Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 29 września 2005

Przekładając papiery na półkach, znalazłam to stare czasopismo. Przetrwało 128 lat!

środa, 28 września 2005

Kiedyś, kiedy jeszcze byłam w wieku "namiotowym" często jeździliśmy do Gib. Giby, to niewielka miejscowość na wschodzie Polski, koło Sejn. Rozbijaliśmy tam namiot w lesie nad jeziorem, pływaliśmy łódką, zbieraliśmy jagody i grzyby, a w chłodniejsze dni zwiedzaliśmy okolicę i przy okazji próbowaliśmy lokalnych smakołyków.

W kawiarni w Sejnach kupowaliśmy wielkie kawały sękacza, którego ojczyzną są właśnie Sejny i pobliski Puńsk. W restauracji w Gibach zamawialiśmy bliny z mąki gryczanej, które mi wtedy bardzo smakowały, mimo że nie lubię kaszy gryczanej. Na wsi częstowano nas kaszanką swojej roboty, gorącą jeszcze pasztetówką, a także kindziukiem. Teraz kindziuk stał się rarytasem w całej Polsce, kiedyś, tylko tam, na kresach, w wiejskich gospodarstwach był produkowany zaraz po świniobiciu.

 Na targu w Białymstoku kupowalismy taki dziwny biały ser, niby szwajcarski, który teraz też jest już popularny i znany jako ser koryciński. Zachwycaliśmy się ogórkami kiszonymi w beczkach. Te beczki przez długi czas zanurzone były w rzece Narwi, tak się najlepiej przechowują i po wyjęciu ogórki obłędnie smakują. Teraz podobno w sklepach sprzedawane są jako ogórki Herbowe z Kruszewa, ale nie wiem, czy są tak samo smaczne jak te z beczki, bo nie pamiętam, czy jadłam Herbowe.

A kiszka ziemniaczana, babka ziemniaczana? Przepadam za tym. Teraz też można babkę kupić w sklepach w Warszawie, ale takiej jak pieką gospodynie na Białostocczyźnie już chyba nigdzie nie zjem, mimo że sama od czasu do czasu też ją robię.

Jest jeszcze wiele innych smakołyków przypisanych do Białostocczyzny. Można tam kupić na przykład pasturmę , odpowiednio przyprawioną ziołami i solą polędwicę, czy kumpiak - soloną i suszoną szynkę, pachnącą ziołami, lepszą od szynki parmeńskiej.

I ludzie są tam szczególni, serdeczni i gościnni. Swoim zaciągającym, śpiewnym, szczerym językiem od razu  zapraszają "w gościnę", bo tam  nie wypuszcza się nikogo bez poczęstunku, niejednokrotnie zaopatrując jeszcze gościa na drogę w butelkę bimbru, który na kresach jest też podobno najlepszy.

Oj, szkoda, że moje "namiotowe" czasy już minęły. 

wtorek, 27 września 2005

Oboje z mężem mamy dużo różnych hobby. Jednym z nich jest chodzenie. Lubimy chodzić. Staramy się każdego dnia wygospodarować trochę czasu na przejście szybkim krokiem kilku kilometrów. Tylko jest tak, że ja nie lubię iść, nie mając celu.Wymyślam więc różne miejsca odległe o około 3 km, do których mamy zajść i wrócić. W dni powszednie na ogół są to jakieś sklepy albo urzędy, w których mam coś do załatwienia. Gorzej jest w niedzielę, kiedy wszystko jest zamknięte. Wtedy na ogół idziemy bez celu.

Ostatnio polityka trochę mi stoi na przeszkodzie w tym chodzeniu. Na spacer możemy wyjść dopiero około siedemnastej, a wtedy już się zaczynają programy związane z wyborami. Zwiększamy więc tempo marszu i szybko wracamy do domu, żeby się postresować i powściekać przed telewizorem.

Dzisiaj trochę filozoficznie. Przepisuję myśl z książki, którą właśnie czytam. I już biegnę, bo i tak jestem spóźniona.

"Czy można spokojnie mówić Bogu : Ojcze nasz,
jeśli omijamy drugiego człowieka?
Człowieka, który bywa czasami zawalidrogą,
konkurentem,
kłodą rzuconą w poprzek drogi.
Człowieka, który nieraz jest kłopotem(...).
Czy nie mówimy sobie:
nie pozwolę,
aby wszedł w moje życie zbyt absorbująco,
zbyt głęboko.
Mogę dać monetę,
dobre słowo,
nawet chwilę uwagi,
ale...
Byle nie był za blisko.
Byle nie wynikały z tego żadne zobowiązania
.
Założyliśmy tłumik na serce."

             /ks. Wiesław Al. Niewęgłowski: "Ojcze nasz..."

poniedziałek, 26 września 2005

Dzisiaj przed południem udało mi się odciągnąć męża od pracy i korzystając z pięknej pogody, pojechaliśmy na wieś pooddychać przez chwilę prawdziwym powietrzem, a także posłuchać, co w wiejskiej trawie piszczy.

W lesie zaczyna już być złotojesiennie i cudownie kolorowo, chociaż te kolory są jakby lekko przyćmione, bo chyba jest za sucho. Odbyliśmy kilkukilometrowy spacer, powystawialiśmy się do słońca i wieczorem wróciliśmy do domu. Zdążyliśmy jeszcze obejrzeć debatę kandydatów na prezydenta w Polsacie. Jutro też podobno ma być piękny dzień. 

"Głuchy mąż i ślepa żona zawsze tworzą szczęśliwą parę".
                                      /przysłowie skandynawskie/

niedziela, 25 września 2005

Mimo że mieszkam w dosyć dużej odległości od Torów Wyścigów Konnych na Służewcu, wczoraj zza okna dochodziły mnie w moim mieszkaniu emocje uczestników koncertu Stinga. Podobno było tam sto pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Czasami żałuję, że kiedy ja byłam w wieku "koncertowym", takich imprez nie było. A teraz już mi na koncerty nie wypada chodzić, bom zanadto wyrośnięta.

piątek, 23 września 2005

Chciałam kupić owoce. Przede mną dwie osoby. Pierwsza  kobieta bacznie przygląda się dorodnym malinom. Patrzy, patrzy, a potem mówi: "Jak tak patrzę na te maliny, to myslę sobie, że może już w tej naszej Polsce wreszcie będzie lepiej". I tyle. Nic więcej nie powiedziała, kupiła jabłka (nie maliny) i odeszła.

Jestem przyzwyczajona do galerii sztuki. Przyzwyczaiłam się też już do tych wielkich sklepów, na które się kiedyś mówiło domy towarowe, a dzisiaj: Galeria Mokotów, Galeria Blue City, Galeria Ursynów itp.
Dziwią mnie jednak sklepiki, na których widnieje szyld: "galeria obuwia" albo, tak jak na Nowym Świecie, "galeria wypieków". Kiedyś powiedziałoby się po prostu: sklep spożywczy albo piekarnia.

No, ale ja jestem zacofana, a mówiąc językiem najnowszym, nie jestem jezzy. Dowiedziałam się właśnie, że teraz zamiast - jak ostatnio - mówić, że coś jest trendi albo cool, mówi się, ze jest JEZZY. No więc ja niestety nie jestem jezzy.

Wczoraj byłam bardzo zajęta. Rano sprawy urzędowe, a potem pojechałam na pogrzeb ojca mojej przyjaciółki. Pojechałam na Powązki w ostatniej chwili, chciałam sobie skrócic drogę, pomyliłam bramy, biegałam po tym ogromnym cmentarzu jak na maratonie, w końcu dobiegłam spóźniona, padąjąc ze zmęczenia. Uroczystosć  trwała prawie trzy godziny, bo była z ceremoniałem wojskowym, salwami, śpiewem i licznymi przemówieniami, jako że pan był osobą zasłużoną.

Po powrocie do domu wpadłam w wir prac domowych. O dziewiątej wieczorem postanowiłam umyć okna. Mąż się opierał: "kto myje okna o tej porze?" Umyliśmy, dzisiaj je skontroluję przy świecącym słońcu. Nie mogę nadążyć ze sprzątaniem mieszkania, zresztą ja sama należę do osób, które robią dużo bałaganu, ale jednocześnie nie mogę odpoczywać ani pracować, jesli wiem, że w domu nie ma porządku. Syn żartuje, że jedynym rozwiązaniem tej sytuacji jest zaprzyjaźnienie się z agencją "Swietłana" albo "Natasza". I chyba ma rację.

 
1 , 2 , 3 , 4
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast