Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 30 września 2010

Jakoś nie ma chętnych na zwiedzanie miasta tym środkiem lokomocji.



W październiku odwiedzą mnie goście ze Stanów, właściwie niezupełnie ze Stanów, gdyż ze względu na pracę mieszkają w różnych miejscach świata, teraz w Singapurze. Kiedyś wspominałam, że mój mąż odnalazł przez internet krewnych mojej teściowej, których przodkowie wyjechali z Polski do Ameryki na początku XX wieku. Ich prawnukowie od dawna tutaj się wybierali, ale dopiero teraz ten swój zamiar chcą zrealizować. Będę więc miała przymusowe zwiedzanie Warszawy (chociaż na pewno nie dorożką).
Wiele razy mieliśmy gości zagranicznych, ale zwykle po mieście oprowadzał ich mąż, toteż nie ukrywam, że teraz trochę niepokoi mnie perspektywa obowiązków związanych z ich przyjazdem. Cała moja nadzieja w synu, mam nadzieję, że mnie wesprze.

 
Dzisiaj wkroczyłam w następną porę roku, to znaczy zrobiłam porządek z letnimi ubraniami i poukładałam je na najwyższych półkach w szafie. Jest to moje ostateczne pożegnanie z tegorocznym latem. Kiedyś byłaby to dla mnie przykra chwila, bo bardzo lato lubię, ale teraz nie ma to już znaczenia.
poniedziałek, 27 września 2010
Ostatnie dni spędziłam w duchu sportowym. W sobotę poszłyśmy z przyjaciółką na bardzo długi spacer do Lasu Kabackiego z kijkami nordic walking. Po powrocie do domu obie stwierdziłyśmy, że szalenie nam odpowiada chodzenie z kijkami i już umówiłyśmy się na następną wędrówkę.
W niedzielę natomiast w Warszawie odbywał się maraton, w którym oczywiście mój syn brał udział. Ponieważ pogoda była piękna, postanowiłam pojechać na Plac Zamkowy na metę maratonu, żeby zobaczyć, jak wygląda zakończenie takiego wyścigu i w jakim stanie są zawodnicy po przebiegnięciu ponad 42 kilometrów. Było tam bardzo dużo ludzi, a każdy zawodnik był witany na mecie tak, jakby to on był zwycięzcą maratonu, niezależnie od czasu, jaki osiągnął.





Potem, skracając sobie drogę, poszłam przez cudowny o tej porze roku Ogród Saski. Tam już widać jesień.

"W Saskim ogrodzie koło fontanny
Jakiś się frajer przysiadł do panny
Była niewinna jak wonna lilia
Na imię miała panna Cecylia..."


Przed kilkoma tygodniami odwiedziła mnie jedna z moich dawnych koleżanek. Jak to zwykle bywa, rozmawiałyśmy o dzieciach. Ona ma trzydziestoletnią córkę, która dotąd nie wyszła za mąż i to ostatnio spędza sen z powiek mojej koleżanki. Jak mówi, najbardziej brakuje jej wnuków i z zazdrością patrzy na ulicy na wszystkie babcie spacerujące z małymi dziećmi, też tak by chciała.
- Popatrz - mówi - Monika skończyła dwa fakultety, jest niebrzydka, zgrabna, wesoła. Czego jej brakuje?  Dlaczego nie może poznać nikogo odpowiedniego?
      Ta nasza rozmowa przypomniała mi się niedawno, kiedy zaczęłam czytać wydaną przez krakowskie Wydawnictwo Otwarte książkę Ewy Stec pt. "Klub matek swatek". Rzadko czytam tego typu powieści, ale akurat tę przeczytałam z przyjemnością. Pełna humoru, pogodna lektura na jesienne wieczory, kiedy w mieszkaniu cicho i ciepło, a o szyby dzwoni deszcz.

      Grupa zaprzyjaźnionych matek w trosce o szczęście swoich dzieci organizuje tajemniczy Klub Matek Swatek. W dyskretny sposób starają się one wynaleźć dla nich odpowiednich mężów i odpowiednie żony. Do klubu przychodzi także Beata, matka głównej bohaterki, Anki Romantowskiej. Na marginesie powiem, że nie podoba mi się taki dobór imienia i nazwiska, który może budzić skojarzenia ze znaną aktorką.
Anka jest nauczycielką, ma trzydzieści lat, właśnie usamodzielniła się, kupiła sobie mieszkanie i jej matka, oczywiście marząca o wnuku, usiłuje znaleźć dla niej kandydata na męża. Nie wie jednak, że w życiu córki właśnie pojawiło się już nawet dwóch mężczyzn, malarz i policjant, a wraz z nimi nowe perypetie. Zaczyna rozwijać się wątek kryminalny, który trzyma w napięciu i podnosi walory tej książki. Sumując, dowcipne, przyjemne  czytadło.

A swoją drogą, może i przydałyby się nam takie kluby matek swatek. Któż bowiem wie lepiej, co jest dobre dla dziecka niż jego matka:))
poniedziałek, 20 września 2010
Dzisiaj na Placu Zamkowym zobaczyłam tłum golasów, które wzbudzały duże zainteresowanie przechodniów. Okazuje się, że jest to wystawa "Naga prawda o ubezpieczeniach" zorganizowana przez jedno z towarzystw ubezpieczeniowych i promująca ubezpieczenia. Wśród dwustu manekinów co piaty jest pomalowany na pomarańczowo, co ma podobno oznaczać, że co piaty Polak jest ubezpieczony na życie. Wkrótce wszystkie manekiny mają być pomalowane przez znanych artystów, a potem będą zlicytowane na aukcji, z której dochód ma być przeznaczony na pomoc chorym na nowotwory.








sobota, 18 września 2010
Okropna sobota spędzona w samotności. Bardzo nie lubię sobót.
Poza tym chyba dopadła mnie jakaś infekcja. Źle się czuję.

Ponarzekałam, a teraz mam pytanie do blogowych ogrodniczek. Na mojej działce w kilku miejscach rosną takie małe roślinki, może ktoś wie, jak się one nazywają? Może to jakieś zioła, bo listki ładnie pachną.  Przy okazji zobaczycie, jak bardzo zachwaszczona jest ta moja działka.


wtorek, 14 września 2010
Mój brat zajmuje się genealogią naszej rodziny. Przebadał wiele pokoleń. Wie wszystko o naszych przodkach, a w swojej wiedzy sięga - jak ja twierdzę - Adama i Ewy. Ale to jest wstęp. Chciałam bowiem pokazać zdjęcie krzyża, który znajduje się na cmentarzu, na nieznanym dotąd bratu grobie pradziadka naszego ojca, czyli mojego prapradziadka. Krzyż pochodzi z XIX wieku. Prawda, że jest piękny?






W XIX wieku w Polsce nastąpił rozwój kowalstwa artystycznego. Zniesienie pańszczyzny na wsi przyczyniło się do powstania wielu zamożnych gospodarstw, a wyznacznikiem bogactwa było wówczas miedzy innymi drogie żelazo. Bogaci ziemianie zaczęli zdobić swoje sprzęty elementami żelaznymi. Powstają ozdobne okucia wozów, sań, kufrów, bogato dekorowane klucze, zawiasy do drzwi, a nawet dusze do żelazek i świeczniki. Kowale miejscy, często już wyedukowani w zawodzie, zwykle realizowali także te "wznioślejsze" zamówienia. Byli twórcami pięknych kapliczek przydrożnych i krzyży nagrobnych, między innymi takich jak ten na powyższym zdjęciu.
poniedziałek, 13 września 2010

Dzisiaj byłam na swojej działce. Słońce świeciło, winogrona pięknie dojrzewają.









Róże kwitną.




Zakwitły również takie różowe kwiaty, ale nie wiem, jak się one nazywają.


I takie żabki skaczą po ścianach.



sobota, 11 września 2010
Kocurkowata zaprosiła mnie do wzięcia udziału w blogowej zabawie, quizie, nie wiem, jak to nazwać. W każdym razie chodzi o odpowiedź na pytanie: "Co lubisz?" Należy wskazać dziesięć ulubionych rzeczy, czynności albo osób. Przyjmuję wyzwanie, chociaż łatwiej byłoby mi chyba napisać, czego nie lubię, bo lubię wiele rzeczy.

1. Winogrona! Bardzo lubię winogrona! Teraz w sezonie zjadam ich ogromne ilości. Parę lat temu posadziliśmy z mężem na działce kilka gatunków winorośli i bardzo się nimi cieszę. W tym roku na wiosnę było szczególnie dużo owoców. Muszę tam któregoś dnia pojechać, może już dojrzały.

2. Lubię chodzić, chodzę często i daleko. Jeszcze niedawno chodziłam na przykład ze swojego domu na Ursynowie na Nowy Świat, to znaczy do centrum miasta, około 10 km. Teraz unikam tej trasy, ponieważ za dużo tam spalin i raczej spaceruję po drogach bardziej zielonych, mniej więcej sześć kilometrów dziennie. Nigdy nie chodzę bez celu, takich spacerów nie lubię. Zawsze wyznaczam sobie miejsca, gdzie powinnam coś załatwić czy kupić. Chodzenie relaksuje i daje możliwość przemyślenia wielu spraw w spokoju, to znaczy bez żadnych pokus, żeby zająć się czymś pożyteczniejszym.


3. O tym już wiele razy pisałam. Kocham książki! Wyniosłam to z rodzinnego domu; mój ojciec, moja babcia, a w młodszych latach i moja mama, wszyscy bardzo lubili czytać. I ja czytałam od zawsze.

4. Radio. O tym też już kilkakrotnie wspominałam. Lubię słuchać. W dzieciństwie najchętniej słuchałam powieści czytanych w odcinkach o piętnastej trzydzieści, a potem, ponieważ zawsze byłam ciekawa świata, zaczęłam słuchać publicystyki: dzienników, reportaży, felietonów. Teraz, kiedy robię coś w kuchni, włączam sobie Jedynkę. Słucham, ale to już nie jest radio, które tak lubiłam. Dziennikarze mówią niechlujnie, przekrzykują się z rozmówcami, coraz mniej mi się to podoba.

5. Komputer. Lubię. Bardzo!

6. Lato gorące lubię. Kiedy mija, zaczynam odliczać dni do następnego.

7. Moją wielką miłością są góry. Góry, ale nie żadne Bieszczady,
czy im podobne, które zresztą też mi się podobają, tylko góry "prawdziwe", skaliste. Podczas ostatnich lat zwykle jeździliśmy w Tatry dwa razy w roku. Mam tam swoje ulubione szlaki, ulubione widoki, ulubione miejsca. Czytam książki o górach, śledzę fora internetowe o tej tematyce, a kiedy oglądam w telewizji tatrzańskie widoki, wzruszam się jak licho.

8. Lubię zwiedzać nieznane mi dotąd miejsca, lubię podróżować (ale nie znoszę przygotowań do wyjazdów). Z radością też powracam do miejsc, w których już kiedyś byłam i do ludzi wcześniej poznanych.

9. Wieś, przyrodę. Wszystko, co zielone. Lubię też jesienne zapachy i kolory.

10. Lubię ludzi dobrych,
kulturalnych, stonowanych,  przewidywalnych i mądrych (o! chyba napisałam charakterystykę swojego męża). Innych  też lubię, ale może trochę mniej, a wulgarnych wcale:))

   Mogłabym jeszcze wiele napisać o swoich upodobaniach, ale i tak za bardzo się rozpisałam. Szybko więc zaproszę do kontynuowania tej zabawy następne osoby. Poproszę Asię, Anulę, E.ka, Elę, Lusię, Ikroopkę i Justynę.
poniedziałek, 06 września 2010
Jaka miła niespodzianka! W naszym domu kaloryfery już są ciepłe! Tak mnie ucieszył ten fakt, że muszę go publicznie ogłosić. Z drugiej jednak strony, jest to znak, że lato minęło bezpowrotnie i że wkraczamy w tę gorszą porę roku, która niesie melancholię, przeziębienia i smutki...
 
niedziela, 05 września 2010

W sobotę odwiedziła mnie koleżanka. Teraz, po śmierci męża, szczególnie cenię wszystkie kontakty z ludźmi, więc się bardzo ucieszyłam. Koleżanka przyszła  namówić mnie na wspólny wyjazd do Zakopanego w przyszłym tygodniu. Waham się, nie bardzo mi się chce jechać w miejsca, gdzie jeszcze kilkanaście miesięcy temu spędzałam szczęśliwy czas z mężem, a poza tym trochę boję się zimna, gdyż w górach podobno już nawet pada śnieg. Zobaczymy.

Remont u sąsiadów na górze trwa i końca nie widać. Teraz jest przerwa świąteczna, ale jutro będzie chyba dalszy ciąg pracy młotów pneumatycznych. W piątek, w pewnym momencie, poczułam w przedpokoju, że mi się tynk sypie na głowę, a za chwilę zobaczyłam na suficie, zarys jakiegoś zasklepionego kolistego otworu. Przestraszyłam się, że zaraz robotnik spadnie mi na głowę i poszłam na górę. Panowie wykazali wielkie zdziwienie, zapowiadając, że jutro przyjdą "zaszpachlować i pomalować", a więc, nie będę gorsza, remont tego roku mnie także nie ominie.
 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast