Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
sobota, 31 lipca 2010

Mój sąsiad, profesor, o którym tu już kiedyś pisałam, właśnie wyszedł ze szpitala po drobnym zabiegu. Poszłam go odwiedzić. Profesor ma 97 lat (!!!). Czuje się dobrze, ładnie wygląda, a przede wszystkim ma wspaniały umysł i pamięć, jakiej mogliby mu niektórzy młodzi pozazdrościć, czyta książki, udziela wywiadów, jest bardzo aktywny.

 Dzisiaj był bardzo poruszony z powodu rocznicy Powstania Warszawskiego, on i jego żona walczyli w powstaniu od pierwszego do ostatniego dnia. Tak jak każdego roku i dzisiaj, prawie stuletni Profesor, parę dni po wyjściu ze szpitala, pojechał na mszę, która była odprawiana na Placu Krasińskich z okazji rocznicy. Żadne argumenty nie przemawiały, że będzie dużo ludzi, że długo, ciężko, że może padać. Nic. W tych sprawach nie ma żadnej dyskusji. Taki jest Profesor.

  


Te piękne słoneczniki dostałam dzisiaj od mojego syna dla "poprawienia nastroju". Słoneczników jest dużo, więc wstawiłam je do dwóch wazonów, a poza tym musiałam im skrócić łodygi, ponieważ były bardzo długie.




"W czarnym dzbanku
na podłodze
są jak małe słońca

Przychodzą rozjaśniać
pochmurne dni smutku..."

       /Małgorzata Hillar - "Słoneczniki/


   

      

poniedziałek, 26 lipca 2010
Wszystkim Annom najlepsze życzenia. Przyjemnie mieć imieniny w środku lata. Mam nadzieję, że mimo deszczowej pogody dzień minął Wam radośnie i w dobrym nastroju.

   Moje samopoczucie nie jest najlepsze. Akurat rok temu, w piękny, ciepły dzień, kiedy mieliśmy jechać na urlop, dowiedzieliśmy się o męża chorobie. Niedawno gdzieś czytałam, że jakąś lekarkę ukarano, ponieważ nie powiedziała pacjentowi prawdy o jego stanie zdrowia, robiła mu nadzieję na wyzdrowienie, kiedy na to nie było żadnych szans. Mojego męża starałam się uchronić przed zbyt brutalnym przekazaniem mu tragicznej prawdy. Uważam bowiem, że wszystko można choremu powiedzieć, ale w odpowiedni sposób, nie odbierając resztek nadziei. Niestety, młodzi lekarze zasłaniając się kartą praw pacjenta, nie bawią się w takie subtelności. Oj, lepiej zmienię temat!

Właściwie, nic więcej nie mogę już pisać z przyczyn - chyba można tak powiedzieć - technicznych. Potłukł się słoik w kuchni i podczas sprzątania wbiło mi się w prawą dłoń kilka drobniutkich odprysków szkła. W żaden sposób nie mogę ich usunąć i przy każdym uderzeniu palcem wskazującym w klawisz komputera czuję, jak mi się to szkło wbija coraz głębiej:) Dlatego kończę i jeszcze raz posyłam najlepsze życzenia wszystkim Aniom.

niedziela, 25 lipca 2010


Kasztanowiec przygarnął petunie.




piątek, 23 lipca 2010

Jedna z głównych ulic Warszawy, najdłuższa w mieście, Puławska. Zawsze na niej ogromny ruch. Równoległa ulica Taneczna biegnie tuż koło Puławskiej, w odległości może 300 metrów. Idąc w kierunku Śródmieścia ulicą Taneczną, po lewej stronie mamy takie widoki. Jak dobrze czasami skierować wzrok na naturę, tym bardziej że pora żniw nadeszła.





sobota, 17 lipca 2010
Testując mój nowy aparat, zrobiłam zdjęcie swojej kolekcji lalek. Już kiedyś o tym pisałam, że przez wiele lat zbierałam lalki w narodowych strojach. Nie są to wszystkie moje lalki, wysokie tu się nie zmieściły i znajdują się na dwóch innych półkach, a niektóre w szufladach. Ostatnio miałam zamiar pozbyć się całego zbioru, jako że z wieku lalkowego dawno wyrosłam, a i odkurzać ich nie bardzo mi się już chce, ale moje koleżanki powstrzymały mnie przed tym krokiem.

Każda z lalek ma swoją historię, każda wiąże się z jakimiś wspomnieniami z mojego drugiego życia, o każdej mogłabym coś powiedzieć, z jakiego kraju jest przywieziona, w jakich okolicznościach była kupiona albo, kto ją podarował.



czwartek, 15 lipca 2010

Moje dziecko, które, jak samo mówi, lubi robić mi prezenty, kupiło mi nowy aparat fotograficzny. Wprawdzie uważam, że stary aparat też jest jeszcze dosyć dobry, ale ten nowy, lekki i ładny podoba mi się bardzo. Siedzę więc teraz i zgłębiam jego tajniki, ale idzie mi to jeszcze z dużymi oporami.

 
W przerwach wzruszam się, czytając  korespondencję Chopina. Matka, Justyna Chopin, składa Fryderykowi takie piękne życzenia: "Cóż Ci powiem w dzień twoich  urodzin i imienin, zawsze jedno, że Cię Opatrzności Boskiej polecam i błagam codziennie o błogosławieństwo duszne i cielesne dla Ciebie, bo bez tego wszystko jest niczem. Ja z łaskawości najwyższego Stwórcy zdrowa jestem tylko mnie dziwactwa przywiązane do starości czasem niepokoją, wszystko inaczej widzę jak młodzi, ale cóż robić!"  Odwieczny konflikt pokoleń! Biedna pani Chopinowa! Ale jaka subtelność uczuć!

 Na mojej działce przepięknie kwitną róże. I tyle pozytywnego mogę na temat działki napisać. Pan Henio ("fachowiec", który się nią zajmuje), ma szczególne osiągnięcia w swojej pięciodniowej działalności u mnie. Zdążył już przeciąć kabel od kosiarki, połamać drabinę, złamać sekator, a co najgorsze, przepalił silnik od pompy hydraulicznej. Sprawa tego silnika spędza mi sen z oczu. Upał, podlewać trzeba, jak i gdzie ja mam teraz tę pompę kupić? Pojęcia nie mam na temat pomp. I po co mi to wszystko??? Tylko te róże trochę hamują moje frustracje...
niedziela, 11 lipca 2010
Dzisiaj byłam w Stawisku, koło Warszawy. 'Stawisko' jest to nazwa posiadłości (dom i 45 ha ziemi) Jarosława Iwaszkiewicza, którą pisarz otrzymał w 1922 roku w prezencie ślubnym od swojego teścia, znanego polskiego przemysłowca i konstruktora, Stanisława Lilpopa. Przez ponad pięćdziesiąt lat, aż do roku 1980, Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie tutaj mieszkali, a także prowadzili ożywione życie towarzyskie. Dom był miejscem spotkań artystów, pisarzy, twórców kultury tamtych lat, bywali tutaj: Artur Rubinstein, Karol Szymanowski, Julian Tuwim, Czesław Miłosz, Witold Lutosławski, Krzysztof Kamil Baczyński i inni znani ludzie tego czasu.
Po śmierci Jarosława Iwaszkiewicza w roku 1980 dom przekształcono w Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów. 
 
Wnętrze zachowało swój dawny charakter. Meble, dzieła sztuki, sprzęty, rozliczne bibeloty są autentyczne. Dom jest pełen uroku i szczególnego klimatu. Zwiedzającym się wydaje, że dom żyje i że zza drzwi zaraz wyłoni się sylwetka autora "Brzeziny".

Zrobiłam trochę zdjęć.
Jak widać, rozpoczął się remont ganku.

Klatka schodowa udekorowana trofeami myśliwskimi, większość należała podobno do ojca Anny.


Gabinet pisarza. Mnóstwo tu bibelotów. Jedne są bardziej cenne, inne mniej, ale wszystkie dodają uroku temu domowi. W rogu pokoju, na półce z książkami, stoi kolorowy ceramiczny kogut, który Iwaszkiewicz kupił w 1970 roku na jarmarku w Iłży.


Biblioteka pisarza, ale książki są w całym domu.


Na ścianach obrazy znanych malarzy, w serwantkach ładne szkło i porcelana.


Sypialnia Iwaszkiewiczów




A dookoła piękny park (teraz 17 ha).

sobota, 10 lipca 2010
Od południa w każdym dzienniku telewizyjnym podawana jest informacja o tym, że na Warmii ktoś znalazł portfel, w którym było 27 tysięcy złotych i zwrócił go właścicielowi wraz z pieniędzmi. Znalazca pokazywany jest niemal jak bohater narodowy, bo oddał cudzą własność! Dokonał czynu niezwykłego! Należy więc rozumieć, że normą jest zatrzymywanie cudzych rzeczy, że nikt inny spośród społeczeństwa nie zdobyłby się na taki heroizm i stąd taka sensacja. Do czego doszliśmy!

piątek, 09 lipca 2010
To będzie bardzo nudny wpis. Nic tu nie ma ciekawego, więc możecie nie czytać, ot, takie sobie mówienie o niczym.
   O dziewiątej  wstąpił do mnie syn, jadąc do pracy, chwilkę porozmawialiśmy. Zaraz potem zadzwoniła przyjaciółka i mimo że się spieszyłam, przegadałyśmy godzinę, ale była to rozmowa bardzo konstruktywna, więc nie żałowałam straconego czasu. Taka pogawędka z sympatycznymi ludźmi zawsze  poprawia nastrój. Następnie  pojechałam na Służewiec do urzędu skarbowego. Panie urzędniczki bardzo uprzejme (stale mnie to zadziwia, bo pamiętam, jak jeszcze niedawno było w urzędach) i dzisiaj już sfinalizowałam swoje sprawy. Po wyjściu stamtąd wstąpiłam do pobliskiej cukierni Antolaka i zaopatrzyłam się w ciasto drożdżowe, które ostatnio, w te upalne dni, obok lodów, jest moim głównym pożywieniem. Pomyślałam też o chłodniejszej porze, która nastąpi i nabyłam bezy. Bezy lubię jeść z gorącą, mocną herbatą, tak jak Rosjanie, którzy trzymając w ustach kawałek głowy cukru, popijali czaj z samowaru. Wychodząc z cukierni, spotkałam sąsiada z działki. Trochę porozmawialiśmy o życiu, uzgodniliśmy wspólne stanowisko w sprawie pogody (a o jednomyślność dzisiaj w tym temacie nietrudno) i wróciłam do domu.
Po południu poszłam do fryzjera. Ponieważ mój dotychczasowy mistrz grzebienia, pan Wojtek, przeniósł się do śródmieścia, zamieniłam go na pana Kamila, który ma zakład w pobliżu mojego domu i dzisiaj byłam  u niego pierwszy raz. Niestety, sądząc po rezultatach, w przyszłości będę chyba musiała wozić swoją głowę do śródmieścia, chyba że pan Wojtek znów będzie pracował na Ursynowie, co podobno nie jest wykluczone. Wracając od fryzjera, wstąpiłam do biblioteki i wypożyczyłam sobie książkę o miejscu bliskim mojemu sercu. "Tatrzańska Arkadia. Zakopane jako ośrodek artystyczno-intelektualny od około 1880 do 1914 roku", autorką jest Adrianna Dominika Sznapik.  Już zaczęłam czytać. Dużo fotografii, zapowiada się ciekawie.
     Wieczorem zadzwoniła Ewa, która jutro bierze ślub. Jeszcze raz życzyłam szczęścia jak najwięcej.
     
I tak się kończy mój upalny lipcowy dzień. Teraz już za pięć minut północ. Mam nadzieję, że jutro lepiej wykorzystam czas.
 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast