Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
środa, 30 lipca 2008

Wczoraj do północy chodziłam po górach. Tych, którzy kochają Tatry tak jak ja, zapraszam na wspólne wirtualne wycieczki:
http://darz-bor.info/mapy/tatry/

wtorek, 29 lipca 2008

PIOTR BADMAJEW - HISTORIA ŻOLIBORSKIEGO POWSTAŃCA

Nowa książka wydana przez Instytut Wydawniczy PAX
Wspomnienia Piotra Badmajewa (ps. „Wicher”), których zasadniczą częścią jest opis jego udziału w Powstaniu Warszawskim – a miał wówczas 15 lat – budzą zainteresowanie z trzech powodów...  

 

Po pierwsze, dotyczą mniej znanego obszaru walk powstańczych, a mianowicie Żoliborza, Bielan, Marymontu. 

Po wtóre, tchną szczerością wobec siebie, kolegów, dowódców.  

I po trzecie, z powodu pochodzenia autora.  

Jego ojciec był znanym lekarzem w Rosji carskiej. Po rewolucji 1917 roku osiadł w Polsce, lecząc – głównie przy pomocy medycyny tybetańskiej – m.in. czołowych polityków II RP.

Matka była Polką i wychowała syna na polskiego patriotę. 

niedziela, 27 lipca 2008

Moje borówki

Moje brzoskwinie

Moje hortensje

A tej rośliny podobnej do czeremchy nie znam. Nie wiem, co to jest.

piątek, 25 lipca 2008

Po południu było bardzo gorąco i bardzo słonecznie. Nagle usłyszałam jakiś szum. Wyjrzalam za okno, a tam ściana deszczu. Takiej ulewy przy tak bardzo rozsłonecznionym niebie jeszcze nie widzialam.

A potem zaczęłam sie zamartwiać. Martwienie się przychodzi mi niesłychanie łatwo. Usłyszalam w telewizji jakąś informację o szkodliwości promieniowania telefonów komórkowych na zdrowie człowieka i oczywiście zaraz zaczęłam sobie wyobrażać najgorsze rzeczy. Uświadomiłam sobie, że zwłaszcza mój syn przeprowadza dziesiątki rozmów dziennie, no i natychmiast już był powód do niepokoju, który nie opuszczał mnie do samego wieczora.

Rano byłam u fryzjera. Pierwsze co robię zawsze po powrocie od fryzjera, jest umycie głowy. To samo zrobiłam i dzisiaj po godzinnym siedzeniu na fotelu i po mozolnych zabiegach fryzjerki, żeby moją głowę doprowadzić do porządku. I oczywiście po zainkasowaniu przez nią niemałej kwoty, która już zresztą trzeci raz wzrosła w ciągu ostatniego miesiąca. 
I po co ty właściwie chodzisz do tego fryzjera? - skwitował sprawę mój mąż, widząc mnie wyjmującą głowę spod prysznica.
Rzeczywiście, nie wiem po co.

A poza tym, tak jak ten chłopiec, który chciał ostatnio sprzedać dziewczynkę, bo mu dokuczyła, też bym dzisiaj chętnie kogoś na allegro sprzedała. Są tylko dwie trudności, pierwsza jest taka, że lista kandydatów do sprzedaży jest tak długa, że nie wiedziałabym, kogo wybrać, a druga - nigdy niczego na allegro nie sprzedałam ani nie kupiłam i nie umiałabym takiej transakcji dokonać. Na razie!

czwartek, 24 lipca 2008

Chyba z czytaniem książek w Polsce nie jest tak źle, jak to się ostatnio mówi. Byłam dzisiaj w bibliotece i widziałam, że bibliotekarka nie nadążała z obsługiwaniem czytelników. Ludzi było bardzo dużo i były to głownie osoby w średnim wieku i młodsze.

Ja dzisiaj zaopatrzyłam się w lektury typowo wakacyjne. Kilka powieścideł, a także przewodnik Pascala po Australii. Lubię czytać przewodniki turystyczne,  a ponieważ kilka tygodni temu mieliśmy gości z Australii, postanowiłam sobie swoje wiadomości odświeżyć, stąd ta lektura. Wypożyczyłam również książkę jeszcze bardziej wakacyjno-rozrywkową. Jest to "Śniadanie w łóżku i inne rozkosze... kulinarne". Autorką jest znana aktorka Agnieszka Perepeczko.

Nigdy nie jadam w łóżku. Kiedyś w dzieciństwie, kiedy byłam chora, mama przynosiła mi do łóżka różne potrawy, na które wówczas miałam ochotę i wtedy bardzo lubiłam te chwile. Tylko wtedy. Ale tę ksiażkę chętnie przejrzałam, tym bardziej, że znajduje się w niej trochę przepisów kulinarnych.

Kopiuję przepis na suflet morelowy, może się komuś przyda. 2 łyżki stołowe cukru, 1 łyżka stołowa mleka, 3 jajka, żółtka oddzielone od białek, 4 łyżki stołowe konfitury morelowej, 4 łyżki stołowe okruchów chleba lub biszkoptu. Ubij cukier z masłem, aby uzyskać kremową konsystencję. Dodaj żółtka i ubijaj przez kolejne 2 minuty. Dodaj morele i okruchy chleba lub biszkoptów. Na koniec dodaj białka ubite na sztywna pianę. Nałóż uzyskaną mieszankę do foremek. Foremki ustaw w żaroodpornym naczyniu, napełnionym wodą do wysokości ok. 4 cm. Piecz przez 15 minut w umiarkowanej temperaturze. Podawaj na ciepło z sosem morelowym.

Jeszcze pikantne bułeczki serowe: 1 filiżanka pełnoziarnistej mąki, 1 filiżanka startego, dojrzałego sera, 1 małe ubite jajko, pół filiżanki mleka, 4 łyżeczki wytrawnej musztardy, odrobina chili. Natłuść blachę do pieczenia. Zmieszaj wszystkie składniki. Ułóż placuszki z uzyskanej masy na blasze. Piecz w gorącym piekarniku (200 stopni C) przez 30 minut. 

Tak mi się znów przypomniały te dni, kiedy w dzieciństwie zostawałam w łóżku z powodu choroby. Pamiętam, że moim ulubionym napojem wówczas był tzw. "płynny owoc", o  który zawsze wtedy mamę prosiłam. Pamiętam smak tego "płynnego owocu", podobny do soku jabłkowego. Podczas choroby dostawałam też różne prezenty. Kiedyś była to kuchenka z malutkimi naczyniami. Byłam nią zachwycona, ale najbardziej zawsze lubiłam dostawać ksiązki.

środa, 23 lipca 2008

Od kilku tygodni nurtuje mnie pewien problem. Kiedyś, gdzieś na wsi koło Radomia, dostrzegłam przy drodze figurę jakiejś świętej, z odchyloną głową i w zwiewnych szatach, na wysokim postumencie. Niestety, nie można było odczytać, komu ten pomnik jest poświęcony. Podobna figura znajduje się przy szosie w Raszynie, a ostatnio, wyjeżdżając z Krakowa, przy drodze, też zauważyłam znajomą figurę. Na pewno w innych miejscach Polski również można ją spotkać. Bardzo jestem ciekawa, kto znajduje się na tym cokole.

piątek, 18 lipca 2008

"Smażyłam dzisiaj ołatki drożdzowe" - powiedziała moja kuzynka. Ojej, kiedy ja ostatnio słyszałam słowo "ołatki"? Moja babcia zawsze tak mówiła, "ołatki", nigdy "placki". Ale to było sto lat temu, potem już nigdy nie słyszałam, że ktoś smaży ołatki.

Nostalgiart zainspirowała mnie do zastanowienia się, w jaki sposób kiedyś damy przewoziły swoje krynoliny, jadąc na wywczasy albo do wód. Są to przecież suknie rozpięte na wielkich drutach, nawet duży kufer tego nie pomieści. Jak to rozwiązywano?

Czytam wszystko, co mi na temat Tatr wpadnie do rąk. Dzisiejsza książka nie jest jednak przypadkowa, bo szukałam jej od dłuższego czasu. "Illustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic". Napisał ją i ilustrował Walery Eljasz, malarz, miłośnik Tatr i Zakopanego. Książka ukazała się 138 lat temu, w 1870 roku! Czytam ją z wielkim zainteresowaniem, bo dobrze jest spojrzeć na znajome miejsca oczyma człowieka, który żył ponad wiek temu. Piękne ryciny, dokładne opisy szlaków i szczytów tatrzańskich, zachwyt nad otaczającą przyrodą sprawiają, że ta lektura mnie urzeka.

 Ciekawe także są rady praktyczne, jakich autor udziela na początku swojego przewodnika, na przykład, jak się ubrać w góry, co zabrać ze sobą na wycieczkę (broń się przyda!) "Suknie potrzebne są lekkie i ciepłe, a podwójne dla odmiany przy zmoknieniu (...) Krynolin, choćby maleńkich, podług najświeższej mody nie ma tu po co brać, bo z toaletą panie nie znajdą w Zakopanem pola do popisu, a na wycieczkach bez krynolin obywać się muszą".  Niestety, jadąc do Zakopanego, krynoliny musimy zostawić w domu.  Dowiadujemy się także, jak zorganizować wyprawę w góry, jak znaleźć dobrego przewodnika, jakie są ceny oscypków i żentycy. 

środa, 16 lipca 2008

Byłam dzisiaj na swojej działce. Działka znajduje się około dwudziestu kilometrów od mojego domu i prowadzi do niej wiele dróg. Jedna z nich przebiega przez Chinatown, to znaczy wśród ogromnych marketów obsługiwanych przez tysiące (tak myślę) Chińczyków. Na ulicy widać tam  mnóstwo skośnookich młodych ludzi przewożących na hulajnogach pudła z towarem, a obok znajdują się chińskie bary i restauracje. Atmosfera jakby przeniesiona z Państwa Środka.

Ale nie o tym chciałam pisać. Na mojej działce najokazalej rosną pokrzywy. Nie wyrywam ich, bo je lubię. Ładnie również wyrosły inne chwasty, też ich raczej nie usuwam, bo, prawdę powiedziawszy, nie zawsze potrafię odróżnić chwasty od niechwastów. A poza tym, jeśli im u mnie dobrze, niech sobie rosną.  "Szlachetne" rośliny jakoś nie czują się tam najlepiej, róże niedojedzone przez mszyce zakwitają i po dwóch dniach już są suche, z innymi kwiatami jest podobnie. Tak samo było na wiosnę z rododendronami i azaliami, na dobrą sprawę nie widziałam, kiedy kwitły. Jeżeli w przyszłości nie wezmą się do pracy, to na ich miejsce posadzę jakieś zwykłe, pospolite rośliny, bo marzy mi się działka podobna raczej do wiejskiej łąki niż do ogrodu botanicznego.

Jeśli chodzi o owoce, jest trochę jabłek, ale większość już opadła, czereśnie są nie do jedzenia, bo wszystkie z robakami. I /uwaga!!!/ z robakami w środku są wiśnie! Pierwszy raz z tym się zetknęłam. Zawsze uważałam wiśnie za bardzo bezpieczne owoce, a tu taka niespodzianka. Pojęcia nie mam, dlaczego tak jest.

wtorek, 15 lipca 2008

Rano spaliłam grzankę w mikrofalówce, całe mieszkanie było siwe od dymu, mikrofala cuchnie na kilometr (jak się tego swądu pozbyć?). Potem przygotowywałam na patelni bułkę tartą do fasolki, zostawiłam patelnię z bułką na włączonym gazie i na chwilę wyszłam do pokoju. Chwila się przedłużyła, bułka się spaliła na węgiel, dym wydobywał się przez otwarte okna, a jaki jest zapach - wiadomo. Na koniec położyłam rękawicę kuchenną na palniku, obok innego, z którego wydobywał się płomień. Spaliło się pół rękawicy. Wietrzę teraz mieszkanie, ale szans na pozbycie się spalenizny nie widzę.

Kiedy opowiedziałam mężowi przebieg wydarzeń po jego powrocie z pracy, on się lekko zadumał i rzekł: "Wiesz, postaraj się w przyszłości uważać na gaz". "Dobrze - odpowiedziałam - w przyszłości będę uważać na gaz i na mikrofalę też będę uważać".  I to jest słuszna reakcja mężowska! Jak dobrze, że mi powiedział, żebym uważała!

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast