Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2009

Już wspominałam, że mamy kilkoro przyjaciół w Stanach. Jedni z nich mieszkają w Arizonie. Właśnie przesłali mi piękne slajdy z widokami południowo-zachodniej Ameryki. TUTAJ można obejrzeć ich czerwone cuda natury, a TU parki narodowe.

Grand Canyon

Dzisiejsza pogoda w Warszawie w jakimś stopniu chyba będzie przypominać pogodę, jaka jest teraz w Arizonie. U nas ma być 30 stopni C, u nich ponad 40 C.

 Wczoraj byłam na swojej działce. Zakwitły mi tam piękne róże, aż żałowałam, że nie zabrałam ze sobą aparatu, żeby je uwiecznić, ponieważ mają to do siebie, że zakwitają na moment i zaraz przekwitają. Nie wiem, czy to normalne, ale z moimi różami tak jest, że ich płatki zaraz opadają. Na szczęście, teraz nie widać mszyc, których było mnóstwo w poprzednim roku.

A jeśli mowa o różach, to dzisiaj imieniny Piotra i Pawła. Jeśli tu zajrzy jakiś Piotrek albo Paweł, niech przyjmie najlepsze życzenia.

Przy okazji imieninowe uściski dla Piotrusia K., tego młodego człowieka, którego przedstawiłam kiedyś na zdjęciu wychodzącego z pralki.

niedziela, 28 czerwca 2009

W gazetach dużo się teraz pisze o tej niezwykłej książce. "Gazeta Wyborcza" poświęca jej cykl artykułów. Niełatwo mi było ją zdobyć, ale się udało i przeczytałam szybko, mimo że jest bardzo obszerna (575 stron). Ale po kolei. 

Doktor nauk medycznych, Wanda Półtawska, spędziła cztery lata swojego życia w obozie koncentracyjnym w Ravensbruck, gdzie poddawana była eksperymentom medycznym, które miały bolesne (także w sensie dosłownym) konsekwencje w dalszym jej życiu. Zetknęła się tam zarówno z ludźmi upodlonymi, jak i wspaniałymi (tych było mniej), ale przede wszystkim zetknęła się z perspektywą śmierci. Z obozu wyszła w wieku dwudziestu czterech lat, wyszła z bagażem traumatycznych przeżyć i ważnych pytań filozoficznych: Kim naprawdę jest człowiek? Jak żyć po obozowych przejściach? Jak pokonać niepokój? Wtedy natknęła się na księdza Karola Wojtyłę, który ją rozumiał i przyszedł z pomocą, stając się kierownikiem duchowym Autorki.

O swoich relacjach z Karolem Wojtyłą pani Półtawska napisała obszerną książkę. Książka nosi tytuł "Beskidzkie rekolekcje. Dzieje przyjaźni księdza Karola Wojtyły z rodziną Półtawskich". Ale nie jest to książka biograficzna. Są to raczej bardzo osobiste przeżycia Autorki, jej dzieje duszy, a także bardzo szczerze opisana historia przyjaźni z Janem Pawłem II. Dopełnieniem tych przeżyć są wspólne wędrówki Autorki i jej męża z Karolem Wojtyłą po Beskidach. Książka głęboko religijna z pięknymi, wzruszającymi opisami przyrody, może posłużyć jako lektura medytacyjna.

Ja przeczytałam ją z zainteresowaniem i nie jest wykluczone, że jeszcze do niej wrócę.

wtorek, 23 czerwca 2009

Świerk, o którym pisałam wczoraj, okazał się jodłą koreańską. Uroda tej jodły koreańskiej tak bardzo została pochwalona, że teraz najprawdopodobniej zagłaszczę ją swoją nadmierną troskliwością.

Ale dosyć już o tym. Dzisiaj z rana był u mnie pan Milczący. Pan Milczący zajmuje się czyszczeniem dywanów. Moje dywany zostały starannie wyczyszczone, a pan okazał się bardzo miłym człowiekiem, ponieważ przez cały czas wykonywania tej czynności nie odezwał się ani słowem, mimo moich początkowych prób nawiązania konwersacji. W końcu dałam spokój i każde z nas zajęło się swoją robotą, co było najlepszym rozwiązaniem. Jedynym słowem, jakie wypowiedział było "dziękuję", które wymruczał po otrzymaniu zapłaty.

Po południu, będąc w mieście, wstąpiłam do sklepu z butami, ot tak sobie zobaczyć, co jest. O, ja naiwna! Teraz nie ma takiego zwykłego rozglądania się po sklepie. Już w drzwiach padło sakramentalne "w czym mogę pomóc",  a moja odpowiedź, że poradzę sobie sama, tylko grzeczniej wypowiedziana, okazała się wysoce niezadowalająca. Szef owego sklepu natychmiast zarzucił mnie stertą butów mojego numeru i zarządził mierzenie. Kiedy uległam (cóż, słaba jestem!) i rozpoczęłam zakładanie kolejnych butów, w pewnym momencie pan szef, widząc moje niestaranne zapięcie paska, padł u moich stóp na kolana i zaczął mi sam owe buciki przymierzać, zalewając mnie przy tym potokiem słów podkreślających zalety każdej pary obuwia. Przez moment czułam się jak Izabela Łęcka w sklepie Wokulskiego. W rezultacie wyszłam stamtąd z nowymi butami, mimo że wcale nie miałam zamiaru ich nabywać, a w uszach długo jeszcze pobrzmiewały mi uprzejmości sprzedawcy wypowiadane pod moim adresem.

Za chwilę poszłam do znajdującego się obok banku, gdzie byłam umówiona z urzędniczką na załatwienie pewnej sprawy. I tu znów polał się na mnie strumień słodyczy wielkiej, ogromnej. Czułam się jak najbardziej oczekiwana, jedyna w Warszawie klientka banku. I tak chyba powinno być, ale ja - kobieta PRL-u - do nadmiaru uprzejmości nie jestem przyzwyczajona, a co gorsze, wcale mi tego nie brakuje w myśl powiedzenia "co za dużo, to niezdrowo".

Aha, i jeszcze mam coś w sobie tak paskudnego, że w takich sytuacjach im ktoś cieplej się do mnie odnosi, tym ja jestem chłodniejsza, w pewnych momentach wręcz lodowata. Wredna baba jestem bardzo.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Prawdę powiedziawszy, ja nie lubię tych egzotycznych zagranicznych roślin i nie kupuję na swoją działkę żadnych wymyślnych japońskich bonsai czy chińskich wierzb. Jeśli chodzi o kwiaty, wolę też nasze dawne, tradycyjne odmiany od jakichś bardzo wymyślnych importowanych skądś tam. Taka jestem pod tym względem ksenofobiczna.

Ale kiedy kupowałam moją działkę, rósł już na niej nieduży świerk (?), który wtedy nie budził żadnych wątpliwości. Teraz świerk podrósł i zaczął pokazywać swoje zagraniczne oblicze, to znaczy wyrosły mu jakieś fioletowe szyszki. Oto on:         

Czy nieocenione blogowiczki-ogrodniczki mogłyby mi powiedzieć coś na temat tego odmieńca?

środa, 17 czerwca 2009

Dzisiaj ładna, słoneczna pogoda, zapraszam więc na wspólny spacer.

Wchodzimy na dziedziniec Uniwersytetu Warszawskiego. Przed nami gmach starego BUW-u. Ten neorenesansowy budynek został zbudowany w XIX wieku, tutaj jeszcze do niedawna mieściła się Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. Po przeniesieniu się biblioteki do nowo wybudowanej siedziby przy ulicy Dobrej w tym gmachu działa centrum dydaktyczno-konferencyjne. 

 

Przed budynkiem dawnej Biblioteki znajduje się odsłonięty chyba w 2003 roku pomnik studenta. Pomnik jest wykonany w brązie, obok studenta leżą książki.

A teraz jesteśmy już na Starym Mieście. Przed nami ulica Piwna, jedna z najładniejszych ulic starej Warszawy.

A to widok ze Świętojańskiej na ulicę Dziekania. W głębi widać przejście arkadowe nad Dziekanią łączące katedrę z Zamkiem Królewskim.

Świętojańską dochodzimy do Rynku Starego Miasta. Na środku Rynku znajduje się pomnik warszawskiej Syrenki.

Następnie idziemy ulicą Brzozową. Ulica ta powstała już w XVI wieku. Kiedyś mieszkali tu głównie kupcy i rzemieślnicy.

I jeszcze Barbakan - zbudowany w XVI wieku, pełnił funkcje obronne. Możemy tu właśnie obejrzeć wystawę fotografii o tematyce ekologicznej.

Mury Barbakanu

Tutaj rozwiązujemy naszą wycieczkę i już umawiamy się na następną.

wtorek, 16 czerwca 2009

Tym osobom, które unikają tłuszczu, cukru czy mąki, radzę czasami upiec sobie ciastka pestkowe. Przygotowuje się je błyskawicznie.

3-4 bardzo dojrzałe banany rozgniatamy w misce, dodajemy 3-4 jajka, mieszamy, wsypujemy pestki ze słonecznika, z dyni, mogą być także posiekane orzechy, ale niekoniecznie. Na koniec dodajemy szklankę sparzonych rodzynek albo innych suszonych owoców. Tych pestek musi być dosyć dużo, żeby masa miała konsystencję bardzo gęstej śmietany. Wszystko mieszamy. Blachę wyściełamy papierem do pieczenia i łyżką układamy małe placuszki. Każdy z nich można na przykład posypać cynamonem albo, jeśli ktoś chce sobie szczególnie dogodzić, a nie boi się cukru, pokruszoną czekoladą.  Pieczemy w temp. 180 stopni przez ponad pół godziny, właściwie do czasu, kiedy ciastka będą mocno rumiane.

niedziela, 14 czerwca 2009

Nasz wieloletni bliski przyjaciel. Nie poświęcaliśmy mu dużo czasu ostatnio, bardzo rzadko, zdecydowanie za rzadko, przychodził do nas do domu, utrzymywaliśmy kontakt tylko przez telefon, chociaż stale planowaliśmy wspólny wyjazd w góry. Dzisiaj zadzwoniłam, żeby zapytać "co nowego". Okazało się, że zmarł tydzień temu. I znów potwierdziło się to, co mówił poeta: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą..." Niestety, z tym pospiechem jakoś różnie bywa.

Wczoraj wyjeżdżałam na Podlasie. Kiedy po południu wracaliśmy do domu, przez całą drogę była straszna ulewa, wycieraczki nie nadążały z wycieraniem szyb. Dzisiaj w domu. Dzień nieciekawy, mimo że pogoda się poprawiła i po południu nawet świeciło słońce. Koleżanka zapraszała mnie na herbatę, ale jakoś nie chciało mi się wychodzić z domu i przełożyłyśmy spotkanie na inny dzień. Dobrze, że jutro poniedziałek, chociaż niektórzy nie lubią poniedziałków. Ja lubię. 

czwartek, 11 czerwca 2009

Nie chcę pisać o rodzinie (bo czytają), nie chcę o polityce (gdyż nie mam ochoty na spory), a o tym, co czytam, piszę już i tak za dużo, jest to nudne. Przy takich ograniczeniach w piątym roku prowadzenia bloga naprawdę trudno znależć ciekawy temat. Będzie więc o niczym.

Dzień minął bardzo spokojnie. Boże Ciało. Rano wstałam wcześnie, o szóstej, bo ostatnio nie potrafię spać dłużej. Obiad miałam częściowo przygotowany wczoraj, więc nie musiałam się spieszyć. Pokręciłam się trochę po domu, posiedziałam przy komputerze, odpisałam na maile, a potem poczytałam ksiażkę. Zbliżało się południe, więc zaczęłam się zastanawiać, w czym pójść na procesję. Termometr mówił, że można ubrać się na "letnio", ale patrząc na trochę ochmurzone niebo, nie byłam tego pewna. Wybrałam wersję pośrednią i trochę przesadziłam, bo było rzeczywiście bardzo ciepło.

Lubię te procesje i lubię nastrój z nimi związany, zielono, ciepło, zapach kadzidła i piękne śpiewy chóru.

I już jest wieczór, późny, parny letni wieczór.

poniedziałek, 08 czerwca 2009

Na wielu blogach widzę zainstalowany "Live Traffic Feed". Bardzo mnie ciekawi, jakie są zalety tego rejestratora, jeśli na przykład w moim przypadku przy każdym wejściu podana jest inna miejscowość, z której rzekomo wchodzę. Raz byłam z Bełchatowa, z Klepacz, z Gdańska, z Milicza, z Suraża, z Goleniowa, ze Szczecina, z Wrocławia, kiedy indziej z Włocławka, Legnicy, z Chrzanowa, a dzisiaj z Sokółki itp. Ciekawa jestem (ciekawość to moja cecha wrodzona), o co w tym chodzi. Ale to nieważne, teraz zacytuję fragment artykułu, na który zwróciłam dzisiaj uwagę:

"Wykładowcy szkół wyższych wiedzą doskonale, że większość studentów nie ma żadnej, najskromniejszej nawet wiedzy na żaden temat, a część nie umie czytać (duka bez zrozumienia) ani pisać. Oprócz półanalfabetów mamy jednak wśród studentów analfabetów prawdziwych. Jest ich nie mniej niż 10 proc. (...).

Większość młodych posiadaczy polskiej matury, a w tym większość nowych studentów, kompletnie nic nie umie, a co gorsza - nauczona jest w szkole oszukiwania i ściągania (...). Niedawno, sprawdzając prace egzaminacyjne z historii filozofii, miałem okazję przeczytać kilkanaście razy zdanie: "Heraklit żywił się trawom i innymi roślinnościami". Niechby zdanie to wykuto na portyku Ministerstwa Edukacji w alei Szucha. Żeby wreszcie zeszło na ziemię i przestało produkować fantastyczne programy nauczania i bajeczki o wszechstronnym rozwoju osobowości, samodzielności myślenia, nowoczesnym społeczeństwie informatycznym".

** Jan Hartman, profesor filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, fragmenty artykułu "Szkoła buja w obłokach", "Gazeta Wyborcza", 9 kwietnia 2009 r.

niedziela, 07 czerwca 2009
Kiedyś już pisałam, że obok mnie mieszka emerytowany profesor uniwersytetu. Ma 96 lat!!! Pamięci i stanu umysłu mógłby mu pozazdrościć niejeden czterdziestolatek. Profesor przez cały czas jest niezwykle czynny, czyta, pracuje, wszystkim się interesuje. Poza tym jest bardzo sympatycznym, dowcipnym, ujmującym człowiekiem.

Ostatnio zachorowała jego opiekunka, więc ja od czasu do czasu zaglądałam, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, ponieważ Profesor ma kłopoty z chodzeniem, porusza sie o kulach. A że - jak sam mówi - do zakonu kontemplacyjnego się nie nadaje, bo lubi rozmawiać, przy okazji omówiliśmy wiele  problemów historycznych XX wieku i nie tylko tych. Profesor brał udział w kampanii wrześniowej, wraz z żoną walczył w powstaniu warszawskim (od pierwszego dnia do ostatniego), ma bardzo bogaty i piękny, patriotyczny życiorys.

Ale to był wstęp. Teraz jest konkluzja. Przed chwilą Profesor, spiesząc się, wychodził z domu. "Biegnę na wybory. Przecież muszę zagłosować" - mówi. A - jak już napisałam - ma lat 96 !!!
 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast