powiem tak". Nie podoba mi się to.

W piątek byłam w Muzeum Powstania Warszawskiego. Tym razem poszłam tam przede wszystkim po to, żeby zrobić zdjęcie Muru Pamięci, ponieważ prosiła mnie o to moja amerykańska znajoma, której ojciec został uwieczniony wśród innych prawie dwunastu tysięcy powstańców. Na murze znajdują się tylko nazwiska tych osób, które zginęły podczas powstania bądź umarły później w wyniku ran odniesionych podczas walk.

Muzeum jak zwykle było pełne zwiedzających, dużo autokarów przed wejściem, dużo wycieczek zagranicznych. Wewnątrz mnóstwo młodych ludzi, przyjemnie widzi się ich zasłuchanych w słowa przewodników. W tym muzeum nikt się nie nudzi, jest nowoczesne i bardzo atrakcyjnie zorganizowane.

Zdjęcia zrobiłam, ale nie mogę ich wysłać, ponieważ ostatnio mój komputer odmówił współpracy z aparatem fotograficznym, skanerem i drukarką. Muszę go dostarczyć do serwisu w celu przeinstalowania Windowsów, ale na razie czekam na odpowiednią męską rękę, która mi w tym pomoże.

Życzę Wam dobrej niedzieli. Mam nadzieję, że to słońce zostanie na dłużej.
piątek, 06 maja 2011

I znów mała zmiana wystroju. Na razie będzie kolorowa kurtyna. Może nawet za kolorowa, ale te pretensjonalne książki mnie denerwowały.
poniedziałek, 02 maja 2011
Zbliża się, jak wiadomo, sezon wesel. Jestem zaproszona na dwa, jedno odbędzie się w czerwcu i jedno w lipcu. Żenią się synowie naszych przyjaciół. Ponieważ obie panny młode pochodzą z miejscowości oddalonych od Warszawy i wesela tam będą się odbywać, a nastrój mam też mało weselny, zdecydowałam, że nie będę w nich uczestniczyć. Chciałabym jednak z tej okazji kupić młodym jakieś prezenty i od kilku dni nad tym się zastanawiam. Nie mam żadnego pomysłu.
Przeglądając wczoraj książkę kucharską mojej mamy, wydaną w 1944 roku (!), natknęłam się na praktyczne rady dotyczące prezentów ślubnych: "Panna młoda (...) wielkie często ma braki w swojej ślubnej wyprawce. Potrzebny i miły jej będzie każdy drobiazg podarowany ze serca: para ściereczek do talerzy, imbryczek do kawy, jakaś zgrabna salatereczka, dzbanuszek. Czy to takie kosztowne rzeczy? Chłopcy mogą wyciąć z dykty różne pożyteczne drobiazgi. Deseczki do krajania słoniny, okrągłe denka do przykrywania garnuszków i inne. Mogą też wystrugać tak bardzo przydatne w kuchni, różnej wielkości kopystki. " *
Rady akurat dla mnie!  Jest tylko mały problem, chłopcy może by się i znaleźli, tylko czy któryś z nich potrafi wystrugać z drewna kopystkę albo denko do przykrywania garnuszków?? Chyba jednak jestem w punkcie wyjścia.

* F. Gensówna: Zdrowa kuchnia, Lwów 1944


niedziela, 01 maja 2011


Zanim minie dzień, chciałam także na swoim blogu odnotować to wydarzenie. Oczywiście mówię o beatyfikacji Jana Pawła II. Ładnie zaczął się ten maj.
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast