Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
niedziela, 31 lipca 2011
Chyba wszystkie osoby, jakie znam, wyjechały na wakacje. Na miejscu nie ma nikogo. Oj, nie powiem, żeby mi się to podobało! Żeby nie myśleć i za bardzo nie analizować sytuacji, postanowiłam dzisiaj iść na bardzo długi spacer z kijkami. Przygotowałam się, wzięłam kijki do ręki i nagle usłyszałam daleki grzmot. W pierwszej chwili wydawało mi się, że się przesłyszałam, bo niebo było raczej jasne, jednak za moment zrobiło się ciemno, lunęło i pada do tej pory. Co miałam robić? Zabrałam się za czytanie. Na początek lekki temat czyli artykuł o pokazach mody, o modelkach, stylistkach, o gwiazdach prowadzących takie pokazy i o cenach ekskluzywnych toreb i ubrań.  Oczywiście przytoczono żelazny przykład, torebkę Birkin Hermesa, nieśmiertelny symbol luksusu, która w zależności od modelu, kosztuje od 6 tysięcy €, a wersja z krokodylej skóry - ponad 100 tysięcy €. W sumie, dowiedziałam się, że drogo i że bardzo drogo, ale to wiedziałam już wcześniej.
Może zatem lepiej znów przeniosę się do Włoch, tym razem do Orvieto, niewielkiego, starego miasta w Umbrii. Czytam "Tysiąc dni w Orvieto" Marleny de Blasi, powieść pełną zapachów, dźwięków i smaków. Żałuję, bo będąc we Włoszech, przejeżdżaliśmy w pobliżu tego miasta, jadąc z Rzymu do Sieny, zabrakło wtedy czasu, żeby do Orvieto zajechać. Tym bardziej żałuję, że należałoby tam zwiedzić katedrę z XIV wieku, w której są przechowywane cenne relikwie.
A przede mną następna książka z tego cyklu "Tysiąc dni w Toskanii", ale tam byłam.
środa, 27 lipca 2011

Dzisiaj poczęstowałam koleżankę plackami z brzoskwiniami w środku. Ciepłe placki podałam z lodami. Bardzo dobra kombinacja. Degustowałyśmy też nalewkę zrobioną jeszcze przez mojego męża, ciemna, słodka, pachnąca, ale nie mogłyśmy dociec, z jakich powstała owoców. Niestety, butelka nie była podpisana.

 Swojej koleżance podarowałam książkę Julii Child "Moje życie we Francji", gdzie jest dużo o jedzeniu. Nie przypuszczałam, że sprawię jej tym tytułem aż tak wielką radość. Kupując, zastanawiałam się, czy nie wybrać powieści "Lunch w Paryżu" Elizabeth Bard, ale dokonałam chyba właściwego wyboru, zresztą obie te pozycje są wakacyjnymi, letnimi lekturami, a ona lubi takie książki.     

A jakie to lato jest, każdy widzi. Już ręka boli od noszenia parasolki.


niedziela, 24 lipca 2011

Wieczorem zaszokowała mnie niewinna informacja telewizyjna o tym, że 75 tysięcy (!!!) osób poszło dzisiaj obejrzeć budowę Stadionu Narodowego. Ludzie stali w ogromnej kolejce, chodzili po zabłoconym terenie, a przecież nikt ich do tego nie zmuszał. Kiedy usłyszałam tę wiadomość, poczułam się bardzo nieszczególnie (żeby nie powiedzieć staro). Uświadomiłam sobie, że mnie - mówiąc potocznie - nawet do głowy by nie przyszło, żeby tam iść. Szczęśliwie natychmiast również doszłam do wniosku, że nie poszłabym przecież na tę budowę także dwadzieścia lat temu i od razu samopoczucie się poprawiło. Jednakże przez cały czas nurtuje mnie pytanie, dlaczego tym ludziom się chciało. Nie wiem.

Ile tych popularnych imienin się nazbierało w tych dniach: Krystyny, Magdy, Krzysztofa, Anny, Grażyny, Jakuba... Pamiętajcie o Solenizantach!
sobota, 23 lipca 2011
Pisząc wczoraj o Milanówku, zapomniałam wspomnieć o ulubionych cukierkach mojego dzieciństwa, znanych wszystkim krówkach Pomorskiego, które są produkowane w Milanówku od 1921 roku. Próbowaliśmy je tam kupić, ale w zwykłych sklepach były nieosiągalne. Podobno można je dostać w sklepie, który znajduje się przy wytwórni, jednak tam już nie dotarliśmy i trzeba było zadowolić się krówką niemilanowską, twardą i niesmaczną, ale będąc w Milanówku, krówkę zjeść trzeba koniecznie, jaka by ona nie była.
            
A dzisiaj czytałam "Spowiedź Chinki". Autorką jest laureatka nagrody Nobla z 1938 roku, Pearl S. Buck. Lubię książki tej autorki. "Spowiedź.." jest powieścią o miłości i o przemianach obyczajowych, jakie dokonywały się w bardzo tradycyjnym społeczeństwie chińskim na początku XX wieku. Czyta się ją szybko i z przyjemnością.

    Część dzisiejszego dnia spędziłam z synem, razem odwiedziliśmy brata mojego męża. I znów mój stan ducha jest w tonacji molowej...

    Dobrej niedzieli życzę wszystkim!
piątek, 22 lipca 2011
                           "Truskawki w Milanówku,
                             Tamten ganeczek w dzikim winie,
                             Te interludia na pianinie,
                             To jeszcze mi się śni"
                                         /Wojciech Młynarski/

Długo nie pisałam, a te ciastka z musli chyba już tutaj zaczęły straszyć. Nie pisałam, zmagania z twardą codziennością pochłaniały większość mojej energii, a różne większe i mniejsze smutki też nie ominęły mojej osoby.
 

W ramach ugłaskiwania rzeczywistości moi przyjaciele zabrali mnie w poprzednią sobotę do Milanówka. Milanówek to niewielkie miasto pod Warszawą, ładne, bardzo zielone (ponad 200 pomników przyrody!), mówi się, że jest to miasto-ogród. Dużo tam starych, pięknych willi. W wielu z nich podczas powstania warszawskiego mieściły się ważne instutucje Polskiego Państwa Podziemnego, natomiast w miejscowym kościele w czasie wojny przechowywano urnę z sercem Chopina, którą przeniesiono tam z warszawskiego kościoła św. Krzyża.
  W Milanówku przed wojną produkowano słynne jedwabie, na miejscu hodowano jedwabniki. Teraz fabryka jest w stanie szczątkowym. Byliśmy tam w sklepie firmowym, moja Krysieńka kupiła sobie ładny szal, ale poza tym nic ciekawego nie rzuciło mi się w oczy.

Było słonecznie i przyjemnie, pooddychaliśmy świeżym powietrzem, a w trakcie spaceru po Milanówku w miłej restauracji zjedliśmy brunch. Tak, teraz ten posiłek nazywa się "brunch", takie połączenie śniadania (breakfast) z lunchem.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy inne pełne zieleni miejsce, zespół parkowo-pałacowy w Karolinie, tam znajduje się siedziba zespołu "Mazowsze".
Podczas wycieczki zrobiłam dużo zdjęć, ale niestety, nie mam możliwości technicznych, żeby je teraz tu umieścić. Mam nadzieję, że wkrótce mi się uda te zdjęcia wykorzystać.

czwartek, 07 lipca 2011
Dzisiaj upiekłam ciastka bez tłuszczu. Zainspirował mnie przepis, który przeczytałam gdzieś w internecie, ale nie zapamiętałam go dokładnie, więc trochę kombinowałam. Do musli, zwykłego, śniadaniowego, dodaje się maślankę, twaróg, jajka i miód. Ja miodu nie miałam, bo go nie jadam, więc dodałam 2 łyżki dżemu z jeżyn oraz cukru do smaku. Poza tym dosypałam trochę pokrojonych śliwek kalifornijskich, a także kandyzowanych  żurawin. Można oczywiście dodać orzechy. Jedną część ciasta dla urozmaicenia wymieszałam z kakao. Masę kładzie się łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Ciastka są smaczne, chociaż ja chyba za długo piekłam i wyszły nieco twarde, ale są bez tłuszczu, więc chyba można jeść bezkarnie.
poniedziałek, 04 lipca 2011
Deszcz...Deszcz... Deszcz... Przed południem spotkałam się z koleżanką, której zaniosłam maść na bolące plecy. Niemiecka maść, właściwie balsam, o bardzo intensywnym zapachu, w dużym słoiku, na którym wypisany jest szeroki wachlarz zastosowań, ma pomagać właściwie na wszystko i dlatego u nas jest lekiem przechodnim. Tę maść ja dostałam od przyjaciółki, kiedy bolała mnie ręka, przyjaciółka - jak mówiła - dostała ją od swojej kuzynki, którą bolał kręgosłup, ta kuzynka, cierpiąc z powodu korzonków, została obdarowana cudowną maścią przez matkę swojej synowej, a tamta otrzymała ją od swojej siostry z Niemiec. Po drodze ja jeszcze użyczyłam maści  hydraulikowi, który zmieniał u mnie armaturę i przy tej okazji uderzył się w rękę, a dzisiaj przekazałam ją swojej Krysieńce. Krysia ma kilka sióstr, każdą coś boli, więc maść na pewno nie będzie długo zajmować miejsca w lodówce.

A teraz zaczęłam czytać książkę "Cuba libre", notatki z Hawany młodej kubańskiej blogerki, która z pełną determinacją zapisuje trudną kubańską codzienność. Autorka nazywa się Yoani Sanchez.
niedziela, 03 lipca 2011
Słuchałam audycji o letnich wyjazdach. Podczas dyskusji padało pytanie, co jest warunkiem dobrego wypoczynku. Ja, kiedy się zastanowiłam, doszłam do wniosku, że do dobrego wypoczynku przede wszystkim potrzebuję podanych posiłków (żebym nie musiała sama o nie się martwić) oraz żebym w tym czasie mogła robić wyłącznie to, na co mam ochotę i oczywiście warunki lokalowe też mają duże znaczenie. Niestety, dawno minęła już epoka, kiedy do samochodu pakowaliśmy namiot oraz pół domu i jechaliśmy na pole namiotowe do lasu nad jeziorem Pomorze. Tam na maszynce gazowej gotowaliśmy zupę z zebranych obok namiotu grzybów (ile ich tam było! Mnóstwo!), smażyliśmy złowione (przez sąsiadów, nie przez nas) ryby, a w pobliskich wsiach kupowaliśmy sery. Od czasu do czasu jeździliśmy też do Sejn po delikatesy, to znaczy po jagodzianki, a przede wszystkim po ciasto, które tam ma swoje korzenie, czyli po sękacz.

Ciekawa jestem, czy teraz jeszcze ktokolwiek jeździ pod namiot, czy na przykład młode małżeństwa czasami wybierają tę formę wypoczynku i czy w ogóle są jeszcze pola namiotowe?
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast