Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 30 czerwca 2011
Przyjemnie mieć imieniny w czerwcu, dużo pięknych kwiatów, dużo owoców, dużo słońca. A jutro Haliny. Kiedyś miałam trzy solenizantki o tym imieniu, teraz została tylko jedna.
Rzeczywiście, jest słonecznie, ale telewizor właśnie zapowiada wielkie ochłodzenie w sobotę. Podobno ma być tylko około dziesięciu stopni. Nie lubię takich wahań.

Pomagałam swojej amerykańskiej znajomej uzyskać dokumenty dotyczące jej ojca, którego ona nie znała. Ojciec miał bardzo bogatą przeszłość wojenną (powstanie, obozy). Gdy jej przetłumaczyłam życiorys, była ogromnie wstrząśnięta. Mimo że ojca nie znała, teraz dręczy się jego wojennymi cierpieniami i żałuje, że nie próbowała go odszukać, kiedy żył. Nie może też zrozumieć, że jego historia nie była wyjątkowa, że podobny był los wielu tysięcy Polaków.

Kończę, bo to nie jest dobry temat na letni, wakacyjny  dzień.
W domu pachnie kiszonymi ogórkami, nawet mam na nie ochotę, ale ponieważ do słoików włożyłam dużo czosnku, a zaraz idę na spotkanie ze znajomymi, wolę nie ryzykować.

Fusilla na swoim blogu umieściła ciekawy wpis o bardzo interesującym ludowym artyście z Kaszub.
Artysta-humanista. U Fusilki dużo informacji, bardzo ładne zdjęcia. Radzę poczytać i zobaczyć. Szkoda, że pan artysta tak daleko ode mnie, lepiej byłoby obejrzeć te cuda na żywo.
                  
 
czwartek, 23 czerwca 2011
Trochę mi się smutno zrobiło, kiedy uświadomiłam sobie, że dni zaczynają być już coraz krótsze. Dni krótsze, truskawki się kończą, lipy pod moim oknem przekwitają.
A jeśli chodzi o truskawki, nieco jestem zdziwiona. 
Słońce jest, trochę deszczu także, dlaczego nie chce im się rosnąć? Jak pamiętam, kiedyś imieniny Jana były środkiem sezonu truskawkowego. Dlaczego teraz jest inaczej? Nie wiem.

   Czytam kolejną książkę krajoznawczo-kulinarną. Wszystkie te książki pisane są według jednego schematu, to znaczy wydarzenia z życia autora przeplatają się z przepisami lokalnej kuchni. Tym razem akcja toczy się na włoskiej wyspie Procida. Wyspa malutka, można ją podobno rękami ogarnąć, tylko dziesięć tysięcy mieszkańców.  Autorką książki jest Penelope Green, a tytuł: "Na północ od Capri". Dobra lektura na letni czas. Dzięki Google Maps pochodziłam trochę urokliwymi wąziutkimi uliczkami Procidy i tak jak pani Green wypiłam kieliszek likieru "Limoncello" (to dzięki mojemu synowi, który mi go przywiózł z Włoch), nabrałam ochoty na zjedzenie pieczonych karczochów i mogę już powiedzieć, że tego lata byłam na Procidzie.
niedziela, 19 czerwca 2011
 Ostatnio nic mnie tak nie denerwuje jak ludzka głupota. Spotkałam wczoraj swoją dawną znajomą. "Co u pani?", a "Co u pani?". U mnie bez zmian, a ona smutna.
- Co się stało? - pytam.
- Byłam u wróżki - mówi z lekka pochlipując.
- U kogo? - nie wierzę własnym uszom.
- U wróżki, na Targowej, od kilku lat do niej chodzę - mówi.
- I co? - pytam zdruzgotana ludzką naiwnością.
- Wróżka powiedziała, że Wojtek mnie od dwóch lat zdradza! - wyznała z rozpaczą w głosie.

Następne pół godziny poświęciłam na przekonywanie jej, żeby nie chodziła do żadnych wróżek, nie czytała żadnych horoskopów, nie wierzyła w żadne taroty i inne tego typu głupoty. Wydawało się, że ją przekonałam.

Rozstając się, mówię: "proszę się niczym nie przejmować".
- Nie, nie będę, Marysia W. dała mi adres wróżki z Czerniakowskiej, pójdę do niej, niech ona mi jeszcze powie, czy to prawda, że on mnie zdradza - usłyszałam!!!

Ręce mi opadły. Kiedyś była to zupełnie rozsądna kobieta na jakimś tam poziomie.

środa, 15 czerwca 2011
 Dzień źle się zaczął. Najpierw pomyliłam godziny i rano biegałam po mieszkaniu jak w ukropie. Potem miałam drobny wypadek, bo z całej siły walnęłam ciężkimi drzwiami w prawą rękę i przycięłam sobie palce aż do krwi. Teraz ręka jest spuchnięta, a wskazujący palec i paznokieć czarne. Przez cały czas przykładam lód, ale niewiele pomaga.
   
      Niedawno też usłyszałam o tym dzisiejszym strasznym wypadku pod Rawą Mazowiecką. Co się na tych drogach dzieje? Okropne!
A jeśli już mowa o drogach, wydaje mi się, że przy wydawaniu prawa jazdy powinno się badać delikwenta również pod kątem dojrzałości psychicznej, a także pod kątem uzależnień, nie tylko od alkoholu czy narkotyków. Teraz, moim zdaniem, bardzo groźne jest uzależnienie od komórek. Ludzie nie mogą bez nich wytrzymać ani chwili. Jadą, jedną ręką trzymają kierownicę, drugą komórkę i paplają, paplają bez końca. Patrząc na kierowców, można przypuszczać, że po naszych drogach poruszają się wyłącznie osoby, od których zależą losy świata, których rozmowa przez telefon podczas podróży jest absolutnie niezbędna.

Tyle narzekania! Dzień jest słoneczny, pogodny, więc na pewno coś miłego też się będzie działo. Koło mojego domu rosną dwie duże lipy, które właśnie pięknie kwitną i wieczorami oszałamiająco  pachną. Na szczęście na mój balkon meszki nie przylatują, więc mogę lipy wąchać do woli. W Ciechocinku meszki były głównym tematem  rozmów, bo wszyscy byli przez nie poszkodowani, a najbardziej pożądanym artykułem w sklepach był olejek waniliowy do ciasta, którego meszki nie lubią, więc każdy, kto go zdobył (a nie było to łatwe), pachniał jak wielkanocna babka.
    Życzę bardzo dobrego dnia.


Podczas urlopu zrobiłam trochę zdjęć, ale nie mogę ich umieścić na blogu, ponieważ moje "urządzenie wielofunkcyjne" jest w dalszym ciągu niesprawne.
   




niedziela, 12 czerwca 2011
Jestem. Wczoraj wróciłam i już bym chętnie znów rozpoczęła następny urlop. Byłam nie w Toskanii, nie w Barcelonie, dokąd podróżuje pół Polski, a druga połowa akurat się wybiera, ale w Ciechocinku. Wspaniały klimat, stosunkowo niedaleko, bardzo dobry pensjonat, w którym już się zadomowiłam, mnóstwo zieleni, cicho (ciszę zakłócają tylko ptaki, które nad ranem szaleją na zaglądających do okien drzewach), dużo tras do chodzenia. Odkryłam Ciechocinek jako miejsce bardzo odpowiednie dla mnie na tym etapie mojego życia i mam nadzieję, że będę tam teraz często jeździć. Niestety, Tatry, które bardzo lubię, półtora roku temu znacznie się ode mnie oddaliły.

W Ciechocinku miałam dużo wolnego czasu, nie wykupowałam tam żadnych zabiegów, nie uczęszczałam na żadne kuracje, ograniczały mnie jedynie godziny posiłków, więc całymi dniami chodziłam (trudno ten mój szybki chód nazwać spacerem), a pogoda, tak jak wszędzie chyba, była przepiękna. Z domu zabrałam kijki do nordic walking, ale już pierwszego dnia pobytu jeden kijek się zepsuł i nie mogłam go używać, czego właściwie nawet nie żałowałam, gdyż jakoś lepiej mi się chodziło z pustymi rękami.
   
    Ponieważ w Ciechocinku znajduje się tylko ajencja mojego banku, której zakres usług jest znacznie ograniczony, po pieniądze musiałam jechać do Torunia. W Toruniu już byłam kiedyś kilka razy, ale teraz znów z przyjemnością pospacerowałam i stwierdziłam, że starówka jeszcze bardziej wypiękniała. Niestety, mój dobry nastrój zaraz prysnął, kiedy podjęłam próbę wejścia do banku. Przycisnęłam zieloną strzałkę na drzwiach, one się otworzyły, weszłam, zamknęły się, a ja się znalazłam w hermetycznej kapsule. Jako że jestem osobą klaustrofobiczną, oblałam się zimnym potem i straciwszy głowę, zaczęłam miotać się w tej kabinie, przyciskając wszystko, co znajdowało się na ścianie. W końcu przypadkiem dotknęłam chyba właściwego miejsca, bo drugie drzwi zaczęły powoli się rozsuwać i szczęśliwie wtargnęłam na środek banku. Tam ochłonęłam, załatwiłam to, co miałam do załatwienia i oczywiście stwierdziłam, że ja w ten sposób stąd nie wyjdę. Na szczęście pracujące tam panie chyba już były przyzwyczajone do podobnych zachowań, bo potraktowały sprawę z uprzejmością i ze zrozumieniem, automatycznie otwierając jednocześnie dwoje drzwi na oścież. Jednakże bank w Toruniu na pewno stracił  klientkę, bo już nigdy tam nie pójdę, choćbym miała po pieniądze jechać do Warszawy. Mam nadzieję, że tutaj takich drzwi nie będzie, chociaż nigdy nic nie wiadomo.

Dzisiaj w kościele ogłoszono, że grupa ludzi organizuje loterię fantową, z której dochód będzie przeznaczony na leki dla małej Zuzi. Dziewczynka jest chora na mukowiscydozę. Ponieważ wiem, co to za choroba, oczywiście wzięłam udział w loterii. Najbardziej atrakcyjną rzeczą, którą wylosowałam, jest imponującej wielkości sprzęt do puszczania baniek mydlanych. Przy nim bledną inne wylosowane przeze mnie przedmioty, takie jak książki czy nawet efektowna ramka na zdjęcia. Teraz już wiem, jak będę spędzać najbliższe dni. Będę puszczać bańki mydlane!!!


piątek, 10 czerwca 2011
Ojej, tyle miłych słów napisałyście! Dziękuję! Już przygotowuję się do powrotu.
czwartek, 02 czerwca 2011

Urlop. Jeszcze trochę.
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast