Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS
piątek, 26 listopada 2004
W dalszym ciągu przerzucam książkę Ćwierczakiewiczowej. Znalazłam przepis, który i teraz można wykorzystać, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem; oczywiście, jeśli ktoś lubi bardzo słodkie. Nazywa się to MAKAGIGI. "Upiec placek z mąki żytniej i wody, aż się zrumieni, utłuc go na mąkę i przesiać; do kwarty miodu wsypać pół funta wymytych i szadkowanych migdałów, parę skórek pomarańczowych, kwaterkę mąki z tego placka i smażyć na wolnym ogniu na karmel; dosypać korzeni, cynamonu, imbiru, goździków, tłuczonych i przesianych, niewiele jednak, układać na opłatki przykrywając drugiemi, a na drugi dzień pokrajać na kawałki. Zamiast migdałów można użyć orzechów, jakich kto chce". Przypominam, że jest to język z 1885 roku.

Bardzo lubię stare książki kucharskie. Znalazłam dzisiaj przepis na sok fiołkowy!!! W  ponury listopadowy wieczór zapach fiołków przyprawia o zawrót głowy. "Obrać samego czystego kwiatu świeżych fiołków funt jeden, włożyć w wazę porcelanową i nalać kwartą wrzącej wody, przykryć natychmiast białą serwetą i zostawić w chłodnem miejsu przez dni 5. Po tym przeciągu czasu odcedzić przez czystą serwetę sok, zważyć go, wziąść tyle cukru, ile sok zaważy, nalać cukier sokiem i gotować na wolnym ogniu w dobrze pobielanym rondlu do zwykłej gęstości soku. Po ostudzeniu wlać w butelki". Jest to przepis z książki "Jedyne praktyczne przepisy..." Lucyny Ćwierczakiewiczowej, Warszawa 1885. Funt kwiatów fiołków!!! Czuję, czuję ten zapach!!!

Od rana czytam maile od moich Amerykanów z podziękowaniami dla mnie. Z podziękowaniami za życzenia z okazji Thanksgiving, jak również z podziękowaniami...za przyjaźń i za jakieś tam inne sprawy, które według nich są  ważne. Dziękują, bo to święto Dziękczynienia. Bardzo mi się ten zwyczaj i to ich święto podobają.
czwartek, 25 listopada 2004
OBIAD

Ostatnio niewiele miałam czasu na pisanie. Trzeba było coś zrobić, gdzieś pójść, z kimś się spotkać. W niedzielę też byłam bardzo zajęta, bo „wydawałam” obiad. Wprawdzie syneczek z syneczkową przychodzą do nas na obiad w każdą niedzielę, ale pomyślałam sobie, że wszystkiego ugotuję więcej i zaprosimy jeszcze dodatkowo cztery osoby. Młodzi, prawie w jednakowym wieku, wszyscy żywiołowi, roześmiani, serdeczni. Było tak miło, że postanowiłam organizować takie „imprezy” /jak to nazywa mój syn/ systematycznie, na przykład raz w miesiącu. Nie wiem tylko, jak będę wymyślać jadłospisy, bo ilość potraw, które mi się dobrze udają, jest ograniczona. Jedyna zasada, jakiej bardzo przestrzegam przy takich okazjach, to ta, żeby stół ładnie wyglądał. Bardzo tego pilnuję i sama bardzo to lubię. Nie mam szczególnie eleganckich serwisów i raczej kupuję pojedyńcze rzeczy połączone jakąś wspólną „myślą”. Mam na przykład kilkanaście filiżanek do herbaty różnie zdobionych, ale o tym samym kształcie. Teraz trzeba będzie dokupić trochę kieliszków do wina, bo w niedzielę zmywając, R. potłukł kilka /akurat te kupione kiedyś z okazji naszego ślubu/. Jeszcze niedawno nakrywałam do stołu, używając tradycyjnych obrusów, pięknie wykrochmalonych i wyprasowanych. Teraz już spasowałam i mimo że bardzo z siebie niezadowolona, kładę obrusy „bezplamowe”. Na szczęście one też są coraz ładniejsze. A te stare tradycyjne leżą w szufladach i właściwie nie wiem, co z nimi zrobić, bo zajmują bezcenne miejsce w moim mieszkaniu. Zresztą coraz częściej zauważam, że różne rzeczy, różne sprawy do niedawna ważne, w pewnej chwili przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Na szczęście pojawiają się nowi ludzie,  nowe sprawy, nowe problemy i to one zaczynają się liczyć i stają się ważne.

WIECZORNE REFLEKSJE
W dalszym ciągu o domu i rodzinie. Mogłabym się podpisać pod słowami, które wypowiada o. Jan Góra we wcześniej wspomnianej przeze mnie książce "Ukłoń się, Jasiu": "...Gdziekolwiek w życiu bywałem, jeździłem, zawsze wlokłem za sobą obszar swojego domu. Ten zamknięty obszar był dla mnie jedyny. Tam i tylko tam wszystko było mi bliskie; wszystkie odległości znałem od urodzenia. Wszystkiego innego musiałem się uczyć. Ten dom był układem odniesienia dla wszystkiego, co nastąpiło później. Tamtą domową miarą mierzyłem wszystko..." Ja również.
"UKŁOŃ SIĘ, JASIU"
Dużo myślę o moim domu rodzinnym, o moich rodzicach i braciach. Rodzice już nie żyją, a ja stale o nich myślę, stale sobie przypominam jakieś szczegóły z dzieciństwa. W ten tak bardzo refleksyjny nastrój wpowadziła mnie książka, która przypadkowo dostała się w moje ręce, a potem mnie wciągnęła. Jest to książka zwyczajna, prosta. Lubię proste książki, bez nadmiernego wysiłku autora, "żeby było ambitnie". Bardzo zwyczajna. Autorem jest o. Jan Góra, tytuł: "Ukłoń się, Jasiu! Prudnikowi". W niezwykle wzruszający sposób o. Jan Góra wspomina swoje dzieciństwo, dom rodzinny w Prudniku, rodziców, nauczycieli. Bardzo się wzruszyłam.
DOM

 Maria Tarnowska: "Wspomnienia". Otwieram, taki jest początek: "Białe ściany obszernego dworu, ujmującego szlachetną prostotą form, ginęły pod kaskadami pnączy, sięgających dachu. Wschodnią ścianę zdobiła głęboka weranda, na której, wśród donic z pięknymi zamorskimi roślinami i kwiatami, stały wiklinowe fotele i drewniane stoły. Dom emanował spokojem, nasuwał myśl o wygodzie i odpoczynku". Ach, jak ja lubię takie klimaty!! Ale ja chyba jestem zbyt staroświecka. Młodzież na pewno się śmieje z takich sentymentów

Wokół kuchni

"Pamiętam, jak przed trzydziestu laty najważniejszym zajęciem obywatelskim życia było jedzenie". Są to słowa Leona Potockiego napisane w II poł. XIX w. Wydaje mi się, że i teraz jedzenie jest jednym z najważniejszych zajęć "obywatelskich". Namnożyło się różnych poradników kulinarnych, pogadanek, programów telewizyjnych, czasopism o kuchni, itp. Nie bez podstaw mówi się o nas, że jesteśmy społeczeństwem konsumpcyjnym. Ja wprawdzie nie jem więcej niż średnio ludzie jedzą, ale poczytać na temat kuchni lubię, a i od czasu do czasu lubię coś szczególnego ugotować. Mąż narzeka, że ostatnio coraz rzadziej, ale prawdę mówiąc, szkoda mi czasu na stanie w kuchni. Chociaż, z drugiej strony, tak zupełnie go tam nie marnuję, staram się łączyć przyjemne z pożytecznym i w kuchni mam trzy radioodbiorniki /każdy ustawiony na inny program, żebym nie musiała długo szukać/, telewizor i magnetofon. Słucham, patrzę, nagrywam, wściekam się, gotuję...

Krem alkoholowy

Dzień tak krótki, że wszystko się dzieje po ciemku. Zmokłam i zmarzłam, wracając z gimnastyki. Tam wszyscy byli tacy niemrawi i narzekający na całokształt. Pocieszmy się więc czymś, co bardzo lubię. Krem alkoholowo-kajmakowy: trzeba kupić puszkę słodzonego mleka skondensowanego, gotujemy ją wolniutko ponad 2 godziny, przez cały czas musi być przykryta wodą. Wyjmujemy z garnka i czekamy, aż wystygnie /to bardzo ważne, bo ciepła puszka wybuchnie!!/ Potem dodajemy łyżeczkę kakao i alkohol, ile kto lubi, ale lepiej mniej niż więcej. Miksujemy i czekamy, żeby nabrało smaku. A potem się tym raczymy, często przy pomocy palca, bo gęste.

Dzień dobry, to jest początek mojego bloga. Jako kobieta dojrzała (znacznie), żona, matka, teściowa jestem raczej blogowiczką nietypową, ale treści, które tu się znajdą, będą bardzo zwyczajne, codzienne, domowe i rodzinne. Witam wszystkich, którzy tu zajrzą.

"- A gdzie jest mój prezent? Gdzie? - Podskakuję niecierpliwie.(...) Nie mogę się doczekać. Wyobrażam sobie Paryż i torby z zakupami, i wycieczki do Bostonu. Najpierw otwieram kopertę z życzeniami. Droga Nanny, Nie wiem, jak poradzilibyśmy sobie bez ciebie! Wesołych Świąt, X-owie. Rozrywam papier pakunkowy, otwieram pudełko i chwytam w dłonie zwoje bibuły. Nie ma koperty. O Boże, nie ma koperty! Odwracam pudełko do góry nogami. Tony bibuły wypadają na podłogę, aż wreszcie na dno windy wypada coś czarnego i kosmatego. Padam na kolana, rzucam się jak pies na kość. Rozgarniam bałagan, jakiego narobiłam, starając się dotrzeć do skarbu i...i...i... To nauszniki. Tylko nauszniki. Po prostu nauszniki. Nauszniki! NAUSZNIKI!!!!!!" 

 ( N. Kraus i E. Mc Laughlin: "Niania w Nowym Jorku") .

1 ... 161 , 162 , 163
 
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast