Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
środa, 31 października 2007

Ja wiem, że to kiczowate, że to już starocie, że niemodne, że artysta nie z dzisiejszej bajki, ale znów się wzruszyłam, słysząc przed chwilą tę piosenkę.  Czy człowiek ery komputerowej powinien w ogóle przyznawać się do takich wzruszeń? - zapytam retorycznie. Nie wiem nawet, kto jest autorem słów, może także Mieczysław Fogg. 

          

    Jesienne róże

Jesienne róże, róże smutne herbaciane
Jesienne róże są jak usta twe kochane.
Drzewa w purpurze ostatni dają nam schron
A serca biją jak dzwon, na jeden ton.

Jesienne róże szepczą cicho o rozstaniu
Jesienne róże mówią nam o pożegnaniu
I w liści chmurze idziemy przez parku głusz
Jesienne róże więdną już.

Tak niedawno był maj, byliśmy tak szczęśliwi
Uśmiechnięci i tkliwi, któż te dni znów ożywi.
Chłodną rękę swą daj, spójrz mi w oczy i powiedz
Czy mnie kochasz ja wiem, to jest złudą i snem.

Jesienne róże...

Ty nie kochasz mnie już tak jak dawniej to było
Całą w uczuć swych siłą to się wczoraj skończyło.
Dzisiaj więdnie wśród róż nasza miłość gorąca
Zanim zwiędnie jak kwiat pozwól odejść mi w świat

Jesienne róże szepczą cicho o rozstaniu. 

              
 

piątek, 26 października 2007

Na naukę podobno nigdy nie jest za późno, toteż stale się czegoś uczę. Dzisiaj ugotowałam zupę-krem z dyni, taką jaką jadłam w ubiegłą sobotę na obiedzie u swojej kuzynki.  Po raz pierwszy jadłam zupę z dyni "na słono" i bardzo mi smakowała. Dzisiaj ugotowałam taką samą u siebie i mam zamiar powtórzyc ją w niedzielę.

W moim domu rodzinnym mama czasami gotowała mleczną zupę z dynią i z kluseczkami, ale "na słodko". Przepadałam za nią tak bardzo, że nawet potem nigdy nie próbowałam gotować innej. 

Czego jeszcze się ostatnio nauczyłam? Na przykład tego, że fugi na podłodze w kuchni można dobrze wyczyścić, mieszając sodę oczyszczoną z octem. Taką papkę należy rozłożyć na fudze i zostawić na 10 minut. Potem czyścić. Rzeczywiście, jest to skuteczny sposób. Ocet jest także przydatny przy czyszczeniu na przykład urządzeń sanitarnych w łazience. Wszystko potem ładnie błyszczy. To także wiedza nowo przeze mnie nabyta.

Jako bardzo młoda działkowiczka (z lubością piszę "młoda", niech będzie, może ktoś to weźmie dosłownie) zgłębiam teraz nauki ogrodniczo-rolnicze. Nurtują mnie pytania, jak ochronić róże przed mrozami, czym osłonić posadzoną właśnie czereśnię, co zrobić z hibiskusami, azaliami i magnolią,  a także jak ochronić winorośle posadzone kilka tygodni temu. Na wszystkie te pytania staram się znaleźć odpowiedzi w fachowej literaturze, bo doświadczenia w tej dziedzinie mam tyle, co kot napłakał (jaki kot, dlaczego płakał - nie wiem, ale tak się mówi).

A Wy czego nauczyliście się ostatnio?

czwartek, 25 października 2007

Od zawsze coś zbierałam: znaczki pocztowe, przedwojenne pocztówki, stare monety, ekslibrisy, lalki w strojach narodowych, ozdobne łyżeczki z różnych miast, zakładki do książek i wiele jeszcze różnych rzeczy.

Kolekcjonowałam także książki-miniaturki. Oto kilka z nich.

U góry leżą trzy słowniki liliputy. Dwa pierwsze, grecko-niemiecki i polsko-francuski, mieszczą po 12 tysięcy (!) słówek każdy. Trzeci, niemiecko-angielski, też chyba nie zawiera ich mniej. Ostatnia książka w pierwszym rzędzie to "Myśli i wskazania" Stanisława Brzozowskiego, wydana w Wilnie w 1929 roku w 3100 egzemplarzach. Na początku drugiego rzędu znajdują się dwa Korany. Do pierwszego, ładnie zdobionego i oprawionego w skórę, dołączona została mała lupka, dzięki której można tekst przeczytać. W trzecim rzędzie na początku leży bibliofilskie wydanie wybranych utworów Szołochowa. Książeczka jest ładnie ilustrowana. Dalej są inne miniaturki, a na dole w prawym rogu umieściłam pudełko zapałek, żeby można było zorientować się, jak małe są te książeczki.

wtorek, 23 października 2007

        

Czasami dobrze jest wrócić do wspomnień z lat młodości. Usłyszałam właśnie, że w tych dniach jubileusz 50-lecia istnienia obchodzi kultowy polski komiks "Tytus, Romek i A'Tomek". Komiks mojej młodości! Najpierw zetknęłam się z nim w piśmie "Świat Młodych", którego byłam zagorzałą czytelniczką, potem, chyba od 1966 roku, zaczął on się ukazywać w formie oddzielnych ksiąg, których było około trzydziestu.

 W tamtych bezbarwnych czasach zawsze niecierpliwie czekałam na kolejne części "Tytusa". Potem tak samo pasjonował się nimi mój syn. Autorem komiksu jest grafik Henryk Jerzy Chmielewski, znany jako Papcio Chmiel. Pierwsza księga nosiła tytuł: "Tytus zostaje harcerzem", potem Tytus zostaje kosmonautą, żołnierzem, olimpijczykiem, dziennikarzem, geologiem, aktorem, plastykiem i oczywiście w zgodzie z duchem czasu na końcu jest graficiarzem i internautą. Kolorowe, ekscytujące przygody, dowcipne teksty, zabawne rysunki to było to, co nas przyciągało do tych niepozornych książeczek. Teraz komiksy są barwne, błyszczące, znacznie ładniej wydawane niż tamte, ale żaden z nich nie ma chyba tylu wznowień, nie jest tak wyczekiwany i nie osiąga takiego nakładu jak "Tytusy".

niedziela, 21 października 2007

Dzisiaj tylko wpisuję sentencję, która wydaje mi się bardzo mądra: "Chcesz poznać drugiego człowieka, posłuchaj, co mówi o innych".

 Często, kiedy kogoś poznaję i od razu słyszę negatywne wypowiedzi tej osoby na temat innych ludzi, natychmiast staję się czujna i raczej staram się nie kontynuować znajomości, bo nie mam pewności, że za chwilę ja też nie będę obmawiana.  

Tak sobie rozmyślam w ten niedzielny, jesienny wieczór.
piątek, 19 października 2007

Walendów - dwa kroki od Warszawy. Dzisiaj leje, a jeszcze dwa dni temu byłam  na spacerze w Walendowie. Szliśmy tą ładną drogą.

Droga wiodła obok stawu, na którym dostrzegliśmy czaplę siwą. Widzicie ją?

Mijaliśmy rzeczkę Utratę. To ta sama Utrata, która przepływa obok dworku Chopina w Żelazowej Woli.

Idąc dalej, mijamy  kościół św. Klemensa w Walendowie*. Obok znajduje się klasztor Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia. W tym klasztorze w 1934 roku przez krótki czas przebywała św. Siostra Faustyna.

Dookoła piękne lasy sękocińskie. I ten jesienny cień.

* Dzięki uprzejmości jednego z czytelników teraz wiem, że kościół w Walendowie nie jest pod wezwaniem św. Klemensa. Kościół św. Klemensa znajduje się w Nadarzynie.

czwartek, 18 października 2007

Nie ma już chyba takich miejsc na świecie, gdzie nie byłoby turystów. Ciekawość świata goni ludzi w najbardziej nieprzewidywalne zakątki ziemi. Swojego sąsiada można niespodziewanie spotkać na placu Tienanmen w Pekinie czy w Peru zwiedzającego Machu Picchu.

Mnie też zdarzyło się kilka takich przypadkowych spotkań. Swojego szefa spotkałam kiedyś niespodziewanie w małym miasteczku na południu Włoch, a kolegę syna na ulicy w Wilnie. W takich przypadkach banalne stwierdzenie "świat jest mały" nabiera konkretnego sensu. Ale dotychczasowe atrakcje turystyczne już się opatrzyły.

Nic więc dziwnego, że podróżnicy szukają nowych przestrzeni, nowych miejsc do wyjazdów. Ostatnio takim lądem budzącym największe pożądanie stała się Antarktyda. Mimo że jest to ziemia skuta lodem, w tym sezonie ma tam pojechać 33 tysiące turystów, którzy zatrzymają się w stacjach polarnych, potem będą uczestniczyć w wycieczkach narciarskich, a każdy z nich "osaczony wielkim chłodem" będzie czuć się nowym Roaldem Amundsenem.

"Osaczeni wielkim chłodem" to tytuł książki Aliny i Czesława Centkiewiczów.  Kiedyś czytałam mnóstwo książek Centkiewiczów i już w dzieciństwie marzyłam o podróżach. Dlaczego teraz młodzież nie czyta Centkiewiczów? Nie marzą?

środa, 17 października 2007

Mój syn przychodząc do nas, zwykle przynosi mi całą stertę zaległych, przeczytanych czasopism. Sama bym ich nie kupowała, bo byłoby mi na nie szkoda czasu i pieniedzy, ale skoro już są, to przez kilka dni je czytam.

   Wczoraj zwróciłam uwagę na artykuł "Zielone placebo" (autor: Zbigniew Wojtasiński, "Wprost", 38/07). Podtytuł tego artykułu mówi sam za siebie: "Jedzenie warzyw i owoców daje znacznie mniej, niż sądzono". Dotąd kazano nam jeść warzywa i owoce pięć razy dziennie, od pierwszych tygodni życia dzieciom wyciskało się soczki z marchwi, do szpitala chorym nosiło sie przede wszystkim cytrusy, ale to już przeszłość. Owoce są niezdrowe, cytryny nie zapobiegaja przeziębieniu, a grejfruty - jak można w artykule przeczytać - są rakotwórcze(!).

A co teraz? Teraz kwasy tłuszczowe Omega-3! Nie ma takiego schorzenia, na które nie pomogłyby tabletki Omega-3. Nie tylko choroby sercowo-naczyniowe, ale także cukrzyca, Alzheimer, alergia, reumatyzm i wiele jeszcze innych schorzeń ulegnie kwasom Omega-3. Łyka już Ameryka, Japonia, Norwegia, zaczyna Szwecja (chociaż w tych krajach chyba ryb w diecie nie brakuje), teraz pora na nas. 

Piszę trochę ironicznie, ale sama pamiętam, że od wczesnego dzieciństwa ja i moi bracia piliśmy tran. Mama zawsze pilnowała, żeby wraz z nadejściem jesieni kupić dużą butlę tego specjału, który miał nam zapewnic odporność na wszelakie jesienno-zimowe przypadłości. Przechodziliśmy ogromne tortury, stojąc nad wyciagniętą ręką mamy, trzymającą łyżkę z tym żółtym, straszliwie cuchnącym płynem. Mama próbowała tran "uszlachetnić", dodawała więc do niego soku z cytryny, soku z kiszonej kapusty, czasami soliła, ale żaden z tych sposobów nie był skuteczny. Zapach tranu pamiętam do dzisiaj.

Teraz w aptekach też można kupić tran, ale to już nie to samo. Jest łagodny i prawie bezzapachowy. Współczesne dzieci bedą już uboższe o tranowe przeżycia, których kiedyś my doświadczaliśmy, a które, tak jak i wiele innych, minęły bezpowrotnie.

niedziela, 14 października 2007

Ponieważ po moim wpisie "Gdzie jesteś Polaku?" rozgorzała intensywna dyskusja, jeszcze raz chciałabbym powiedzieć, że jestem daleka od krytykowania tych, którzy wyjechali za granicę i tam mieszkają. Rozumiem ich, absolutnie nie mam tego nikomu za złe.
  Nie podoba mi się tylko, kiedy osoby będace w oddaleniu od kraju wymądrzają się na temat sytuacji w Polsce, wyśmiewają naszą rzeczywistość i z nieuzasadnioną wyższością stale nas pouczają. Nie podoba mi się także, że ludzie, którzy wyjechali tam na STAŁE i nie zamierzają wrócić do Polski, chcą nam ustawiać życie, doradzać i wybierać nam władze. Konsekwencje waszych wyborów nie bedą miały wpływu na wasze życie, tylko na nasze.

piątek, 12 października 2007

Kończy się piątek, nicnierobienia początek - ktoś przed chwilą tak powiedział. U mnie nie jest to początek nicnierobienia, ponieważ jutro mam zamiar na działce wykopywać dalie przed zimą. Żeby tylko nie padało, bo dzisiaj pogoda nieciekawa.

Mój piątek był pracowity, rano zrobiłam 56 (!) krokietów z kapustą i z grzybami, potem przez kilka godzin byłam w mieście, a po południu czytałam pamiętniki z lat 1815-1843 Gabrieli Puzyniny pt. "W Wilnie i w dworach litewskich". I to była najprzyjemniejsza część dnia. A nawiasem mówiąc, Wilno w tamtych czasach było wspaniałym miastem: "Miasto było ludne, świetne, zamożne, ożywione teatrami, koncertami, balami i obiadami" - pisze autorka. Dobrej soboty.

 
1 , 2
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast