Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
czwartek, 30 października 2008

Wczoraj zwróciłam uwagę na ciekawy wpis Bombolady  na temat tak magicznego miejsca, jakim jest założony w 1905 roku warszawski fotoplastykon. Przed oczami stanęły mi dawne fotografie, dawne miejsca, zaszeleściły piękne suknie i przez cały dzień po głowie chodziła piosenka, którą kiedyś śpiewała Urszula Sipińska.

      To był świat
W zupełnie starym stylu,
To był świat
Zza szyb automobilu,
Śmieszny świat,
Wyścigi na Dynasach,
Ty i ja
Znów razem na wywczasach,
Potem film z Rudolfem Valentino,
Pierwszy raz szumiało w głowie wino.
Tyle lat
Przebiegłam w parę minut,
To był świat
Naprawdę w starym stylu.

     A wieczorem smażąc w kuchni placki z jabłkami (jajka, otręby orkiszowe, mąka żytnia, niedużo mąki pszennej, mleko, utarte jabłka, rodzynki, cynamon), słuchałam radiowej audycji dla dzieci. Audycja poświęcona dawnym nagraniom, starym płytom, starym przedmiotom. Hanka Ordonówna śpiewała "Miłość ci wszystko wybaczy", odtworzono głos Jana Brzechwy. Cały dzień w starym stylu. 

wtorek, 28 października 2008

Przeczytałam dzisiaj poruszającą książkę: "Cała radość życia. Na Wołyniu, w Kazachstanie, w Polsce". Autorką jest Franczeska Michalska. Są to wspomnienia z bardzo trudnego życia, najpierw cudem przeżyty głód na Ukrainie, potem, w wieku dwunastu lat autorka wraz z rodziną i innymi Polakami zostaje zesłana do Kazachstanu, gdzie żyje w surowym klimacie i w nieludzkich warunkach. Jest bardzo dzielną, twardą osobą. W Ałma-Acie rozpoczyna studia medyczne, potem studiuje w Charkowie, w Czerniowcach i wreszcie kończy medycynę we Wrocławiu. Obecnie mieszka na Podlasiu, w Siemiatyczach. Książka wstrząsajaca, ale z optymistycznym wydźwiękiem, bardzo ciekawa,  napisana wartkim językiem. Czyta się ją jednym tchem. Szczerze polecam.
    Wywiad z panią doktor Michalską można przeczytać tutaj:
http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,4515305.html

środa, 22 października 2008

Szłam dzisiaj Nowym Światem. Miło tam teraz, po obu stronach rosną kolorowe jesienne kwiaty, przy wylocie Chmielnej grała kilkuosobowa orkiestra, kilkadziesiąt metrów dalej inna orkiestra, tym razem cygańska. Weszłam do empiku niby na chwilę, ale zaraz usiadłam, zaczytałam się i spędziłam tam parę godzin. Bardzo mi się podoba, że w wielkich księgarniach znajdują się wygodne miejsca, gdzie można usiąść, wziąć z półki dowolną książkę i poczytać, a nawet przy okazji wypić kawę. Prawdę powiedziawszy, nie bardzo rozumiem tę ideę, bo na ogół ludzie odstawiają książki na półki, nie kupując już ich potem, a na książkach jednak zostają jakieś ślady czytania. Nie wiem, jaki interes ma księgarnia, ale bardzo mi się ta akcja podoba.

Teraz o czym innym. Szukałam dzisiaj w sklepach rękawiczek zimowych i torebki. Rękawiczki kupiłam, ale torebki nie, bo te, które mi się podobały, są okropnie drogie. Na razie jeszcze poczekam, w końcu nie jest to najważniejsza moja potrzeba. Na pociechę mogę sobie popatrzeć na  torebki Speedy Vuittona. Speedy była zaprojektowana dla Audrey Hepburn ponad czterdzieści lat temu. 

         

Można też popatrzeć na model Kelly Bag francuskiej firmy Hermes. Taką torebkę nosiła Grace Kelly i stąd nazwa.

                                                           /mylifecanvas.wordpress.com/

niedziela, 19 października 2008

Gotowałam, obierałam, przyprawiałam, piekłam, a między tymi czynnościami czytałam dwie książki (jednocześnie). Szczególnie jedna mnie wciągnęła, co chwila biegałam do męża pokoju, odczytując mu co ciekawsze fragmenty. Teraz on czyta. Obiad ugotowałam w ilościach pozwalających wyżywić oddział wojska przez cały tydzień. To moja metoda. Nie chce mi się gotować każdego dnia, więc będziemy odgrzewać, odmrażać i cieszyć się, że nie trzeba stać przy kuchni. Ciekawe, co korzystniejsze, zdrowe świeże jedzenie czy brak stresu związanego z codziennym gotowaniem.

Wczoraj byłam na pobliskim bazarku, cały był zasypany grzybami, przeróżnymi: rydzami, prawdziwkami, podgrzybkami, kurkami i jeszcze jakimiś, których nazw nawet nie znam. Ale ja grzybów nie kupowałam. Kupiłam trochę jabłek różnych gatunków. Płacąc za jabłka, podałam sprzedawcy między innymi nowiutką, bardzo błyszczącą monetę dwuzłotową.
"Daję panu taką piękną złotą monetę" - żartuję do sprzedawcy.
"Super, zrobię sobie z niej zęby" - odrzekł, eksponując jednocześnie uzębienie, którego  raczej długo jeszcze nie będzie musiał zasilać moją dwuzłotówką.

czwartek, 16 października 2008

Wieczorem oglądam relację z uroczystości związanych z rocznicą wyboru Karola Wojtyły na papieża. Rozmawiajac z przyjaciółką, opowiedziałyśmy sobie "co wtedy robiłyśmy". Ja wychodziłam właśnie z dzieckiem na spacer i usłyszałam wiadomość z radia. Ona akurat się pakowała, przygotowując się do przeprowadzki. Dzisiaj wczesnym rankiem moja synowa poleciała do Rzymu na premierę filmu "Świadectwo".

Teraz o czym innym. W południe byłam u dentystki, okazało się, że spóźniłam się o godzinę, ponieważ pomyliły mi się terminy. Na szczęście dentystka znajoma i zrobiła mi to, co trzeba, ale czułam się trochę niezręcznie i byłam zła na siebie. "Starość nie radość" - jęknęłam w duchu. 

Przy okazji przypomniał mi się program, który kilka dni temu oglądałam w TVP Kultura. Młode małżeństwo, oboje malarze, ona w ślubnej sukni, ładnie gawędzi na temat sztuki i miłości. Dziewczyna mówiąc o ich wspólnej przyszłości, wypowiada mniej wiecej takie zdania: "Kiedy będę miała pięćdziesiąt (!) lat, będę już pomarszczoną staruszką. Kamil (jej mąż) też taki będzie". Jakoś ta granica starości tak się u nich niepokojąco przesunęła.

A za oknem przez cały czas pada deszcz.

niedziela, 12 października 2008

W sobotę i w niedzielę było u nas bardzo ciepło i słonecznie. Ciepło do tego stopnia, że w sobotę siedziałam na działce w letniej bluzce bez rękawów. Nie bardzo mnie cieszyło to słońce, ponieważ od piątku okropnie boli mnie głowa, być może z powodu tego nagłego ocieplenia. Bardzo jestem wrażliwa na zmiany pogody. Wczoraj po południu zaczęłam przygotowywać obiad na niedzielę, trochę się spieszyłam i poparzyłam sobie rękę. Dzisiaj do bólu głowy doszedł więc jeszcze ból ręki, a jakby tego było mało, do wszystkich dolegliwości w niedzielę doszedł ból serca (niefizyczny, przenośny) z powodu smutnych wiadomości, jakimi podzieliła się ze mną koleżnka przez telefon, ale o tym nie mogę tu pisać. 

Wieczorem zaczęłam czytać książkę "Dwór, pejzaż okaleczony". Autorką jest Joanna Sypuła-Gliwa. W książce przedstawiona jest historia kilku dworów w przedwojennej Polsce oraz losy rodzin z tymi dworami związanych. Po większości polskich dworów zostały już ruiny albo tylko wspomnienia. Kiedy teraz, jadąc przez Polskę, widzi się na każdym kroku domy z łamanym dachem i z kolumnami przy ganku, można przypuszczać, że jest to tęsknota za dawnym polskim dworem w naszym krajobrazie, i mnie się na ogół te nasze nowo powstałe dwory bardzo podobają.

To tyle reminiscencji na marginesie tej ksiażki. Kończę to sprawozdanie z weekendu, bo mąż właśnie przypomina, że już jest późno.

wtorek, 07 października 2008

W rodzinach moich braci rodzą się nowe dzieci. Kilka miesięcy temu przyszedł na świat Piotruś, dwa tygodnie temu Zosia, a przedwczoraj urodził się inny Piotruś.

 Kiedy się dziecko rodzi, radość przyćmiewa wszystkie obawy. Myślę jednak, że chyba nigdy nie było tak trudno dobrze wychować dzieci jak teraz, nigdy na młodego człowieka nie czyhało tyle zagrożeń. Ktoś może odpowiedzieć, że każde pokolenie miało swoje lęki, swoje problemy, owszem, ale nie były to tak wielkie niebezpieczeństwa, jak te, które pojawiły się w ostatnich latach.

Całe szczęście, że chyba coraz więcej matek docenia teraz znaczenie własnej stałej obecności przy dziecku, że chodzenie z kluczem na szyi jest już może mniej powszechne, a pojęcie "kura domowa" zaczyna nobilitować kobietę. Kontakt z dzieckiem, rozmowa z nim, stałe wspieranie go, to - moim zdaniem - priorytety w rodzinie.

                 Narodziny dzieciątka

Mchy mówiły: "Ach, cóż za złocistość?
Chyba będzie jaka uroczystość".
Dzięcioł z dębem rozmawiał znacząco,
że się cudo zdarzyło na łące.

Potem poszły poszumy trawami,
przyszła noc ze wszystkimi gwiazdami,
wzeszedł księżyc rumiany jak kucharz,
rzekł wiatrowi: "Ty mi trawy rozdmuchasz".

I rozdmuchał wiatr posłuszny trawy,
zerknął z góry e nie księżyc ciekawy,
a tam dziecko leżało w sitowiu,
krasnoludek zrodzony w nowiu.

Więc przywołąć rozkazał stworzenia
stary księżyc i tańce, i pienia
ku czci czynić dziecięcia onego,
złocistego, niewiadomego.

I świetlików ognistą czeredę
witał strumień płynący w dół.
A bór skrzypiał jak szary kredens
pełen zajęcy i ziół.

          Konstanty Ildefons Gałczyński 1930 

 Tak sobie rozmyślam w ten pochmurny jesienny dzień (a telewizja zapowiadała słońce i niemal upały!) Przed chwilą dzwoniła moja przyjaciółka, która za kilka dni rozpoczyna wielki remont mieszkania i narzeka, że jej mąż raczej "odmawia współpracy" w wynoszeniu pudeł z książkami. Kiedy już jej się jakoś udało nakłonić go do częściowej współpracy, coś mu "chrupnęło" w plecach i znowu współpraca została zerwana. Na szczęście mój mąż ochoczo się zgodził taką współpracę z nią podjąć.

piątek, 03 października 2008

Kiedyś, wiele lat temu, kiedy jeszcze nie było wolnych sobót, a weekend zaczynał się w sobotę po południu, radio nadawało cykliczną audycję "Przy sobocie po robocie". Teraz powinna być audycja "Piątek - odpoczynku początek".

   Ja swój wypoczynek właśnie rozpoczęłam. Mieszkanie solidnie posprzątane, letnie rzeczy poukładane na górnych półkach szaf, kurtka z pralni odebrana, obiad na jutro podgotowany, lista zakupów do sklepu zrobiona. Siedzę więc sobie na kanapie z książką u boku, a że ciśnienie mam bardzo niskie, mąż potraktował mnie piwem, które - być może - doda mi trochę energii. Do piwa kandyzowane gruszki. Nawet dobre połączenie. I tak leniwie i relaksowo wchodzę w weekend.

czwartek, 02 października 2008
Napiszę parę słów o moich przyjaciołach z Finlandii. Kiedy ich odwiedzaliśmy przed laty, byli pełni energii i życia. Moja przyjaciółka pracowała na uniwersytecie, malowała obrazy, pisała ksiażki, miała mnóstwo rozmaitych zainteresowań. Jej mąż był bankowcem, poza tym zajmował sie sportem, prowadził kursy yogi, też był bardzo aktywny. A potem zaczęło być coraz gorzej i gorzej. U niego stwierdzono Parkinsona, do tego doszły inne choroby. Sprzedali swój wielki, piękny dom, kupili mieszkanie w centrum miasta, "bo wśród ludzi łatwiej". Ona przestała pracować i została jego opiekunką. Dzisiaj pisze, że nie może go spuścić z oka nawet na moment, bo może zrobić sobie krzywdę. Trzeba go obsłużyć, ubrać, nakarmić, a z powodu  demencji nie ma z nim żadnego kontaktu. Ona z nikim się nie spotyka, nigdzie nie chodzi, nie ma chwili czasu dla siebie. Kiedy wybiega do pobliskiego sklepu, zamyka go na klucz, żeby nigdzie nie wyszedł i przez cały czas ze strachem myśli, co się dzieje w domu. Pisze, że jest bardzo, bardzo zmęczona i już nie daje sobie rady. Ot, życie.
środa, 01 października 2008

W telewizji wszyscy mówią tylko o kryzysie, bankach, pieniądzach, a także o sprawach związnych z piłką  nożną. Tymczasem wokół mają miejsce również i inne wydarzenia.

 Po 48 latach odwołano dyrektora Łazienek prof. Marka Kwiatkowskiego (78 lat). Coś niedobrego dzieje się wokół tej sprawy, profesor jest bardzo wzburzony i rozżalony, a swojego następcę podaje do sądu za niepochlebne opinie o dotychczasowym gospodarzu Łazienek.

Hala na Koszykach, stuletni zabytek architektury targowej w centrum Warszawy, miała być rozebrana, toczyły się dyskusje, było mnóstwo protestów. Wszystko jednak na szczęście zmierza chyba ku dobremu końcowi. W tych dniach za zgodą konserwatora zabytków hala będzie starannie zdemontowana, poszczególne elementy konstrukcji poddane konserwacji, a potem wszystkie odrestaurowane części zostaną znów ustawione w tym samym miejscu. I bardzo dobrze, uważam.

A dzisiaj 1 października, początek roku akademickiego. W tym dniu zawsze nachodzą mnie sentymentalne wspomnienia.

I jeszcze o uczuciach. Jakiś młody człowiek wszedł na mój blog, wpisując w google takie pytanie: "Kiedy są wolne dni od szkoły, ponieważ chceM(!) pojechać do dziewczyny". Ledwie się ta szkoła zaczęła, a on już pyta o wolne dni! Ale rozumiem, na miłość nie ma lekarstwa!

Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast