Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
niedziela, 27 czerwca 2010
Taka fotografia wisi na parkanie przy Agrykoli.



Agrykola to ulica w Warszawie obok Parku Łazienkowskiego. Łączy Aleje Ujazdowskie ze skrzyżowaniem ulicy Szwoleżerów z Myśliwiecką. Na Agrykoli nie ma ruchu kołowego (poza rowerowym), jest zielono, śpiewają ptaki, a drogę przebiegają wiewiórki. Tutaj, w XIX wieku, po raz pierwszy w Warszawie pojawiły się latarnie gazowe, które istnieją do dzisiaj.



Z inicjatywy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w 1788 roku na Agrykoli wzniesiono pomnik Jana III Sobieskiego.


Stąd doskonale widać główny obiekt Parku Łazienkowskiego, Pałac na Wodzie. Mimo że zdjęcia Pałacu można znaleźć w każdym przewodniku po Warszawie, sfotografowałam go w ten deszczowy dzień, bo trudno obok tego widoku przejść obojętnie.








piątek, 25 czerwca 2010
Wczoraj byłam z przyjaciółką na otwarciu wystawy dokumentującej pięćdziesiąt lat pracy polskich archeologów w Palmyrze. 

    Palmyra to antyczne miasto w Syrii położone około 200 km od Damaszku. Jest to jeden z najciekawszych i największych (ok. 50 km powierzchni) kompleksów wykopalisk na świecie. Ślady pierwszej osady na tym terenie sięgają III tysiąclecia p.n.e. Polska misja archeologiczna prowadzi tam badania od 1959 roku. Rozpoczął je wybitny polski archeolog, ojciec polskiej archeologii śródziemnomorskiej, prof. Kazimierz Michałowski. Obecnie kierownikiem polskiej misji jest prof. Michał Gawlikowski z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Polski zespół jest najdłużej pracującym ośrodkiem w Palmyrze. Dostarczył on bardzo wielu niezwykle ciekawych eksponatów dla tamtejszego muzeum. Obrazy i odlewy rzeźb, dzienniki pracy dokumentujące osiągnięcia polskich archeologów przedstawione są na tej wystawie otwartej wczoraj w Podchorążówce na terenie Parku Łazienkowskiego. Wystawa będzie czynna przez całe lato. W ramach Roku Palmyreńskiego odbędzie się też konferencja naukowa, a także wiele innych ciekawych imprez.

                           http://tymask.wordpress.com



           www.sacred-destinations.com

A to zdjęcia z wystawy:


 Młodzieniec ze służącym - relief nagrobny, pocz. III w. n.e.


 
     Głowa kobiety


          Relief grobowy  

Wczoraj w Warszawie padał deszcz. Szłyśmy na tę wystawę podczas największej ulewy, same przez cały Park Łazienkowski. Po raz pierwszy widziałam tak wyludnione Łazienki. Przemokłyśmy okropnie. Dobrze, że wystawa ciekawa, a syryjskie dania na bankiecie ufundowanym przez panią Ambasador Syrii, która też tam była obecna, bardzo smaczne.
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Dzisiaj niespodziewanie pojechałam z koleżanką i jej mężem za miasto. Byliśmy w Jazgarzewie i w Zalesiu Dolnym, trochę jeździliśmy po tamtych okolicach. Są to miejscowości położone bardzo blisko Warszawy (Jazgarzew znajduje się 30 km od Pałacu Kultury), a świat już tam zupełnie inaczej wygląda. Tutaj w głowie wiruje od sensacji, dyskusji, sporów, przeróżnych wydarzeń, a parę kroków dalej jest obłędnie zielono, cicho, a przy szosach rosną piękne czerwone maki. Miło było tam być. Po południu zjedliśmy obiad w budynku otoczonym dużymi lipami, których rozłożyste gałęzie niemal do talerzy nam zaglądały. Ładnie zaczęło się lato. Nie miałabym nic przeciwko temu, żeby ta pora roku została u nas na stałe.
środa, 16 czerwca 2010
Wczoraj na działce nie było tak źle, jak się zapowiadało. Przed południem zostałam zaproszona przez działkowych sąsiadów  na spóźnione imieniny. Przez dwie godziny siedzieliśmy na werandzie, miło rozmawiając w otoczeniu pięknych świerków i niestety, chmary komarów. Dodatkową korzyścią z tego spotkania było to, że dostałam namiary na pana Henia, "złotą rączkę" z sąsiedniej wsi. Od razu się z nim skontaktowałam, pan Henio przyszedł, skosił mi trawę, wykopał dwa suche drzewa, zajął się pieleniem kwiatów i w ogóle wziął moją działkę pod swoją opiekę. Oboje byliśmy zadowoleni z naszego układu. Ja, ponieważ będę miała zadbaną działkę, a on był bardzo rad z dużej swobody działania, jaką mu dałam.


wtorek, 15 czerwca 2010
U nas dzisiaj od rana świeci słońce. Zaraz jadę na działkę. Jadę tam tylko z poczucia obowiązku, bo wcale mi się nie chce. Nawet myślę, że dobrze byłoby, gdyby zaczął padać deszcz, to zaraz bym wróciła ze spokojnym sumieniem. Wyobrażam sobie, co mnie na działce czeka, trawa po kolana. Tym, którzy tu dzisiaj zajrzą, mimo wszystko życzę dużo słońca.
niedziela, 13 czerwca 2010
Wczoraj sprzątaliśmy z synem piwnicę po ostatnim zalaniu. To, co dotąd było nie do ruszenia z powodów sentymentalnych, wczoraj musiało powędrować do śmietnika. Na pierwszy ogień poszły namioty. Kiedyś, przez kilka lat, jeździliśmy z nimi do Gib nad jezioro Pomorze.  Rozbijaliśmy się na polu namiotowym w pięknym lesie pełnym grzybów i jagód, przy brzegu jeziora. W sąsiednich namiotach też mieszkały małżeństwa z dziećmi (zwykle prawie wszyscy poza nami byli z Łodzi, nie wiem dlaczego). Dzieci się razem bawiły, szalały w wodzie, chłopcy łowili ryby i raki, dorośli się opalali, dyskutowali, czytali, a wieczorem obowiązkowo wszyscy siedzieliśmy do późnej nocy przy ognisku. Było dobrze, przyjaźnie, spokojnie i leniwie. Do pewnego momentu. Potem to miejsce odkryli wędkarze. Przyjeżdżali z psami i z dużymi zapasami piwa. Zaczęło być hałaśliwie i nieciekawie. Przestaliśmy tam jeździć, zresztą inaczej już spędzaliśmy  wakacje, ale nasze namioty dotąd czekały w piwnicy na powtórzenie tamtych lat.                      

    Jak już tutaj kiedyś pisałam, mój syn bardzo lubi biegać. Teraz, w lecie, prawie w każdy weekend bierze udział w jakimś biegu. Dzisiaj pojechał do Korycina. Korycin jest to miejscowość przy trasie do Augustowa, oddalona chyba ze 40 km od Białegostoku. Ciekawe jest to, że główną nagrodą w korycińskim półmaratonie (22 km) jest KROWA.

Syn przysłał mi komórką zdjęcie tej uroczej czerwonej krowy.
- A jak ty ją będziesz prowadził z dworca do siebie na Kabaty? - pytam. Do metra chyba nie zechce wejść.
Oczami wyobraźni już widziałam syna prowadzącego krowę na sznurku przez Warszawę. Krowa się zapiera, nie chce iść, wolałaby skoczyć na trawę do pobliskich Łazienek, dochodzi do szamotaniny. Do akcji oczywiście szybko wkraczają animalsi, którzy stają po stronie Krasuli i natychmiast pozbawiają syna okupionej dużym potem nagrody.
To tylko moja wyobraźnia. Na szczęście obyło się bez takich incydentów, bo bieg wygrał kto inny.

sobota, 12 czerwca 2010
Jadąc do Śródmieścia, zabrałam ze sobą aparat. Ulica Świętokrzyska to centrum miasta, a kilkadziesiąt metrów dalej, to już inny świat. Plac Grzybowski, jeden z najstarszych warszawskich placów. Przed wojną w tym rejonie miasta mieszkała głównie ludność żydowska. Z tamtych czasów zachowała się tu przede wszystkim obustronna zabudowa ulicy Próżnej. Jest to jedyny ocalały fragment getta. Dzisiaj robi tragiczne wrażenie, bo domy są bardzo zniszczone. Przyglądając się dokładnie tej czerwonej kamienicy na zdjęciu, można dostrzec w oknach wielkie fotografie przedwojennych jej mieszkańców. Między innymi po prawej stronie od środkowego prętu ogrodzenia widać młodą rodzinę z dzieckiem w wózku. Podobno wojnę przeżył tylko jeden mieszkaniec tej kamienicy.



Na Placu Grzybowskim i w okolicznych ulicach do niedawna jeszcze znajdowało się mnóstwo różnych sklepów, w których można było kupić wszystko, najprzedziwniejsze przedmioty, "mydło i powidło". Jeśli czegoś nie można było kupić w pobliżu domu, jechało się na Plac Grzybowski, bo tam były klamki, kafle, guziki, sznury, szkła do lamp i co się komu jeszcze zamarzyło. Dzisiaj zostało kilka sklepików w zachodniej części placu, które zachowały dawny klimat, tak jak ten sklep na zdjęciu, w którym można dostać łakocie i książki, i lemoniady.



Teraz na Placu Grzybowskim trwa wielki remont. Potem mają być tam różne atrakcje, ławki na szynach i wodotryski w sensie dosłownym i przenośnym. Tylko czy zostanie tam coś jeszcze z nastroju starej Warszawy? Wątpię.
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Poniedziałkowy słoneczny poranek. Wygląda na to, że trzeba już sięgnąć po letnią odzież. Wreszcie!
   Jedząc śniadanie, czytam wszystko, co jest w zasięgu reki, na przykład fragment jakiegoś artykułu na temat mówienia i słuchania. Tak już jest, że zwykle wolimy raczej mówić niż słuchać. Warto się zastanowić, w jaki sposób słucha się ludzi i jak się do nich mówi. Czy rzeczywiście chcemy usłyszeć to, co inni mają do powiedzenia, czy wolimy tylko sami mówić. Takie pytania postawione są w tym artykule. Może rzeczywiście warto przez moment o tym pomyśleć. Dobrego poniedziałku. 
niedziela, 06 czerwca 2010
sobota, 05 czerwca 2010
    Dzisiaj przed południem poszłam z przyjaciółką do Ogrodu Botanicznego w Alejach Ujazdowskich. Jest to najmniejszy, ale jeden z najstarszych ogrodów botanicznych w Polsce. Dzień był słoneczny i ciepły. Spacerowałyśmy wśród okazałych drzew (wspaniałe buki, miłorząb liczący 190 lat!) i pięknych irysów, piwonii, a także innych obłędnie pachnących kwiatów. Prawie godzinę siedziałyśmy na ławeczce, rozmawiając o naszych sprawach i słuchając śpiewu ptaków. Potem przez następne dwie godziny naszą rozmowę kontynuowałyśmy w kawiarni "Trou Madame", która mieści się w klasycystycznym budynku Nowej Kordegardy w pobliskich Łazienkach. W XVIII wieku pawilon ten służył do gry w true-madame polegającej
na wrzucaniu kulek z kości słoniowej do odpowiednich bramek. Później był tu teatr. W "Trou Madame", siedząc w cieniu drzew przy białych stolikach pod parasolami i jedząc wszelakie pyszności, także można słuchać śpiewu ptaków, ale ja, niestety, na ptakach mało się znam.

Oto parę zdjęć z Ogrodu Botanicznego:


To jest krówka-obuwka. Tak informuje tablica zaraz przy wejściu. Nie wiem, dlaczego "obuwka".








Malowniczo wyglądają te garnki na płocie.






 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast