Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
wtorek, 29 sierpnia 2006

 Dzień zaczynam od czytania.  W wielu pismach jeszcze pobrzmiewa piękne słoneczne lato, po którym już niedługo nie zostanie śladu. 

Czytam na przykład, że w Internecie można kupić piasek z plaż na Sardynii. Jeden woreczek kosztuje dwa euro. Można na tym piasku zrobić niezły interes i dlatego obrońcy środowiska martwią się juz o los tych  plaż. Przy okazji przypomniałam sobie, że mam gdzieś dwa pudełka piasku, którego nabrałam kiedyś na pustyni, na Zwrotniku Raka. Był to sierpień, strasznie gorąco, dookoła tylko piasek, a obok znajdowała się jakaś samotna, malutka "gospoda", której obrotny właściciel usiłował sprzedać turystom miejscowe potrawy. Pamiętam ich nazwy: biltong (marynowane i suszone mieso, pocięte na kawałki), fuul (zmielony bób z jajkami i oliwą), falafel (kotleciki z bobu czy z ciecierzycy). Stoją więc u mnie te pudełka z piaskiem i do głowy mi nie przyszło, że na piasku też można robić interes.

A jeśli już jestem przy kulinariach, to rzuciłam też okiem na jakiś stary artykuł o polskich potrawach regionalnych. Jedną z nich jest piróg biłgorajski (Iksińska, pieczesz?) Kasza gryczana, ugotowane ziemniaki, śmietana, cebula, smażony boczek - wszystko to się łączy i piecze jak pasztet. Nie wiem też, jak smakuje śląska potrawa ciulim lelowski. Pokrojone wieprzowe żeberka przyprawia się imbirem, solą, pieprzem i odstawia na kilka godzin, potem dodaje się do nich utarte ziemniaki z cebulą i piecze przez cała noc. Inną potrawą regionalną (Podkarpackie) są proziaki - pieczone na sodzie placki z mąki razowej i śmietany. W domach tatarskich na Podlasiu przyrządza się natomiast pierekaczewnik. Bardzo cienko rozwałkowane warstwy ciasta przekłada się masą mięsną (wołowina, jagnięcina) lub serem, czy masą jabłkową. Może to być bardzo smaczne. "Co kraj to obyczaj" - jak mawiała moja babcia.

I jeszcze jedna informacja z tego cyklu, grecka Metaxa została nagrodzona przez polską Radę Marek tytułem Cool Brand. Akurat Metaxa to jeden z nielicznych alkoholi, który lubię ze względu na łagodny smak, a poza tym zawsze kojrzy się ze słońcem i greckimi wyspami.

poniedziałek, 28 sierpnia 2006

W sobotę zabrałam męża ze sobą na bazarek. Nie bardzo daje się tam podjechać, straszny tłok, lepiej więc pójść na piechotę. Poszliśmy, kupiliśmy, pomidory, jabłka, gruszki, wiśnie, śliwki. Bardzo dużo tego, pełne reklamówki, wracamy objuczeni jak wielbłądy. W pewnym momencie, w połowie naszej drogi, stwierdziłam, że ostatni sprzedawca wydał mi chyba o 1 zł reszty za dużo.
- No, to wracamy - kategorycznie mówi mój mąż.
- Ojej, kiedy ja nawet nie jestem pewna, czy rzeczywiście dostałam tej reszty za dużo - jęknęłam, nie wyobrażając sobie drogi powrotnej z tymi ciężkimi reklamówkami.
- Nic nie szkodzi, lepiej zanieść te pieniądze, nawet jeśli nie ma takiej potrzeby i mieć spokojne sumienie, niż żyć w świadomości, że się czegoś zaniedbało - wygłosił oczywistą prawdę mój mąż.

I powlekliśmy się z powrotem z tymi naszymi pękającymi reklamówkami i mamy spokojne sumienie. A mnie wstyd się zrobiło, że nie chciało mi się  z tą złotówką wracać.

piątek, 25 sierpnia 2006
Próbuję oglądać światową prapremierę opery "Ca Ira" Rogera Watersa, byłego lidera grupy Pink Floyd. Jest to podobno opowieść o świecie, który nas otacza, ale wszystko to jakieś bardzo udziwnione. W przerwie zarówno Janusz Józefowicz (reżyser), jak i aktorzy usiłują powiedzieć, o jakie idee tam chodzi (niby o naprawianie świata, prawa człowieka). Podobno rzecz ma mieć coś wspólnego z Poznańskim Czerwcem, ale jak na razie słychać tylko o rewolucji francuskiej. Śmieszą mnie też teksty libretta, jakby  żywcem wyjęte z jakiejś prymitywnej propagandowej gazety. Może druga część będzie lepsza, ale mi się już nie chce tego dalej oglądać.
czwartek, 24 sierpnia 2006

Usiłowałam dzisiaj dokonać małej poprawki w poprzednim wyglądzie mojego bloga i skończyło się to kompletną ruiną. Próbowałam więc sklecić coś nowego, ale efekt jest bardzo marny. Szczególnie denerwuje mnie ten  szeroki margines, zwłaszcza po prawej stronie, ale nie umiem już tego zmienić. To dłubanie przy zmianie wyglądu bloga zajęło mi dużo czasu i w rezultacie dzień minął bardzo nieciekawie.

 Kiedy siedzę przy komputerze, zwykle mam włączony telewizor, żeby podwójnie wykorzystywać czas, ale dzisiaj telewizor nagle wydał jakiś nieprzewidziany dźwięk i zakończył swoje działanie. Szkoda, bo lubię mieć telewizor tylko dla siebie.
Poza tym na moim kupionym trzy tygodnie temu monitorze zauważyłam duże plamy, które najprawdopodobniej są wynikiem ostatniej katastrofy domowej, kiedy to runęły ze ściany półki z książkami i pociągnęły za sobą komputer. Są takie dni, kiedy nic pozytywnego nie można napisać. Chociaż może niezupełnie. Czytam właśnie, że młody Polak z Gdyni, Filip Wolski, został uznany za najlepszego informatyka na świecie i Rafał Blechacz, też chłopak uzdolniony, w tych dniach gra w Warszawie, a nowa Miss Polonia, Marzena Cieslik, dopóki nie były znane jej preferencje polityczne, była uznawana za ładną dziewczynę, a teraz, kiedy już się zdeklarowała, jest podobno brzydka. Dziwny jest ten świat rzeczywiście, nawet przedziwny.

wtorek, 22 sierpnia 2006

I jeszcze jedna widokówka. Jest to reprodukcja obrazu "Pola Soch", który namalowała Roztoczańska artystka i miłośniczka przyrody Aleksandra Wachniewska /1902-1989/. Głównym tematem jej obrazów były krajobrazy i drzewa Roztocza.

 

                               Fot. Wiesław Lipiec

Na Roztoczu można kupić piękne widokówki.
                                                               Fot. Wiesław Lipiec

                                     

poniedziałek, 21 sierpnia 2006

Nadal jestem na Roztoczu. Przed południem wyruszamy na Bukową Górę. Idziemy  pięknym leśnym duktem, to tzw. Droga Pałacowa. Po obu stronach piękny las Roztoczańskiego Parku Narodowego. Ogromne sosny, modrzewie, świerki, jodły, wiązy, graby, buki. W pewnym momencie wchodzimy do ścisłego rezerwatu. Jest ponuro, pachnie wilgocią i starym drewnem. Wraz z podmuchem wiatru słychać charakterystyczny jęk potężnych drzew, taki, że w pewnej chwili myślałam nawet, że jest to głos jakiegoś zwierzęcia. Dookoła mnóstwo powalonych drzew, od czasu do czasu trzeba przeskakiwać przez drzewa leżące w poprzek szlaku.

Góra Bukowa to wspaniały punkt widokowy na odległe lasy oraz wieś Sochy. Na jej zboczu ustawiona jest wiata i ławki dla turystów. Przez chwilę opalamy się tam, a potem tą samą drogą wracamy do naszego hotelu.

Po obiedzie jedziemy do Suśca. Przez kilkanaście kilometrów szosa biegnie przez głęboki las. Przejeżdzamy przez Józefów i Oseredek. Trochę się tu kręcimy, bo w tych wsiach, a także w takich miejscowościach jak Ciotusza Stara, Ciotusza Nowa, Nowiny, Majdan Sopocki znajduje się mnóstwo kamiennych figur, krzyży drewnianych i metalowych, obelisków, przydrożnych kapliczek, często z bardzo ciekawymi, starymi napisami. Wreszcie dostrzegamy tablicę z napisem: Susiec.  Susiec to bardzo rozległa wieś turystyczna, obok znajduje się Puszcza Solska i lasy środkowego Roztocza. Ale my kierujemy się w stronę miejscowości Rebizanty (4 km od Suśca). Zatrzymujemy się na skraju lasu w Rybnicy i idziemy brzegiem rzeki Tanew. Oglądamy słynne "Szumy". Szumy nad Tanwią to niewielkie, ale bardzo malownicze wodospady. Jest ich podobno 24, a największy ma wysokość około dwóch metrów. Bardzo tu ładnie. Obok rezerwaty "Czartowe Pole" i "Nad Tanwią", a wszędzie świeża, niezadeptana jeszcze, imponująca przyroda i życzliwi, serdeczni ludzie, którzy zwykle miło nas pozdrawiają i zawsze chętnie opowiadają o swojej wsi i o tym, co tam można zobaczyć.

Opuszczamy Szumy i udajemy się do Tomaszowa Lubelskiego, oczywiście znowu jedziemy przez las. Mijamy różne wsie - Wólka Łosiniecka, Łosiniec, Tarnawatka, Niemirówek - wszystkie są czyste i zadbane, wszędzie mnóstwo kwiatów. Przejeżdżamy przez Tomaszów i Krasnobród (nie zaszkodzi jeszcze raz spojrzeć) i kierujemy się na Zwierzyniec. Na kolację znów zamawiam placki ziemniaczane, co już nawet wzbudza wesołość kelnerki, ale ja mogę jeść je bez końca.
Późnym wieczorem idziemy jeszcze raz zobaczyć kościół "na wodzie", który wieczorem jest pięknie oświetlony ze wszystkich stron. Wraz ze swoim odbiciem w lustrze wody rzeczywiście wygląda imponujaco.

Następnego dnia z rana wyjeżdżamy do Warszawy. Przemiłej szefowej hotelu obiecujemy, że przyjedziemy tutaj na weekend majowy. Po drodze jeszcze zwiedzamy Zamość, bo ja nigdy przedtem tu nie byłam. Obok rynku kupujemy wielki bochen chleba z rodzimej piekarni i do widzenia Roztocze! Bardzo nam tam było dobrze!

niedziela, 20 sierpnia 2006

Następnego dnia, po śniadaniu, poszliśmy żółtym szlakiem, który prowadzi przez las na Górę Piaseczną. Tam znajduje się punkt widokowy, z którego oglądać można Zwierzyniec i wzgórza Roztocza Szczebrzeszyńskiego. Na górze jest wielka polana leśna, pełna słońca, otoczona czerwonymi jarzębinami. Z Góry Piasecznej poszliśmy dalej żółtym szlakiem do Pomnika Poległych Leśników, a stamtąd lasem do Centrum Edukacyjno-Muzealnego Roztoczańskiego Parku Narodowego. Tam obejrzeliśmy ciekawe eksponaty, kupiliśmy przewodniki i uliczkami pełnymi zieleni wróciliśmy do hotelu.

Po obiedzie (jak tam dobrze gotują!) postanowiliśmy pojechać do Krasnobrodu, kilkanaście kilometrów od Zwierzyńca. Oczywiście jedziemy pięknym lasem, a kiedy z niego wyjechaliśmy, wydawało mi się, że to już Krasnobród, bo nie zauważyłam tablicy z nazwą miejsowości, ale to były Hutki. "Może tu mieszka Iksińska" - mówię, wskazując dom, obok którego stał duży kombajn. Ale kombajn to nie najlepszy znak rozpoznawczy, bo kombajny stały też na innych podwórkach. Niestety, moje dociekania są bezowocne.

Zajechaliśmy więc do Krasnobrodu. Miasteczko jest położone na terenie Krasnobrodzkiego Parku Narodowego wśród pięknej nieskażonej przyrody. W Krasnobrodzie można dobrze odpocząć, na przykład nad zalewem na rzece Wieprz, ale jest też trochę ciekawych obiektów do zwiedzania.

Przede wszystkim znajduje się tutaj barokowy zespół klasztorny dominikanów i kościół pod wezwaniem Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny z XVII wieku ufundowany przez Marysieńkę Sobieską jako wotum wdzięczności za uzdrowienie. Krasnobród jest znanym ośrodkiem kultu Maryjnego, a do Sanktuarium  ściągają rzesze pielgrzymów z bardzo odległych stron.
Na głównym ołtarzu znajduje się cudowny obrazek Matki Boskiej Krasnobrodzkiej. Jest on niewielkich rozmiarów (9x14 cm) i dlatego został umieszczony na tle większej kopii.

Tego dnia nie obejrzałam dokładnie kościoła, ponieważ akurat była odprawiana msza, a ja nie byłam odpowiednio ubrana, żeby się kręcić po kosciele (miałam na sobie bluzkę na ramiączkach i krótkie spodenki).

Innym obiektem, do którego trzeba pójść w Krasnobrodzie, jest Kaplica na Wodzie. Prowadzi do niej Aleja Najświętszej Marii Panny. Po obu stronach Alei znajdują się mniejsze kaplice. Kaplica na Wodzie jest miejscem, w którym został uzdrowiony Jakub Ruszczyk, a znakiem tego jest źródełko uznawane za cudowne. Po wodę z tego źródełka przyjeżdżają ludzie, których samochody były rejestrowane w bardzo odległych miejscowościach.

W drodze powrotnej zwiedzamy XIX-wieczne chłopskie podwórko, to Zagroda Guciów, mały prywatny skansen. 
Wracamy do hotelu, na kolację znów zamawiam moje ulubione placki ziemniaczane. A jutro jedziemy do Suśca.

Podróż trwała dosyć długo, zwłaszcza od Lublina ciągnęła się w nieskończoność, bo w każdej miejscowości był radar i ograniczenie prędkości do 50 km/h. Mąż się wściekał z tego powodu, a ja byłam nawet zadowolona, bo mogłam przy okazji porozglądać się po mijanych okolicach.
W Szczebrzeszynie szukałam trzciny i chrząszcza, ale dostrzegłam tylko księgarnię o nazwie "Chrząszcz". Minąwszy Szczebrzeszyn, byliśmy już w domu, czyli w Zwierzyńcu, mieście założonym w XVI wieku przez hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego, który utworzył tutaj zwierzyniec. Miasto malowniczo położone w dolinie Wieprza, wśród pięknych lasów, otoczone Roztoczańskim Parkiem Narodowym, ma bogatą historię. Bywało tutaj wielu sławnych ludzi, przyjeżdżali królowie, pisarze, malarze, poeci.

Po ulokowaniu się w hotelu i zjedzeniu obiadu na tarasie hotelowej restauracji poszliśmy zwiedzać Zwierzyniec. Obejrzeliśmy ciekawy kościół "na wodzie", ufundowany przez następców hetmana Zamoyskiego. Kościółek jest rzeczywiście wspaniale położony wśród drzew na wysepce,   wchodzi się do niego przez mostek, a dookoła pływają łabędzie. Wewnątrz freski Łukasza Smuglewicza. Kiedy tam byliśmy, akurat odbywał się ślub. Panna młoda i druhny w białych napuszonych tiulach i koronkach też wygladały jak łabędzie i bardzo do tego miejsca pasowały.

Potem poszliśmy pięknym lasem ubarwionym czerwonymi jarzębinami zobaczyć słynne "stawy Echo". Jest to zespół stawów założonych w okresie międzywojennym w miejscu rozległych mokradeł. Stawy są ładnie położone u stóp wydmy i stanowią atrakcyjne miejsce wypoczynku. Na przeciwnym brzegu pasły się akurat koniki polskie, które już tu się chyba zupełnie do ludzi przyzwyczaiły.

Pochodziliśmy jeszcze trochę po uliczkach Zwierzyńca, pozaglądaliśmy w różne miejsca  i wróciliśmy do hotelu na kolację. Ja zamówiłam sobie placki ziemniaczane i okazało się, ze trafiłam w dziesiątkę. Były to placki-marzenie, cud-placki, pyszne, chrupiące, lepszych chyba dotąd nie jadłam. Kto ma ochotę zjeść dobre placki, niech jedzie do Zwierzyńca!

 
1 , 2 , 3
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast