Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
niedziela, 28 listopada 2004

W poprzednim blogu, który mi zaginął, przytaczałam dowcip na temat bacy. Chcę go jeszcze raz odtworzyć, bo bardzo mi się ten żart podoba. Policjant zatrzymuje siedzącego na koźle pijanego bacę. Dokumenty jakieś macie? - pyta. -Ni mom - mówi baca. A adres jakiś macie?  Mom  - odpowiada baca: www.baca.pl   Baca przecież też należy do społeczeństwa informatycznego, tak jak my wszyscy. Czy ktoś jeszcze może sobie wyobrazić dzień bez mailowania, serfowania, logowania, blogowania, czatowania,...ania, ...ania? Czy to jest jeszcze tylko konieczność, potrzeba, rozrywka, czy już jakieś szaleństwo, które nas wszystkich ogarnęło?

sobota, 27 listopada 2004

W Krynicy na deptaku górale sprzedają swoje wyroby z drewna, między innymi są tam tabliczki, na których jest wyryty następujący dwuwiersz: "ci, którzy tu bywają, czego nam życzą, niech to sami mają". Takie tabliczki turyści kupują i wieszają je potem na drzwiach swoich domów. Nie wiem dlaczego, ostatnio przypomnieli mi się ci górale i te ich tabliczki, a ten wierszyk "chodzi" mi po głowie. Może to tęsknota za latem i wakacjami, za spacerami na Górę Parkową i na Husary, za karmieniem wiewiórek koło figurki Matki Boskiej, za oglądaniem ślicznych drewnianych cerkiewek i muzeum Nikifora. Może... Lubię zaglądać do starych książek. Sięgnęłam dziś do "Encyklopedii staropolskiej" Zygmunta Glogera /1900-1903/ i czytam treść hasła "dwory wiejskie". Jest tam taki fragment: "We wsi Wroceniu istniał dworek, zbudowany w r. 1787 przez panią Anastazję Wroczeńską z gankiem piętrowym, dającym charakterystyczną próbkę dawnego podlaskiego budownictwa a wewnątrz z wyrzniętym na belce pułapowej rokiem powyższym i napisem: Boże! ci ludzie, którzy tu bywają, czego nam życzą, niech to sami mają." Już wiem, skąd pochodzi napis na krynickich tabliczkach. Pani Anastazja Wroczeńska z Podlasia nigdy nie przypuszczała, że napis widniejący w jej domu  w roku 1787 tak samo będzie witał gości w XXI wieku.

Nawiązując do przepisów kulinarnych, które wcześniej podawałam, chcę jeszcze dodać, że w swoich notatkach znalazłam dzisiaj zapis, że rok temu, w końcu listopada, ważyłam o 7 kg więcej. Nie jest to oszałamiająca różnica, ale bardzo jestem dumna ze swojego osiągnięcia. R. też mocno schudł, ale on stale narzeka, że nie odczuwa teraz żadnej przyjemności z jedzenia, bo nasza kuchnia od wielu miesięcy jest inna niż u normalnych ludzi. Nie ma przecież, co ukrywać, wybór jest tylko taki: albo zdrowo i szczupło, albo smacznie. Największy kłopot mamy podczas spotkań towarzyskich. Kiedy goście są u nas, jakoś sobie radzę, oni jedzą trochę mniej kalorycznie, a my trochę bardziej. Najgorzej jest jednak, kiedy my jesteśmy zapraszani, a na stole  mnóstwo kuszących, popisowych dań gospodyni. Trudno się  oprzeć namowom, wtedy stosujemy tylko znaczne ograniczenia ilościowe, ale jest to trudna sytuacja, zwłaszcza przy słodkościach, które R. bardzo lubi.

piątek, 26 listopada 2004
W dalszym ciągu przerzucam książkę Ćwierczakiewiczowej. Znalazłam przepis, który i teraz można wykorzystać, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem; oczywiście, jeśli ktoś lubi bardzo słodkie. Nazywa się to MAKAGIGI. "Upiec placek z mąki żytniej i wody, aż się zrumieni, utłuc go na mąkę i przesiać; do kwarty miodu wsypać pół funta wymytych i szadkowanych migdałów, parę skórek pomarańczowych, kwaterkę mąki z tego placka i smażyć na wolnym ogniu na karmel; dosypać korzeni, cynamonu, imbiru, goździków, tłuczonych i przesianych, niewiele jednak, układać na opłatki przykrywając drugiemi, a na drugi dzień pokrajać na kawałki. Zamiast migdałów można użyć orzechów, jakich kto chce". Przypominam, że jest to język z 1885 roku.

Bardzo lubię stare książki kucharskie. Znalazłam dzisiaj przepis na sok fiołkowy!!! W  ponury listopadowy wieczór zapach fiołków przyprawia o zawrót głowy. "Obrać samego czystego kwiatu świeżych fiołków funt jeden, włożyć w wazę porcelanową i nalać kwartą wrzącej wody, przykryć natychmiast białą serwetą i zostawić w chłodnem miejsu przez dni 5. Po tym przeciągu czasu odcedzić przez czystą serwetę sok, zważyć go, wziąść tyle cukru, ile sok zaważy, nalać cukier sokiem i gotować na wolnym ogniu w dobrze pobielanym rondlu do zwykłej gęstości soku. Po ostudzeniu wlać w butelki". Jest to przepis z książki "Jedyne praktyczne przepisy..." Lucyny Ćwierczakiewiczowej, Warszawa 1885. Funt kwiatów fiołków!!! Czuję, czuję ten zapach!!!

Od rana czytam maile od moich Amerykanów z podziękowaniami dla mnie. Z podziękowaniami za życzenia z okazji Thanksgiving, jak również z podziękowaniami...za przyjaźń i za jakieś tam inne sprawy, które według nich są  ważne. Dziękują, bo to święto Dziękczynienia. Bardzo mi się ten zwyczaj i to ich święto podobają.
czwartek, 25 listopada 2004
OBIAD

Ostatnio niewiele miałam czasu na pisanie. Trzeba było coś zrobić, gdzieś pójść, z kimś się spotkać. W niedzielę też byłam bardzo zajęta, bo „wydawałam” obiad. Wprawdzie syneczek z syneczkową przychodzą do nas na obiad w każdą niedzielę, ale pomyślałam sobie, że wszystkiego ugotuję więcej i zaprosimy jeszcze dodatkowo cztery osoby. Młodzi, prawie w jednakowym wieku, wszyscy żywiołowi, roześmiani, serdeczni. Było tak miło, że postanowiłam organizować takie „imprezy” /jak to nazywa mój syn/ systematycznie, na przykład raz w miesiącu. Nie wiem tylko, jak będę wymyślać jadłospisy, bo ilość potraw, które mi się dobrze udają, jest ograniczona. Jedyna zasada, jakiej bardzo przestrzegam przy takich okazjach, to ta, żeby stół ładnie wyglądał. Bardzo tego pilnuję i sama bardzo to lubię. Nie mam szczególnie eleganckich serwisów i raczej kupuję pojedyńcze rzeczy połączone jakąś wspólną „myślą”. Mam na przykład kilkanaście filiżanek do herbaty różnie zdobionych, ale o tym samym kształcie. Teraz trzeba będzie dokupić trochę kieliszków do wina, bo w niedzielę zmywając, R. potłukł kilka /akurat te kupione kiedyś z okazji naszego ślubu/. Jeszcze niedawno nakrywałam do stołu, używając tradycyjnych obrusów, pięknie wykrochmalonych i wyprasowanych. Teraz już spasowałam i mimo że bardzo z siebie niezadowolona, kładę obrusy „bezplamowe”. Na szczęście one też są coraz ładniejsze. A te stare tradycyjne leżą w szufladach i właściwie nie wiem, co z nimi zrobić, bo zajmują bezcenne miejsce w moim mieszkaniu. Zresztą coraz częściej zauważam, że różne rzeczy, różne sprawy do niedawna ważne, w pewnej chwili przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Na szczęście pojawiają się nowi ludzie,  nowe sprawy, nowe problemy i to one zaczynają się liczyć i stają się ważne.

WIECZORNE REFLEKSJE
W dalszym ciągu o domu i rodzinie. Mogłabym się podpisać pod słowami, które wypowiada o. Jan Góra we wcześniej wspomnianej przeze mnie książce "Ukłoń się, Jasiu": "...Gdziekolwiek w życiu bywałem, jeździłem, zawsze wlokłem za sobą obszar swojego domu. Ten zamknięty obszar był dla mnie jedyny. Tam i tylko tam wszystko było mi bliskie; wszystkie odległości znałem od urodzenia. Wszystkiego innego musiałem się uczyć. Ten dom był układem odniesienia dla wszystkiego, co nastąpiło później. Tamtą domową miarą mierzyłem wszystko..." Ja również.
"UKŁOŃ SIĘ, JASIU"
Dużo myślę o moim domu rodzinnym, o moich rodzicach i braciach. Rodzice już nie żyją, a ja stale o nich myślę, stale sobie przypominam jakieś szczegóły z dzieciństwa. W ten tak bardzo refleksyjny nastrój wpowadziła mnie książka, która przypadkowo dostała się w moje ręce, a potem mnie wciągnęła. Jest to książka zwyczajna, prosta. Lubię proste książki, bez nadmiernego wysiłku autora, "żeby było ambitnie". Bardzo zwyczajna. Autorem jest o. Jan Góra, tytuł: "Ukłoń się, Jasiu! Prudnikowi". W niezwykle wzruszający sposób o. Jan Góra wspomina swoje dzieciństwo, dom rodzinny w Prudniku, rodziców, nauczycieli. Bardzo się wzruszyłam.
DOM

 Maria Tarnowska: "Wspomnienia". Otwieram, taki jest początek: "Białe ściany obszernego dworu, ujmującego szlachetną prostotą form, ginęły pod kaskadami pnączy, sięgających dachu. Wschodnią ścianę zdobiła głęboka weranda, na której, wśród donic z pięknymi zamorskimi roślinami i kwiatami, stały wiklinowe fotele i drewniane stoły. Dom emanował spokojem, nasuwał myśl o wygodzie i odpoczynku". Ach, jak ja lubię takie klimaty!! Ale ja chyba jestem zbyt staroświecka. Młodzież na pewno się śmieje z takich sentymentów

Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast