Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
niedziela, 26 października 2014

Dzisiaj mały przerywnik w mojej rzymskiej relacji. Trochę przypadkowych zdjęć.

 

 Ulica Gołębiowa  / :)) /

 

Ulica Badziewowa

 

 Ulica Motocyklowa

 

Ulica Mydłowo-Powidłowa

 

 

Ulica Zadumanego



 

Ulica Głodnego



 

Ulica Zziębniętego 

niedziela, 19 października 2014



Nie chce mi się opuszczać wzgórza awentyńskiego, tyle tu jeszcze jest do zobaczenia. Nie tracę czasu, ale nie poruszam się też zbyt szybko, żeby czegoś nie przeoczyć, a czas biegnie nieubłaganie. Jutro muszę chyba wcześniej wyjść z domu. 

Jakże mogłabym, będąc tutaj, nie zwiedzić bazyliki św. Sabiny, nazywanej "perłą Awentynu" i uważanej za jeden z najpiękniejszych średniowiecznych kościołów Rzymu? Ale tyle jest tych "najpiękniejszych" na każdym kroku, jak zdążyć ze wszystkim?

 Bazylika św. Sabiny ufundowana była w V (!) wieku. Mimo że potem ten kościół przebudowywano, jego obecny kształt jest bardzo zbliżony do pierwotnego. Wiele elementów znajdujących się wewnątrz bazyliki pochodzi także z tych najwcześniejszych lat. Wnętrze trójnawowe. 24 kolumny w porządku korynckim oddzielają poszczególne nawy od siebie.

                                                                                                            /http://albumromanski.pl/

 

Bardzo cenne są również cedrowe drzwi z V wieku poryte płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny biblijne.

/

                                            /zdjęcie drzwi: toskania.matyjaszczyk.com/

Na początku XIII stulecia kościół ten stał się własnością dominikanów i tu mieszkał św. Dominik. W tym klasztorze mieszkał także polski święty, dominikanin, Jacek Odrowąż, któremu poświęcona jest jedna z kaplic. W kaplicy można zobaczyć niezwykłe freski Federica Zuccariego (włoski malarz, XVI w.) odzwierciedlające żywot św. Jacka.

 

 Przez malutkie owalne okienko w ścianie spoglądam na wirydarz czyli na dziedziniec klasztorny. Rośnie tam niewielkie  drzewko pomarańczowe. Jak głosi legenda, w XIII wieku święty Dominik przywiózł z Hiszpanii nieznane dotąd we Włoszech drzewko pomarańczowe. Posadził je i od tego czasu to drzewo stale żyje, mimo że inne, późniejsze, dawno pousychały. Ten cud przypisuje się świętemu Dominikowi. Tak mówi ładna legenda, ale ile w niej prawdy, nie wiadomo.
 

Na moim zdjęciu drzewko zawsze żyjące.

 

Na szczycie awentyńskiego wzgórza jest zielono. Bazylikę otaczają stare piękne grody. Nieopodal znajduje się Ogród Pomarańczowy (Giardino degli Aranci) , niekiedy zwany Parco Sevelli, od nazwiska właścicieli twierdzy i parku znajdujących się tutaj w średniowieczu. 



 

 

Do Ogrodu Pomarańczowego przychodzi dużo ludzi, ponieważ stąd rozciąga się wspaniały widok na przepływający w dole Tybr i Wieczne Miasto. Lubię takie punkty widokowe. Zawsze próbuję rozpoznawać poszczególne miejsca i budowle.



Pozostawiam już Awentyn za sobą, szybko schodzę ze wzgórza. Mijam kościół Santa Maria in Cosmedin, ten, w którym znajdują się Usta Prawdy. Przed drzwiami ogromna kolejka. Idę w stronę Placu Argentina. Zaraz podjeżdża mój autobus.

sobota, 18 października 2014

Zaczęłam zwiedzać Rzym trochę nietypowo. Na razie zabytkom, które "trzeba widzieć", poświęcam niezbyt wiele czasu, zresztą większość z nich oglądałam podczas poprzedniego pobytu w Wiecznym Mieście. Teraz głównie chodzę do miejsc, może mniej turystycznie ważnych, ale też bardzo ciekawych.

W dalszym ciągu jestem na Awentynie. Idę na Plac Maltański. Plac otoczony jest wysokim murem, za którym znajduje się pałac maltański.

 Już z daleka widzę kolejkę turystów przed bramą. Dzisiaj kolejka jest krótka (wiadomo, sobota), podobno w inne dni stoi tu dużo ludzi.

 

Przed nami zamknięte na głucho stare drzwi, a w nich ta szczególna dziurka od klucza, do której wszyscy chcą zajrzeć.

 

W dziurce wspaniały widok, z niego słynie to miejsce! Widać szpaler równych, zadbanych żywopłotów, a na końcu tego szpaleru dostrzegamy Bazylikę św. Piotra, która w rzeczywistości znajduje się daleko stąd.

Ludzie przykładają aparaty fotograficzne do dziurki, żeby utrwalić ten niezwykły widok. Niestety, chyba mam za słaby aparat, zdjęcia mi się nie udają.

 

 

To zdjęcie jest trochę wyraźniejsze, ale Bazyliki nadal nie widać.

 

 Jest gorący dzień, ale na szczęście mam wodę w butelce. Zostanę tu jeszcze trochę. Muszę koniecznie pójść do ogrodu pomarańczowego.

wtorek, 14 października 2014

   Kiedy byłam w liceum, na lekcjach języka polskiego czytaliśmy "Legendę o świętym Aleksym". To ważny utwór, jego piętnastowieczny przekład jest zaliczany do najstarszych zabytków literatury polskiej. Treść jest mniej więcej taka:

   Dorodny, wykształcony syn bogatych patrycjuszy rzymskich, Aleksy rezygnuje ze szczęścia rodzinnego, a także ze wszystkich dóbr ziemskich i wbrew woli rodziców wypływa w dalekie strony, aby poświęcić się Bogu. Swój majątek rozdaje ubogim, prowadzi życie ascetyczne, cały czas spędza na modlitwie. Rodzice bardzo boleją nad decyzją syna-jedynaka, próbują go odnaleźć, ale im się to nie udaje. Kiedy okrzyknięto go świętym, a za jego przyczyną zaczęły dziać się cuda, Aleksy oddala się z miejsca pobytu (w Palestynie) i po siedemnastu latach wraca z powrotem do Rzymu. Jeszcze przez szesnaście lat nierozpoznany mieszka pod schodami rodzinnego domu, żywi się odpadkami jedzenia z ojcowskiego stołu, jest upokarzany i lekceważony. Przed śmiercią ujawnił się i zmarł jako święty.

Dobrze zapamiętałam ten utwór, bo na maturze, omawiając literaturę średniowiecza, wymieniałam Aleksego jako przykład bohatera tamtej epoki.

Kiedy zaplanowałam wyjazd do Rzymu, postanowiłam, że pójdę na via di San Alessio, aby zobaczyć miejsce, gdzie stał dom rodziców Aleksego.

 



 Teraz znajduje się tam kościół. Kiedy do niego dotarłam, akurat trwało dekorowanie wnętrza w związku ze ślubem, który miał się niebawem odbyć, więc nie bardzo mogłam swobodnie wszystko obejrzeć.

 




Kościół powstał w IV wieku, ale jego fasada pochodzi z czasów baroku. Obok znajduje się romańska dzwonnica. Wewnątrz kościoła przechowywane są te słynne schody, pod którymi Aleksy mieszkał przez tyle lat. Niestety, ja ich nie widziałam z powodu właśnie tych przygotowań do ślubu. 

W Rzymie podobno panuje przekonanie, że jeśli się poprosi, to Aleksy przynosi szczęście grającym w tamtejsze totolotki.

 

Dekorowanie kościoła trwa.

 Podobają mi się te ślubne dekoracje.

Ale piękna posadzka! Mozaikowy fragment tej podłogi nosi nazwę "kosmateska", od nazwiska znanych włoskich kamieniarzy Cosmatich (XII-XIVw). Mozaiki Cosmatich wyróżniają się wzorami geometrycznymi, a także szarymi, brązowymi i ciemnoczerwonymi barwami. W kilku średniowiecznych rzymskich kościołach widziałam posadzkę kosmateska.


Wnętrze już jest pięknie ustrojone. Młodzi i goście czekają przed wejściem. Wszyscy bardzo eleganccy. Panie przeważnie w czarnych (tak!) sukniach, panowie oczywiście w czarnych garniturach. Jest bardzo ciepłe sobotnie popołudnie. Pozostanę jeszcze na Awentynie.

 





 


piątek, 10 października 2014

Awentyn to jedno z siedmiu wzgórz, na których położony jest Rzym. Pozostałe wzgórza to: Palatyn, Kwirynał, Kapitol, Wiminał, Celius i Eskwilin.

Jeszcze w Warszawie, planując wyjazd, postanowiłam zwiedzić Awentyn. Przede wszystkim chciałam tam zobaczyć miejsca związane z bohaterem "Legendy o świętym Aleksym" (ten średniowieczny utwór pamiętam z liceum), obejrzeć Rzym z ogrodu pomarańczowego, zwiedzić "perłę Awentynu" czyli kościół św. Sabiny, jeden z najładniejszych kościołów wczesnego średniowiecza (V wiek!), a także popatrzeć przez pewną dziurkę od klucza.

W sobotnie przedpołudnie, w piękny słoneczny dzień poszłam na Piazza Venezia. To wielka przyjemność kolejny raz znaleźć się na głównym placu Wiecznego Miasta! Ludzi dużo, ale chyba mniej niż w czwartek, kiedy tu byłam. Nic dziwnego, dzisiaj sobota. Większość turystów przygotowuje się do wyjazdów, a rzymianie jeszcze odsypiają tydzień pracy.

Stoję na przystanku autobusowym i spoglądam na tablicę, szukając autobusu, którym zajadę na Awentyn. Widzę, że powinnam wsiąść w "87". Na rzymskich przystankach nie ma podanego rozkładu jazdy, w Warszawie pod tym względem jest lepiej. Zastanawiam się, jak długo będę czekać, może lepiej pójść piechotą. Na szczęście mój autobus zaraz nadjechał. Jadę krótko, wysiadam za Circo Massimo, największym starożytnym cyrkiem. Czerwone, rozległe mury - arena mieściła tam 200 tysięcy ludzi - widać z daleka.

Wspinam się na wzgórze, ale skręciłam za bardzo w lewo i dołożyłam sobie trochę drogi. Nie szkodzi, mam okazję lepiej przyjrzeć się temu najbardziej ekskluzywnemu rejonowi miasta. Na Awentynie swoją siedzibę mają placówki dyplomatyczne i przeróżne instytucje międzynarodowe, znajdują się tu również rezydencje znanych osób. Mijam pałace, eleganckie wille, których ceglaste ściany otoczone są różowymi kwiatami oleandrów i clematisów, a także wiekowe kamienice wśród zielonych ogrodów.


A na ulicy jestem tylko ja i trochę dalej za mną turysta też z plecakiem i mapą w rękach. Wszędzie pustki. Mimo że to centrum Rzymu, tutaj jest zawsze spokój i cisza. Awentyn z tego słynie.

 

Gdyby nie te samochody, można by przypuszczać, że na Awentynie nie ma ludzi.

piątek, 03 października 2014

Chodzę już tyle godzin i zaczynam być głodna, ale to żaden kłopot. Tutaj, na Zatybrzu, na każdej chyba ulicy znajdują się pizzerie, trattorie, restauracje. Rozglądam się, dokąd wejść. Wchodzę do trattorii na Via di San Francesko a Ripa. Wewnątrz pełno Włochów. To dobry prognostyk, bo miejscowi wiedzą, gdzie można najlepiej zjeść.

Zastanawiam się, zamówić jakieś danie z makaronu czy po prostu kupić pizzę. Skłaniam się jednak ku pizzy, bo być we Włoszech i nie jeść pizzy, byłoby to chyba nierozsądne, a poza tym nie chcę tracić za dużo czasu. Ale którą wybrać, jeśli całe półki założone są przeróżnymi gatunkami, a nazwy niewiele mi mówią? Dobrze, że sprzedają pizzę na wagę. Kupuję kawałek pierwszej z brzegu, płacę trochę ponad 3€. Pizza jest bardzo smaczna. Cieniutkie chrupiące ciasto, bardzo dobre dodatki, nawet nie wiem dokładnie, co było na górze, ale na pewno mi to smakowało. Obiecuję sobie, że jeszcze tylko coś zwiedzę w pobliżu i wrócę tutaj po następną porcję. Ale niestety, za daleko odeszłam i już nie zdążyłam wrócić, a takiej pizzy jak na Zatybrzu potem już w Rzymie nie jadłam.

W miejscach ściśle turystycznych (okolice Piazza Navona czy Piazza Venezia) wiele pizzerii chyba zaczyna kierować się gustami Amerykanów, sprzedają pizzę grubą i do tego składają ją na pół. Smakuje to jak bułka drożdżowa z czymś tam (mało ciekawym) w środku.

 

 

 

 

W tej restauracji ceny nawet nie są zbyt wysokie, ale wszędzie dużo się płaci za serwis. Pizzę czy makaron warto zjeść przy stoliku na stojąco, wtedy jest szybko i tanio.



Jak dobrze, że przyszłam tutaj, na Piazza di Santa Maria in Trastevere, w słoneczny dzień! Słońce pięknie oświetla złocone mozaiki z XII wieku znajdujące się na fasadzie tego niezwykłego kościoła.To Bazylika Santa Maria in Trastevere, najstarszy rzymski kościół, zabytek romański i - jak głoszą inskrypcje - pierwsza świątynia poświęcona kultowi Matki Boskiej. Pierwotny kościół zbudował w tym miejscu papież Kalikst już w III wieku, kiedy w pobliskich domach mieszkali jeszcze ludzie, którzy szeptem przekazywali sobie wiadomości o rozprzestrzeniającej się nowej religii. Mówi się, że tutaj po raz pierwszy po wyjściu chrześcijan z katakumb odprawiono jawną mszę.

Na fundamentach tego dawnego kościoła w XII wieku powstała bazylika, którą teraz oglądamy. Wnętrze trzynawowe, dzielone  cennymi antycznymi kolumnami, a w absydzie i na sklepieniu przepięknie połyskujące mozaiki z XII wieku przedstawiające życie Maryi. Długo stoję wpatrzona w te mozaiki, są niesłychanie piękne. Szkoda, że wewnątrz jest ciemno i zdjęcia mi się nie udały.

 Bazylika ma związki z Polską. W XVI w. ustanowiono ją jako kościół tytularny kardynała Stanisława Hozjusza, który został tu pochowany. Ostatnio była kościołem tytularnym Kardynała Stefana Wyszyńskiego, a potem kardynała Glempa.

 

 

 

 

Na placu przed bazyliką piękna fontanna z XVI wieku i kiedy jest mało turystów, słychać szmer wody. Ale o rzymskich fontannach można by napisać książkę.


Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast