Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
sobota, 30 sierpnia 2008

Dzisiaj po południu pojechałam z mężem na Krakowskie Przedmieście. Krakowskie po remoncie jest bardzo piękną, elegancką ulicą. Ogromnie mi się teraz podoba, chociaż na moich zdjęciach może tej urody nie widać.

Zapraszam na wspólny spacer. Właśnie jesteśmy przed pałacem Czapskich, w którym mieści się Akademia Sztuk Pięknych.  

W oddali widoczne wieże kościoła Św. Krzyża, tego, w którym znajduje się serce Chopina, a w głębi pałac Staszica, siedziba Polskiej Akademii Nauk.

A za naszymi plecami brama Uniwersytetu Warszawskiego.

Nieco dalej, po przeciwnej stronie ulicy, pałac Potockich, w którym mieści się Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Patrzymy w głąb Krakowskiego Przedmieścia, wszędzie dużo zieleni i mnóstwo kwiatów.

Przed pałacem prezydenckim zawsze jest mnóstwo ludzi.

Dochodzimy do placu Zamkowego, na którym stoją dwie ryksze, stykając się "nosami". Chyba nigdy nie wsiadłabym do rykszy, czułabym się zażenowana, mając świadomość, że cherlawy student oblewa sie potem, żebym ja się  mogła przejechać.

Obok pięknego kościoła Św. Anny takim zaułkiem schodzimy po schodkach w dół w stronę Mariensztatu.

Przedwojenny Mariensztat został prawie całkowicie zniszczony podczas powstania warszawskiego. Obecne osiedle Mariensztat to 23 kamieniczki zbudowane tuż po wojnie z gruzów zburzonej Warszawy. W żadnym stopniu nie przypominają one przedwojennej zabudowy. Jednak Mariensztat ma swój urok, jest przestronny i dużo tu zieleni, a poszczególne bloki mają swoje dekoracje. W latach pięćdziesiątych powstał film "Przygoda na Mariensztacie" z Lidią Korsakówną w roli głownej, a Irena Santor zaśpiewała w nim piosenkę "Jak przygoda, to tylko w Warszawie".*

Mariensztatem dochodzimy do wiodącej w dół, w stronę Wisły, brukowanej ulicy Bednarskiej. Przed wojną Bednarska byla bardzo żywą ulicą, znajdowały się przy niej ładne kamienice, a w nich liczne lokale i restauracje, a także łaźnie. Dzisiaj jest tu spokojnie, dużo tu małych restauracji i pierogarni o szczególnym klimacie i uroku. My idziemy Bednarską w górę, w stronę Krakowskiego Przedmieścia, po drodze zatrzymujemy się w kawiarni "Pożegnanie z Afryką", żeby tam na koniec spaceru wypić dobra kawę.

* Dołączam słowa piosenki z filmu "Przygoda na Mariensztacie":

W tym mieście codziennie od rana
Przeżywasz to sam co krok
Zdumienie, ulica nieznana,
Olśnienie - nieznany ci blok.
Dziś rano twe dłonie dziewczęce
Mieszały i wapno i piach,
Wieczorem olśnienie, w kwiecistej sukience
Ładna jesteś jak, ładna jesteś jak.... kwiat.
Jak przygoda, to tylko w Warszawie, w Warszawie;
Jak Warszawa, to w maju, gdy kwitną bzy;
A jak tańczyć, to tylko walczyka w Warszawie;
A jak walczyk, to z panną taką jak ty.
Królu Zygmuncie, powiedz nam, czyś
Widział Warszawę tak piękną jak dziś?
Jak przygoda, to tylko w Warszawie, w Warszawie;
Jak Warszawa, to z panną taką jak ty;
Jak Warszawa, to w maju, gdy kwitną bzy;
A jak tańczyć, to tylko walczyka w Warszawie;
A jak walczyk, to z panną taką jak ty.
                  /słowa: Ludwik Starski, muz. Tadeusz Sygietyński/

piątek, 29 sierpnia 2008

I już po wakacjach. Ja właściwie lubię ten powrót do normalności, bo życie powraca na dawne tory, ale chciałabym, żeby jeszcze długo było ciepło. Jednak mój mąż narzeka bardzo, bo okropnie nie chce mu się wracać do pracy, kończy mu się urlop i  - jak mówi - zaczyna się harówka.

W połowie września odbędzie się wesele dalekiej kuzynki, na które jesteśmy zaproszeni. Ostatnio trochę sypnęło się nam wesel i wiem jedno, że bardzo tych imprez nie lubię, tym bardziej jeśli tak jak to wrześniowe odbywają się w innym mieście. I oczywiście podstawowy problem: co na siebie włożę. Na ładną pogodę ubranie mam, ale co zrobię, kiedy na dworze będzie deszcz i zimnica? A to we wrześniu możliwe. Muszę coś wymyślić.

Na razie myślę o tym, co mi powiedział mój syn, to znaczy, że w niedzielę wystartuje w biegu na 10 kilometrów (odbędzie się taki w Warszawie). Bardzo jestem ciekawa, czy uda mu się dobiec do mety. Radziłam, żeby przed biegiem jadł gorzką, 90-procentową czekoladę, bo jest dobrym źródłem magnezu, ale on o tym nie chce słyszeć, ponieważ boi się utyć.

Nieustająco czytam książki o górach i rozmyślam, czy będzie możliwe jeszcze raz w tym roku pojechać w Tatry. Dziś wróciłam do książki, którą już kiedyś czytałam - "Legendowe postacie zakopiańskie" Ferdynanda Hoesicka. Te "legendowe" postacie to przede wszystkim uwiecznieni na wspólnym zakopiańskim pomniku "król Tatr" doktor Tytus Chałubiński, pionier taternictwa oraz miłośnik gór i górali, i Sabała /Józef Krzeptowski/, góralski muzykant i gawędziarz, a także Klimek Bachleda, niezwykły przewodnik tatrzański, piękna postać i - jak pisze autor - "zacny i porządny człowiek". Występują także w tej książce inne osoby zwiazane z Zakopanem, jak ksiądz Józef Stolarczyk, zakopiański proboszcz, który ucywilizował Podhale, Witkacy, Tetmajer, Karłowicz i inni.  Ciekawa książka. Ach, "po prostu kocham góry!"

      Portret Sabały malowany przez Stanisława Witkiewicza.

czwartek, 28 sierpnia 2008

Moja przyjaciołka z Arizony przysłała mi namiary na ładne zdjęcia, które można obejrzeć przy dźwiękach piosenki country. Wielki Kanion o zchodzie słońca, kaktusy saguaro, Jezioro Apacza, zamek Mantezuma, wodospady, ruiny puebla, monumentalne skały z Sedony. Widoki jak z westernu:  http://mybeautifulamerica.com/arizona.htm 

     

  

niedziela, 24 sierpnia 2008

W sobotę, nie zważając na lekko deszczową pogodę, postanowiliśy pojechać na Mazury.

"Gdzie szosy biała nić..."  Inni - widać przestraszyli się nieciekawej prognozy pogody.

Charakterystyczny dom przy szosie do Gdańska

Jesień już widać.

Deszczowy pejzaż

Żniwa

A tutaj jeszcze zielono.

    

Zielony tunel. Bardzo mi się ta droga podoba. Zawsze, kiedy jesteśmy w tamtych stronach, tędy jedziemy, mimo że dalej szosa jest bardzo wąska.

Więcej zdjęć z tej podróży nie mam, ponieważ baterie w aparacie się wyczerpały.

piątek, 22 sierpnia 2008

Usłyszane w supermarkecie:

Para - on szczupły, ona mocno tęga - kieruje się w stronę kas. Nagle pani ostro hamuje i mówi: "Poczekaj, muszę jeszcze kupić album do zdjęć". Na to małżonek donośnym głosem: "Zostaw, chodź! Twoje zdjęcie nie zmieści się w albumie!"
Potwór! - pomyślałam sobie.

poniedziałek, 18 sierpnia 2008

 Towarzyszyłam dzisiaj mężowi przy kupnie spodni. Długo przymierzał i wszystkie okazywały się za szerokie.
W końcu ekspedientka doradza: "Nie ma wyjścia, musi pan przytyć, bo teraz to ma pan figurę dwudziestolatka". Usłyszawszy to, mąż wyszedł ze sklepu uskrzydlony, mimo że żadnych spodni nie kupił, a ja się zastanawiam, czy to dobrze, czy źle mieć w tym wieku figurę dwudziestolatka. Wygląda na to, że źle. Niestety.

Wczoraj byliśmy na obiedzie u mojej rodziny, młodego małżeństwa, Uli i Piotrka. W obiedzie uczestniczyła także Zosia, która na tę stronę świata ma przyjść za 3 tygodnie. Dzieci było więcej, była jeszcze Ania, piękna i słodka dziewczynka, a także jej brat, malutki Piotruś ze swoimi rodzicami oraz ich babcia. Oczywiście, jak w każdym dobrym domu w niedzielę podstawą obiadu był rosół z makaronem. Bardzo lubię takie spotkania, bo jest rodzinnie, ciepło i serdecznie, chociaż sama mam już coraz mniej sił do przygotowywania takich wspólnych spotkań.

Po południu dzisiaj poszłam do biblioteki. Pożyczyłam parę ksiażek Iwaszkiewicza, żeby je sobie przypomnieć, bo kiedyś bardzo lubiłam Iwaszkiewicza czytać. Wracając, wstąpiłam do nowo otwartego sklepu "Produkty Benedyktyńskie" i kupiłam sobie kilka delikatesów (wytwarzanych tradycyjnymi metodami według klasztornych receptur) na próbę.
W domu mąż, spojrzawszy na paragon, wyraził mały sceptycyzm w stosunku do moich zakupów, ale zaraz go przekonałam, serwując klasztorny pasztet.

W tej chwili w telewizji mówią, że w Polsce powinien być obowiązek budowania schronów przy domach w związku ze zmianą klimatu i coraz częściej występującymi kataklizmami. Od razu pomyślałam o swojej klaustrofobii. Nigdy bym do takiego schronu nie weszła. Straszne!

I to już koniec mojej relacji z kończącego się dnia.

piątek, 15 sierpnia 2008

Dzień świąteczny, pachnący ziołami, kwiatami i pełen refleksji historycznych. Po południu mąż wybrał się na plac na Rozdrożu obejrzeć defiladę, ale spóźnił się, ponieważ najpierw zatrzymałam go, żeby zjadł zupę, a potem okazało się, że ma nieaktualną kartę do metra, więc wrócił po bilety. Spóźnił się i zobaczył już tylko przejazd czołgów i  innych wozów bojowych. Ja oglądałam wszystko w telewizji.

Wieczorem straszna burza, na Śląsku trąba powietrzna zniszczyła wiele domów i przewracała wielkie samochody (to zresztą wszyscy wiedzą). Nie przypominam sobie, żeby kiedyś występowały anomalie pogodowe o takim natężeniu. Teraz też dobiega mnie odgłos grzmotów, podobno na Wisłostradzie leżą połamane drzewa.

Oglądałam też rzut kulą naszego złotego medalisty olimpijskiego. Ładnie się chłopak cieszył ze zwycięstwa (jeśli można mówić "chłopak" o mężczyźnie, który ma 2 metry i 4 cm wzrostu i waży chyba około 150 kg). Dobrze, że mu się udało.

I tak minął świąteczny dzień.

Pierwsze buciki mojego syna. Na zdjęciu wyglądają na dosyć duże, ale są niewiele większe od leżącego obok telefonu komórkowego. Zostawiłam je kiedyś w piwnicy na pamiątkę, a kilka dni temu, szukając tam czegoś, natknęłam się na nie. I wzruszyłam się.

W tych zielonych stawiał pierwsze kroki i w nich zaczął poznawać świat. W małych adidaskach chodził z mężem do parku, gdzie na placu zabaw prowadził z kolegami intensywne życie towarzyskie (i te upodobania towarzyskie - wprawdzie już niezwiązane z chodzeniem do parku - zostały mu do dzisiaj). Aż się wierzyć nie chce, że teraz nosi buty nr 45!

wtorek, 12 sierpnia 2008

Pławię się w słońcu, wdycham świeże sosnowo-świerkowo-brzozowe powietrze i sycę się ciszą taką, że aż w uszach dzwoni - na swojej działce. Jest mi tu bardzo dobrze. Mąż nie ma tyle entuzjazmu co ja, wolałby, żeby działka znajdowała się w Hiszpanii czy we Włoszech, ale widząc, że nie ma szans na zmianę moich upodobań, także robi dobrą minę do mojej gry.

Ten mój sielski nastrój zakłóciła wiadomość o poważnej chorobie jednego z naszych przyjaciół. Bardzo się tym niepokoję. Ostatnio w ich rodzinie było dużo zmartwień. A teraz jeszcze to.

Jutro muszę pójść do dentystki. W telewizji zapowiedziano deszcz, więc nie będzie mi przykro, że muszę przerwać wakacjowanie, chociaż z tym deszczem to nic nie wiadomo, bo właściwie prognozy są różne, w zależności od tego, którą stację się włączy.

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast