Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
środa, 25 czerwca 2008

Zadzwoniono z Zakopanego. Jedziemy za kilka dni. Ogromnie się cieszę, bo bardzo lubię Tatry. Zaczynam się pakować.

Czy lubicie muzykę country? Tutaj można posłuchać Willi Nelsona: http://www.dailymotion.com/video/x1endv_willie-nelson-city-of-new-orleans_music

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Broniłam się przed wyjazdem gdziekolwiek, ale mi się odmieniło i nagle nabrałam wielkiej ochoty na wyjazd do Zakopanego. Wczoraj wieczorem zadzwoniłam tam pełna euforii, widząc siebie już w sobotę w Dolinie Pięciu Stawów (tak zaplanowałam), ale klops! Okazało się, że wszystkie pokoje w pensjonacie, w którym zawsze w Zakopanem się zatrzymujemy, do 25 lipca są zajęte, "ale może coś się zwolni, to damy znać". Liczę więc na to, że jednak dadzą znać i czekam. W każdym razie porządnie powiało już wakacjami.

Przygotowując obiad dla dzisiejszych gości, podczytuję ksiażkę "Staropolskie obyczaje w XVI-XVII wieku". Autorka jest Maria Bogucka. Akurat jutro jest świętego Jana, a ja właśnie natknęłam się na taki fragment tej książki: "Pod koniec czerwca święto Jana Chrzciciela połączone z pogańską jeszcze Sobótką gromadziło tłumy nad rzekami i jeziorami. Palono ognie, puszczano na wodę wieńce z kwiatów i choiny, przybrane świeczkami. Śpiew i obrzędowe tańce (skoki przez ogień) towarzyszyły temu wieczorowi i nocy oplecionej legendami, przekazywanymi z pokolenia na pokolenie..." Wybieracie się na "wianki"?

piątek, 20 czerwca 2008
Jak ugotować botwinkę? Czy to nie wstyd, że ja nie umiem ugotować tej pysznej zupy? Nie umiem i już! Lato się zaczyna, czas przestawić się na sezonowe, lekkie jedzenie, a ja mam kłopoty z nieszczęsną botwinką. Nie jestem pewna, z włoszczyzną czy bez? Dodawać ziemniaki, czy wystarczą tylko jajka na twardo? Ja bym się skłaniała do samych jajek, ale widzę, że w internecie ile przepisów, tyle propozycji. Muszę jakoś wypośrodkować, a w ogóle w zupach jestem bardzo słaba.

W poniedziałek przychodzą goście na obiad i stąd pomysł na tę botwinkę. Kiedyś, nawet za peerelu, nie miałam żadnych problemów z przyjmowaniem gości, a teraz strona kulinarna coraz bardziej mnie stresuje, boję się, że nie zdążę ze wszystkim na czas, że mięso będzie za miękkie albo za twarde, że sałatka okaże się za słona, itp., itp. W miarę przybywania lat mam coraz więcej niepokojów, a powinno być przecież odwrotnie.

A wracając do peerelu, czy pamiętacie jakieś charakterystyczne potrawy z tamtego okresu? Mnie się przypomina blok (nie blog!) kakaowy, z herbatnikami w środku, taki ówczesny rarytas, chętnie go czasami jadłam. Pamiętam także kiełbasę o nazwie "zwyczajna". Pani Krysia, woźna w mojej pracy, często, stojąc w długiej kolejce,  zdobywała większą ilość tej zwyczajnej, gotowała ją w naszej pracowej kuchence za szafą,  po czym talerzyk z wielkim kawałem pachnącej kiełbasy pojawiał się na naszych biurkach. Bardzo nam wtedy ona smakowała i lubiliśmy ten wspólny czas, a że wszyscy byliśmy młodzi, więc apetyty na kiełbasę mieliśmy wtedy ogromne. Ale to była dygresja, w dalszym ciągu pozostaję z rozważaniami nad swoją botwinką.

środa, 18 czerwca 2008

Obiecałam, że napiszę, jak schudnąć. Metoda jest prosta, szybka, bardzo skuteczna i łatwa. Wiele osób z mojego otoczenia w ten sposób zgubiło swoje nadmiary ciała. Wszystkim osobom, które chcą schudnąć, bardzo doradzam, aby się nie zastanawiały, tylko od razu przystępowały do zmiany swojego jadłospisu. Założę się, że w bardzo szybkim czasie zobczycie rezultaty.

Po prostu wyrzucamy z domu wszystko, co słodkie. Od jutra (a może już od dzisiaj) nie jemy żadnych słodyczy, nie pijemy żadnych słodkich napojów. Kiedy przestaniemy jeść słodycze, zmniejszy się nam apetyt na jedzenie w ogóle, nie będzie wilczego apetytu, nie będziemy o jedzeniu myśleć. Od jutra jemy jedną, małą, cienką kromkę pieczywa (pełnoziarnistego) dziennie, a zamiast ziemniaków, ryżu czy klusek, do mięsa na obiad jest kalafior, młoda kapusta, fasolka, itp. Później, jeśli mamy ochotę na makaron, kupujemy sobie pełnoziarnisty, jest w sklepach bardzo dobry "Lubelli", ale jemy go tylko łyżkę (wystarczy!), a nie pół tony, podobnie jest z kaszą, czy ziemniakami, troszczkę. Poza tym jemy wszystko (prawie),  w dowolnych ilościach, tłuszczów nie unikamy, nie liczymy kalorii. I chudniemy, bardzo szybko!

Aha, jeśli ktoś chce od czasu do czasu zjeść coś słodkiego, kupuje sobie ciemną czekoladę (90%) albo suszone sliwki czy morele, ale oczywiście też nie przesadzamy z ilością, kostka czekolady dziennie wystarczy. 

Jest to dieta niskowęglowodanowa.

Trzeba trochę zmienić nawyki domowe. Ja kiedyś na śniadanie robiłam kanapki z pysznym chlebem z pobliskiej piekarni, bo tak mąż lubił. Teraz nie jemy żadnych kanapek, rano na półmisku znajdują się plasterki serów, wędliny, pomidory, sałata, itp., a także mniej niż pół kromki chleba pełnoziarnistego z masłem. Chudnąć już nie musimy, czasami jeszcze się zdarza, że mąż z rozrzewnieniem wspomina chrupiące bułeczki, ale zmniejszona ilość węglowodanów w diecie znacznie poprawia samopoczucie i to jest ważne.

środa, 11 czerwca 2008

Najważniejsze są właściwe metody pracy. Mąż haruje na działce. "Tyle tam roboty" - narzeka.

poniedziałek, 09 czerwca 2008

Nic się nie dzieje i właściwie dobrze. Dookoła pomeczowe euforie i płacze, ale mnie one nic nie obchodzą. To, co nieważne, staje się ważne, a to, przy czym należałoby się trochę zatrzymać, jakoś umyka. Pomieszanie z poplątaniem. Coraz częściej myślę, że świat zwariował, a ja się czuję zmęczona. Każdego dnia postanawiam sobie, że programów politycznych nie będę oglądać, bo zbyt burzą mój spokój, ale oczywiście potem ulegam swoim dotychczasowym nawykom i znów się denerwuję.

Myślę, że chyba już nadszedł czas zakończenia mojego bloga. Pisałam prawie cztery lata. Może wystarczy, zastanawiam się nad tym. Coraz trudniej znaleźć mi coś ciekawego w otaczającej rzeczywistości, co warto odnotować, ale jeszcze się waham.

wtorek, 03 czerwca 2008

Moi goście z Australii już wyjechali. Teraz przez trzy tygodnie będą w Londynie, bo, jak już wspominałam, ich  podróż będzie trwała ponad osiemdziesiąt dni. Kiedy ich pytałam o wrażenia, mówili, że spośród wszystkich polskich miast, które zwiedzili, najbardziej im się podobała Warszawa, co mnie zaskoczyło, bo zwykle raczej słyszy się od turystów, że Warszawa nie jest ładnym miastem. Bojąc się jazdy po polskich drogach, zrezygnowali z wynajęcia samochodu i do Gniezna wybrali się z Warszawy pociągiem. Tę podróż wspominali jak horror (mieli ze sobą ogromną ilość bagażu, nie rozumieli dworcowych komunikatów o miejscach podstawianych wagonów na peronie, tłok, niemożliwość porozumienia się z konduktorem, itp.) Natomiast samym pobytem w Gnieźnie byli zachwyceni. Narzekali też na nieprofesjonalną obsługę w hotelach i w restauracjach. Najpierw myślałam, że przesadzają, ale kiedy w restauracji jednego z najdroższych hoteli w centrum Warszawy, kelnerka nieumiejąca dwóch słów po angielsku, rozpoczęła sprzątanie wokół nas, bo "kończy zmianę", a na stole nie było serwetek, byłam skłonna im uwierzyć.

W ostatniej notce pisałam o truskawkach, że są niesmaczne i nie pachną. To samo można powiedzieć o pomidorach. Gdzie się podziała ta słynna "dobra, zdrowa polska żywność"? Chyba, jak zawsze, masowa produkcja powoduje obniżenie jakości. Wczoraj w moim sklepie kupiłam bardzo smaczne, piękne belgijskie pomidory, tak ładne, że przez chwilę zastanawiałam się, czy nie są genetycznie modyfikowane.

Molekula, dziękuję za przytoczenie w ostatnich komentarzach piosenki Młynarskiego "Truskawki w Milanówku".  Wklejam tu trzy ostatnie, szczególnie nastrojowe, zwrotki: 

Truskawki w Milanówku,
Na widelczyku srebrnym drżące,
O cichym zmierzchu sprzyjające
Związkowi dusz i ciał.

Truskawki w Milanówku,
Na księżycowy promień złoty
Ty nawlekałeś swe tęsknoty,
A ja westchnienia me.

Truskawki w Milanówku,
Przez chwilę człek nie podejrzewał,
Że to nie Lorelei śpiewa,
Lecz gwiżdże EKaDe... .........

niedziela, 01 czerwca 2008

Jedziemy w korku przez miasto. Przed nami czerwone Clio z dużym napisem na tyle samochodu: "Szybciej się boję". I jak tu nie traktować autora tego wyznania z wyrozumiałością? Lepiej, jeśli się boi i jedzie wolno, niż miałby szarżować. Wzruszająca szczerość.

Dzisiaj kończy się moja akcja "Australia" i z tego powodu jesteśmy zaproszeni na pożegnalną kolację. Mając na uwadze owo wyjście, w piątek zaniosłam do punktu krawieckiego spódnicę do skrócenia, miała być gotowa na sobotę. Kiedy zaszłam wczoraj po odbiór, okazało się, że spódnica zginęła. Pani krawcowa się pomyliła i najprawdopodobniej wydała ją w reklamówce jakiemuś panu razem ze spodniami, które były skracane. Na szczęście dzisiaj jest tak ciepło, że tej spódnicy i tak bym nie założyła, więc w zasadzie problemu nie ma.

A pogoda jest taka, jaką uwielbiam. Czerwiec, jak każdego roku, zapowiada się wspaniale. Tylko truskawki mnie zawodzą. Te, które jadłam w tych dniach, były bez żadnego smaku i zapachu. Gdzie się podziały te pachnące, wygrzane w słońcu, słodkie truskawki? W Milanówku też ich już podobno nie ma. 

Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast