Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
sobota, 30 października 2010

W poprzednich latach o tej porze kupowałam mu szalik albo rękawiczki na zimę, albo krawat czy portfel, już z myślą o nadchodzącej gwiazdce. Dzisiaj kupuję znicze i chryzantemy...
    
               
http://wrzesnia.w.interia.pl/przyslowia/kwiaty.jpg
niedziela, 24 października 2010
Moi goście właśnie odlecieli. Kupiłam im na pamiątkę bardzo ładnie wydany album o Polsce z angielskim tekstem. Dziękuję, że mi tak dobrze poradziliście.

   Dzisiaj po południu chodziłam z kijkami nordic walking po Polu Mokotowskim. Pole Mokotowskie to duży (około 70 ha) park w centrum miasta, przed wojną było tu lotnisko i ogródki działkowe.



Na Polu Mokotowskim znajduje się Pomnik Szczęśliwego Psa.



Kiedy na ten pomnik patrzymy, przypomina się szkocki Greyfriar's Bobby, chociaż tamten pies nie był szczęśliwy.
Legenda mówi, że pewien rolnik, John Grey, pojechał do Edynburga, żeby sprzedać swoje zwierzęta, ale tam zachorował i zaraz umarł. Mały piesek, Bobby, podążał za trumną swojego pana i każdego wieczora chodził na jego grób, mimo że stale był stamtąd wyrzucany. Właściciel gospody karmił biednego psa, w końcu ludzie zwrócili się z prośbą do miejscowych władz, żeby pozwoliły mu sypiać na tym grobie. Tam wierny pies spędził resztę swojego życia.
Greyfiar's Bobby ma swój psi pomnik.

Ale wracamy na nasze Pole Mokotowskie.



Takich dziwactw nie lubię. Nie wiem, o co chodzi w tej rzeźbie.



Ale kolory!!!



czwartek, 21 października 2010
U mnie trwa akcja "Goście zagraniczni".  Oprowadzam, chodzę, przyjmuję. Goście są mili i sympatyczni, i bardzo samodzielni. Mówią, że Warszawa jest łatwa dla turystów, a mają porównanie, bo zjeździli cały świat. Sami jeżdżą po mieście, przesiadają się z jednego autobusu do drugiego i w ogóle doskonale sobie radzą. Nie mają żadnych wymagań, ale ja i tak, jak zawsze, wszystkim się przejmuję. Na szczęście syn mnie wspiera w moich działaniach.

Muszę im jeszcze kupić jakiś prezent na pamiątkę, najlepiej jeden, wspólny dla obojga. I tu mam duży kłopot, nic mi do głowy nie przychodzi.

A poza tym to chyba nadchodzi zima i to jest kolejny mój problem, bo bardzo jej nie lubię.

piątek, 15 października 2010
Coraz bardziej żałuję, że Konkurs Chopinowski już się kończy. Ostatnie dni tak sobie planuję, żeby znaleźć czas na słuchanie. Nie przypuszczałam, jako że "muzyczna" nie jestem, że będzie mi to sprawiać tyle przyjemności. Bardzo jestem ciekawa, kto będzie laureatem konkursu. Podobno faworytem jest Bułgar, ale nie miałabym nic przeciwko temu, żeby zwycięzcą był nasz Paweł Wakarecy, urocza Chinka (w pięknej sukni), czy "bardzo naturalna" Włoszka. Ci troje podobno grają najbardziej po chopinowsku, to znaczy są wierni temu, co Chopin napisał. Wszelkie udziwnienia w sztuce chyba na dobre artystom nie wychodzą. Pamiętacie jugosłowiańskiego pianistę Ivo Pogorellicia sprzed wielu lat i zamieszanie związane z jego interpretacją Chopina? Dzisiaj już chyba o nim nie słychać.
Wracając do tegorocznego konkursu, zastanawiam się, dlaczego upadła japońska potęga chopinowska i do trzeciego etapu nikt z Japonii nie przeszedł (Jadziu, jak uważasz?). Kończę już te rozważania, nie chcę się wymądrzać, bo - jak już pisałam - nie znam się na muzyce.

Aha! Jeszcze tylko wszystkim radzę zajrzeć na bardzo ciekawą stronę przygotowaną z okazji 200. rocznicy urodzin kompozytora. Mnóstwo ciekawych starych fotografii i innych dokumentów.
        

          

     
 
          

czwartek, 14 października 2010
- Krysieńka złamała nogę - mówi B.
- Ojej, a gdzie to się stało? - pytam, jakby to miało jakieś znaczenie.
- Szła do jubilera, bo jej się zapięcie przy perłach zepsuło - słyszę.
- A czy wyobrażasz sobie, żeby Krysieńce mogło się coś przytrafić, kiedy na przykład będzie szła po ziemniaki do warzywniaka? -wrednie pytam, pamiętając, że ostatnio skaleczyła rękę o potłuczony flakonik z perfumami Diora, a wcześniej nadłamała ząb, jedząc czekoladę Caillera.
- Nie, to jest absolutnie wykluczone. Krysieńka wielką damą jest, a z damą ziemniaki się nie kojarzą - mówi B.
wtorek, 12 października 2010
Kręcę się po mieszkaniu, słuchając jednocześnie Chopina. Akurat gra Rosjanin. Nie znam się na muzyce, ale Chopina lubię słuchać. Podobno ten Konkurs jest zdominowany przez pianistów z Chin i Korei, Japończycy nie mają w nim już tak wiodącej roli jak podczas poprzednich konkursów.

Zagraniczni goście, o których wspominałam, przyjeżdżają na początku następnego tygodnia. Napisali, że liczą na to, że im pokażę miasto. Nie wiem, jak ja to wszystko przetrwam, tym bardziej że jestem trochę przeziębiona, a u mnie infekcje ciągną się tygodniami.  Najbardziej niepokoi mnie strona kulinarna tej akcji. Niby lubię od czasu do czasu coś ugotować (ale coraz mniej), najlepiej jedną, konkretną potrawę, nie znoszę myślenia o tym, zakupów i tych wszystkich przygotowań. Oj, trudne wyzwanie przede mną.

Dzisiaj dzień refleksyjny, pierwsza rocznica śmierci mojej cioci, bardzo bliskiej mi osoby. Miałam zamiar jechać na cmentarz, na drugi koniec miasta, na Wawrzyszew, ale ponieważ nie czuję się najlepiej, pojadę kiedy indziej.

Podczas wyburzania ścian u sąsiadów z góry robotnicy uszkodzili przewody elektryczne i w rezultacie nie mam prądu w gniazdkach w łazience. Włączając dzisiaj pralkę, musiałam rozciągnąć przedłużacz do kuchni. Boję się, czy nie czeka mnie kucie glazury w łazience. Tego już bym chyba nie zniosła i wolałabym korzystać z przedłużacza na stałe. Muszę tylko kupić taki z uziemieniem. To są też uroki mojej nowej rzeczywistości, z którą trudno mi się pogodzić. Do ostatniego listopada tego typu problemy mnie nie dotyczyły.

Rosjanin zakończył grę. Chyba dobrze grał, ponieważ dostał duże oklaski. Żałuję, że sama nie potrafię tego ocenić. Teraz występuje Japonka. Moim zdaniem gra pięknie, a jak jest naprawdę, nie wiem.

To były migawki z mojego przedpołudnia.
niedziela, 10 października 2010
Bardzo słoneczny, ale zimny ten dziesiąty dzień dziesiątego miesiąca dwa tysiące dziesiątego roku.

Wczoraj byłam z przyjaciółką na Jasnej Górze. Chociaż byłyśmy tam tylko przez trzy godziny, wśród tłumów ludzi, przypadkowo, nie umawiając się wcześniej, spotkałam inną swoją bliską koleżankę. Obie wykazałyśmy wielkie zdziwienie, a mnie przypomniał się fakt, jak kiedyś na południu Włoch, w niedużym mieście spotkałam na ulicy swojego dyrektora. Innym znów razem, będąc w Wilnie, natknęliśmy się na kolegę syna. Natomiast moja sąsiadka opowiadała, że w Grecji na sąsiednim leżaku dostrzegła ludzi mieszkających dwa pietra niżej. Świat nie tylko jest mały, ale bardzo mały i zmniejsza się coraz bardziej, pod każdym względem.
czwartek, 07 października 2010
Ktoś mi powiedział, że już czas przykryć wreszcie czymś tę dorożkę. Spróbuję, chociaż nic się u mnie nie dzieje, o czym warto by napisać. Może tylko niedzielny spacer był jaśniejszym punktem w tej szarzyźnie.

Byłam w zalanych słońcem Łazienkach. Najczęściej, idąc do Łazienek, wszyscy raczej się gromadzą w okolicach Pałacu Na Wodzie. Ja tym razem weszłam bramą obok Belwederu. Wstyd się przyznać, ale niektóre zakątki odwiedziłam chyba po raz pierwszy od kilkunastu lat. Było ciepło i bardzo przyjemnie, wszędzie pełno wiewiórek, które bezczelnie domagają się orzechów. Po spacerze spotkałam się z synem, który właśnie wracał z biegu "Biegnij Warszawo". Syn zaprosił mnie na obiad do restauracji "Quchnia Artystyczna" w Zamku Ujazdowskim. Restauracja prowadzona przez Martę Gessler jest popularna w Warszawie, ale muszę powiedzieć, że zarówno menu jak i obsługa zrobiły na nas złe wrażenie.

Przejdźmy się razem po Parku Łazienkowskim.







Popiersie Aleksandra Kamińskiego, autora "Kamieni na szaniec".









Norwida też można w Łazienkach spotkać.





Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast