Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 28 czerwca 2007

Swój pobyt w Tatrach zaczęłam od oglądania w sklepach sportowych na Krupówkach kijków do "nordic walking". Mnóstwo tych kijków obejrzałam, długo zastanawiałam się, które wybrać i wreszcie kupiłam. Bardzo byłam z nich zadowolona, szczególnie przydawały się na szlaku przy schodzeniu po śliskich kamieniach. Kijki są teraz w Tatrach bardzo popularne, ale nic dziwnego, bo bardzo ułatwiają chodzenie. 

Pogoda była piękna; słonecznie, ale nie za gorąco.

Kiedy byłam w Zakopanem we wrześniu, nie zdążyłam pójść do Doliny Kościeliskiej, którą bardzo lubię, wiec teraz od niej rozpoczęłam swój pobyt. Na szczęście teraz w Zakopanem kursują busy, które za parę złotych dowożą turystów niemal w każde miejsce. Tak więc i do Doliny Kościeliskiej można dostać się bez kłopotu, delektując się przy tym wspaniałymi widokami Tatr Zachodnich. A widoki rzeczywiście zatykają dech w piersiach! Doszliśmy do schroniska na Ornaku, zatrzymując się tylko na Hali Pisanej, gdzie trochę powystawialiśmy się do słońca. Kiedy wstaliśmy, w pewnym momencie podszedł do nas lis, stanął jakiś rozleniwiony i przyglądał się nam z zainteresowaniem. Mąż mi uświadomił, że może być wściekły, bo za bardzo zbliża się do ludzi, poczułam mały dyskomfort. Kiedy byłam w Tatrach we wrześniu, w pewnym momencie na szlaku do Hali Gąsienicowej zobaczyłam matkę-niedźwiedzicę z małymi. Podobnie jak lis, bacznie nam sie przyglądała, ale tez na szczęście nie zapragnęła zacieśnić z nami kontaktów.

W sobotę z rana padał deszcz. Kiedy minął, postanowiliśmy pójść na Nosal. Droga przyjemna, chociaż samo wejście na szczyt trochę uciążliwe, a po deszczu szczególnie śliskie, kijki mi się znów przydały. Na szczycie dużo ludzi, niektórzy zachowują się bardzo niefrasobliwie. Młodzi ludzie biegają, popychają się, a niektórzy siadają sobie nad urwiskiem ze spuszczonymi w dół nogami. Od samego patrzenia na to robiło mi się słabo. Kilka dni temu telewizja podała wiadomość, że zginął chłopiec w drodze na Rysy, szli w trzech i podobno się popychali, a w sobotę po południu człowiek spadł z Giewontu. W górach nie ma żartów, ale nie wszyscy to rozumieją.

Po zejściu na dół jemy obiad w Kuźnicach, a potem idziemy na Kalatówki. Piękne słońce, dookoła cudowne lasy, powietrze czyste, siedzimy obok schroniska i trochę się opalamy. W górach słońce bardzo szybko chwyta, więc mąż, który się zwykle bardzo szybko opala, już jest brązowo-czerwony.

Tyle na dzisiaj. Zdjęcia z Tatr będą chyba w następnym tygodniu, bo podczas weekendu mam troje imienin (Piotr oraz dwie Haliny), a do tego w sobotę u nas będą goście.

 

 

  Przepraszam, że stoję do Was tyłem, ale od Morskiego Oka oka nie można oderwać.

środa, 20 czerwca 2007

Jutro wyjeżdżam na tydzień do Zakopanego. Teraz się pakuję. "To się przyda, to się przyda, to może też być potrzebne" - mówię, wrzucając do walizki coraz to nowe rzeczy, coraz to nowe książki. Mąż złośliwie żartuje, że z tym,  co zabieram, mogłabym przez miesiąc mieszkać w lesie pod namiotem, a nie w całkiem przyzwoitym pensjonacie, w cywilizowanej miejscowości.  Ale ja wiem swoje! W akcji "Survival dla wszystkich" na pewno nie zamierzam brać udziału.

Życzę Wam, żeby była ładna pogoda tam, gdzie jesteście i poproszę o takie same życzenia.

niedziela, 17 czerwca 2007

Nie było mnie tutaj przez kilka dni. Jakoś niespokojny był ten ostatni tydzień, dużo pracy, dużo różnych spraw do załatwienia.  Wczoraj z kolei wyjeżdżaliśmy z przyjaciółmi poza Warszawę. Przez przypadek nawet znaleźliśmy się tam, gdzie nie planowaliśmy jechać. W drodze powrotnej mąż zrobił nam niespodziankę i zamiast skręcić w prawo na Warszawę pojechaliśmy prosto, czyli do Łodzi. Byłam z tego bardzo zadowolona, ponieważ - wstyd się przyznać - dotąd nigdy w Łodzi nie byłam. Miasto mi się podobało, ale czuję niedosyt, ponieważ nie było już czasu, żeby je dokładniej zwiedzić. Zrobiłam więc postanowienie, żeby niebawem znów pojechać do Łodzi. Spośród wszystkich dużych miast nie byłam już chyba tylko w Szczecinie i w Zielonej Górze.

Ostatnio dostałam nowy aparat fotograficzny. Chciałam tu wprowadzić kilka zdjęć, ale za każdym razem pojawia się informacja, że jest to niemożliwe, ponieważ dozwolony plik nie może być większy niż 150 kb, a moje zdjęcia są za duże. Myślę, że zmniejszenie ich przekracza moje umiejętności, więc na razie będzie bez zdjęć.

środa, 13 czerwca 2007

      

     Odkąd pamiętam, w moim domu rodzinnym zawsze był duży, stary zegar ścienny. W każdą niedzielę tatuś wchodził na stołek, brał do ręki czarny, ozdobny klucz i nakręcał mechanizm, żeby zegar przypadkiem się nie zatrzymał, bo nikt nie lubił, kiedy  milczał. Zegar bił od zawsze i trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś będzie inaczej. Teraz rodziców już nie ma, zegar został w domu, wisi w tym samym miejscu, ale już nie dzwoni, bo coś się w jego mechanizmie zepsuło.

 Wiele lat temu, kiedy ja założyłam swój dom, od razu postanowiliśmy z mężem, że kupimy duży zegar ścienny. Długo szukaliśmy, bo albo dźwięk nam nie odpowiadał, albo wygląd, albo cena. W końcu znaleźliśmy zegarmistrza-miłośnika tego fachu, długo demonstrował nam swoje skarby, opowiadał historię każdego z nich, a w końcu wybrał jeden i powiedział, że mamy kupić właśnie ten. Kupiliśmy bez dyskusji. Oto on:

                     

       Odmierza nasz czas od wielu lat, ale ponieważ my nie jesteśmy tak skrupulatni w nakręcaniu jak mój ojciec, zdarza się, że czasami się zatrzyma, a wtedy od razu czujemy, że w domu czegoś brakuje. Tyka, bije, żeby tak jeszcze miał właściwość zatrzymywania upływającego czasu...

 "Kiedyś, gdy zegar stanie
i ucichnie tykanie -
kukułka zeń wyskoczy
i kukając szalenie
poleci ku zboczy,
gdzie się kłębią zielenie,
poleci w modrą trawę
na czerwcową zabawę!"
   

                /"Czerwony zegar" - Maria Pawlikowska-Jasnorzewska/

wtorek, 12 czerwca 2007

Upał, pić się chce. W sklepowych wózkach ogromne butle coli, a obok zwykle jeszcze ileś tam puszek tego płynu. Nie jest to jednak najzdrowszy napój, zwłaszcza kobiety w średnim wieku, zagrożone osteoporozą, powinny go sobie darować. Trochę dzisiaj poczytałam na ten temat.

Picie coli przyczynia się do rozwoju osteoporozy - wykazują amerykańskie badania. Znajduje się tam kwas fosforowy, który zmniejsza gęstośc tkanki kostnej, a tym samym zwiększa ryzyko złamań. Poza tym podobno w jednej butelce tego napoju znajduje się tyle cukru, ile jest w trzydziestu kostkach, a więc też tuczy piekielnie.

To tylko tyle na dzisiaj. Na balkonie usycha mi mój piękny świerk. Nie wiem, jaki jest powód, miał za sucho czy za mokro, a może coś jeszcze mu się nie podobało. Kwiaty też jakoś marnie mi w tym roku rosną.

poniedziałek, 11 czerwca 2007

Wkrótce przyjadą do mnie goście z zagranicy, którzy nigdy w Polsce nie byli. Zastanawiam się, co im w Warszawie pokazać.  Przykro mówić, ale centrum miasta staje się coraz brzydsze. Szłam dzisiaj Alejami Jerozolimskimi od placu Zawiszy do Marszałkowskiej. Totalny bałagan, kamienice brudne, obskurne, chodniki zastawione samochodami, tu i ówdzie jakieś rusztowania, a wszędzie roznosi się zapach hot-dogów, kebabów i przeróżnych zapiekanek. Podobnie jest na Marszałkowskiej i na Puławskiej - wieczny remont budynków, nierówne płyty chodnikowe, zasłonięte witryny sklepów i też wszędzie parkujące samochody.
Niestety, Warszawa nie ma swojej reprezentacyjnej ulicy, takiej która byłaby jej wizytówką i kojarzyła się z tym miastem.

Przeczytałam artykuł w pierwszym czerwcowym numerze "Newsweeka" na temat rządów w Warszawie - "U Syrenki po staremu", autorzy: Andrzej Stankiewicz i Piotra Śmiłowicz. Zaczyna się w tak: "Miało być inaczej. Gronkiewicz-Waltz jako prezydent Warszawy zapowiadała koniec z nieudolnością Lecha Kaczyńskiego. Inwestycje miały wreszcie ruszyć z kopyta, a stolicą rządzić fachowcy. Na razie inwestycji jak nie było, tak nie ma, a wśród stołecznych urzędników polityczne układy i kolesiostwo kwitną w najlepsze (...) Po pół roku urzędowania Hanna Gronkiewicz-Waltz nadal, jak twierdzą jej polityczni przeciwnicy, "nie czuje Warszawy".

Niestety, chyba tylko Starówkę można gościom pokazać, bo modernizacja Krakowskiego Przedmieścia wciąż jeszcze nieukończona.

niedziela, 10 czerwca 2007

Ładny dzień, nieco chłodniejszy niż poprzednie. Wczoraj wieczorem mieliśmy gości. Oczywiście aktualne tematy polityczne zostały poruszone. Zwykle unikamy takich rozmów w szerszym gronie, ale wczoraj było bezpiecznie, bo wszyscy byli jednomyślni.

Dziecko moje z dzieckową czekają gdzieś w świecie na powrót do domu. Samolot miał odlecieć z rana, ale co dwie godziny termin odlotu jest przesuwany, a przed chwilą dzwonili, że w ostatnim komunikacie zapowiedziano odlot na piątą po południu. Zobaczymy, jakie będą dalsze wiadomości.

Na Kabatach ludzie sadzą na skwerze drzewka, nie doczekawszy się zgody władz. Tworzą w ten sposób prywatny park. Bardzo mi się ta inicjatywa podoba. Rozmawiałam z sąsiadami, może my też dosadzimy w jesieni kilka drzewek obok naszego domu.

Dla relaksu przeglądam ksiażkę kucharską: Piotr Adamczewski, "Męskie gotowanie". Gdyby ktoś nie miał pomysłu na dzisiejszą kolację, może sobie przygotować żabie udka w potrawce według autora tej książki:

     Żabie udka w potrawce
2 szalotki, 4 pieczarki, 10 dkg masła, 1/2 kg żabich udek, 1 łyżka mąki, sól, pieprz, 1/4 l wina muscadet, 1/4 l śmietany, 2 żółtka, sok z cytryny, kilka gałązek natki pietruszki

    Szalotki drobno posiekać. Pieczarki umyć i pokroić w cienkie paseczki. Na patelni rozgrzać 2/3 masła i podsmażyć żabie udka na złocisto. Podsmażone obtoczyć w mące i doprawić solą oraz świeżo zmielonym pieprzem. Teraz dodać szalotki, grzyby i wino. Gotować na patelni 5 minut. Wyjąć udka i odłożyć w ciepłe miejsce. Zmniejszyć temperaturę i czekać, aż sos zredukuje się o 1/4, i zagęścić go śmietaną oraz żółtkiem. Dodać resztę masła i sok z cytryny. Żabie udka ułożyć na półmisku, polać sosem i posypać posiekaną natką pietruszki.

Na deser może być:              

                           Zabaione

4 żółtka, 4 łyżki cukru, 8 łyżek wina marsala

Żółtka wlać do miedzianego, nieocynkowanego naczynia z wypukłym dnem. Wsypać cukier i dokładnie utrzeć. Stopniowo wlewać wino. Naczynie umieścić w większym naczyniu z wrzątkiem (nie zanurzając) i gotować (na parze), cały czas mieszając, aż masa zgęstnieje.

Kolacja gotowa. Trzeba tylko pamiętać, żeby najpierw pójść na łąkę i nałapać żab.

piątek, 08 czerwca 2007

Kolega małżonek idzie do sklepu kupić wodę.

- Przy okazji kup sałatę. Tylko, żeby była świeża - dodaję, mając na uwadze nienajlepsze doświadczenia w dziedzinie mężowskich zakupów.

- Co to znaczy świeża?

- Świeża, to znaczy świeża - odpowiadam wyczerpująco.

- Aha!

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast