Kategorie: Wszystkie | Czytam | Gotuję | Podróżuję | Spaceruję
RSS

Czytam

sobota, 19 marca 2011
Kiedyś bardzo lubiłam oglądać programy, w których występował Wiesław Gołas, znakomity komik, wspaniały aktor. Czytam właśnie o nim książkę zatytułowaną "Na Gol(ł)asa". Autorką jest córka: Agnieszka Gołas-Ners. Dużo zdjęć, dużo ciepłych, wzruszających wspomnień pana Golasa, a także wypowiedzi innych aktorów o nim. "Mimo że, jak przystało na książkę o aktorze komicznym, jest tu dużo historii śmiesznych, wspomnienia te są w gruncie rzeczy smutne, bo traktują o czymś, co odeszło i nigdy nie wróci" - pisze autorka. Niestety, wielka szkoda, że nie wróci, a Wiesław Gołas to jeden z ostatnich, "co tak poloneza wodzi", świetny, bardzo utalentowany aktor.

Dobra wiadomość z telewizora: od jutra ma być już wiosenna pogoda. Bardzo ucieszyła mnie ta prognoza, bo oczywiście zima mi nie na rękę. "Ta praca mi dzisiaj nie na rękę" -  tak powtarzała prawie każdego dnia moja koleżanka, z którą kiedyś razem pracowałam. Mając na uwadze wiosenne spacery, kupiłam sobie dzisiaj mały plecak, właściwie plecaczek. W domu stwierdziłam, że wewnątrz ten plecak bardzo cuchnie jakimś, klejem, czy czymś podobnym. Położyłam go na balkonie, ale świeże powietrze też nie pomogło. Wpadłam więc na pomysł, że może ocet będzie skuteczny (właściwie nie wiem, dlaczego pomyślałam o tym occie), wlałam do słoika trochę octu, otwarty słoik wstawiłam do plecaka i zasunęłam suwak. Zobaczymy jutro, co z tego wyniknie. Jeśli nic, będę szukać innych sposobów. Ostatecznie mogłabym go zwrócić do sklepu, ale trochę mi szkoda, bo plecak bardzo mi się podoba.
   I to wszystko na dzisiaj. Życzę dobrej niedzieli.




czwartek, 03 lutego 2011
Jestem nocnym markiem. (Tak jest poprawnie, "marek" małą literą, bo w tym wyrażeniu nie chodzi o imię, ale o błąkającą się duszę potępioną, pokutującą, którą kiedyś nazywano "markiem"). Błąkam się więc po domu do późnej nocy. Najprzyjemniejsza część mojego dnia zaczyna się o szóstej wieczorem, wtedy najchętniej czytam, piszę, myślę, oglądam, rozmawiam przez telefon, itp. Kładę się bardzo późno, ale najchętniej siedziałabym do rana. Niestety, rano nie mogę spać, budzę się bardzo wcześnie i w rezultacie  jestem niewyspana. Każdego dnia postanawiam sobie, że już dzisiaj na pewno położę się o dziesiątej wieczorem, ale nie pamiętam, żeby mi się to kiedykolwiek udało.

Wczoraj zaczęłam czytać książkę "Elegancja jeża" (Bożenko, dziękuję za rekomendację!). Książka z poczuciem humoru, inteligentnie napisana, bardzo mnie wciągnęła, znów czytałam do północy, a rano przypomniało mi się zdanie, które kiedyś żartując, powtarzał nasz kolega: "te kobiety to mnie zgubią!". Powiedziałam do siebie podobnie: "te książki to mnie zgubią" i znów zrobiłam postanowienie, że dziś to już na pewno o dziesiątej zgaszę światło.
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Przeczytałam "Oliwkową farmę", tę książkę, o której wspominałam w ostatnim wpisie. Muszę  powiedzieć, że czytałam ją z dosyć dużą przyjemnością. Spokojna, relaksująca lektura, dobrze napisana i ładnie przetłumaczona (takie mam wrażenie). Jest to pierwsza powieść z biograficznego cyklu znanej irlandzkiej pisarki i aktorki, Carol Drinkwater.  Zrujnowana oliwkowa farma na południu Francji, którą kupuje aktorka wraz z Michelem, producentem filmowym, od początku staje się ich rajem, miejscem szczęśliwości. Czytelnik towarzyszy życiu Carol i Michela. Czujemy smaki i zapachy Prowansji, poznajemy tamtejsze potrawy, razem uprawiamy oliwki i próbujemy świeżo wytłoczonej oliwy.
   Teraz czekam na następny tom z tego cyklu, ale w mojej bibliotece wszystkie książki są wypożyczone i nawet już jest po nie kolejka. Podobno wkrótce mają być wydane inne powieści tej autorki.

Z takim przejęciem czytałam tę książkę, że w pewnym momencie po powrocie z kuchni usiadłam na swoich okularach leżących na kanapie. To już trzecie okulary, które ostatnio zniszczyłam w ten sposób. Teraz się zastanawiam, jak pozbyć się tego okropnego nawyku pozostawiania okularów w przeróżnych miejscach.

A wracając do książek, w wielu wywiadach można się natknąć na pytanie o książkę, którą rozmówca zabrałby ze sobą na bezludną wyspę. Właśnie, jaką książkę zabralibyście na bezludna wyspę? Ja się nad tym dotąd nie zastanawiałam, muszę pomyśleć.
wtorek, 07 grudnia 2010

Chociaż odgrażałam się, że książki Domosławskiego o Kapuścińskim do rąk nie wezmę, przez kilka dni trochę ją czytałam. Czyta się dobrze, owszem, jest ciekawie i sprawnie napisana. Kiedy ją wydawano, było o niej głośno, głównie z powodu ujawnienia spraw obyczajowych, a także rodzinnych. Wydaje mi się jednak, że o wiele ciekawsze tutaj jest obnażenie drogi ideologicznej pisarza i jego stosunku do polskiej rzeczywistości. Obserwacja tej postawy w rezultacie prowadzi do podważenia wiarygodności i - jak ktoś napisał - zagłady autorytetu tej ikony dwudziestowiecznego reportażu. Aż trudno uwierzyć, jak wielka może być rozbieżność pomiędzy wizerunkiem człowieka przeznaczonym na pokaz i rzeczywistym, zakładając, oczywiście, że ten prawdziwy obraz  też nie jest ubarwiony.
Jeśli ktoś ma dostęp do tej książki, w bibliotekach nadal jest trudno osiągalna, warto do niej zajrzeć. Szybko się czyta.




poniedziałek, 22 listopada 2010
Wspominałam niedawno, że zaczynam korzystać z e-booków. Jedną książkę w ten sposób wydaną już przetestowałam. Wysłuchałam biografii znanej modelki Waris Dirie "Kwiat pustyni". Oczywiście podstawową zaletą takiej literatury jest możliwość śledzenia akcji w połączeniu z innymi czynnościami, na przykład ze sprzątaniem pokoju. Przyjemne z pożytecznym. Jutro wypożyczę sobie z biblioteki następne powieści na płytkach, co naturalnie nie znaczy wcale, że rezygnuję z czytania książek tradycyjnych. Tych nic ich nie jest w stanie zastąpić.

 Wczoraj po południu uczestniczyłam w bardzo miłym spotkaniu rodzinnym. Było ciepło, smacznie i serdecznie, i tego mi było trzeba.

Dzisiaj smutno, szaro i deszczowo (znów leje!).


poniedziałek, 27 września 2010
Przed kilkoma tygodniami odwiedziła mnie jedna z moich dawnych koleżanek. Jak to zwykle bywa, rozmawiałyśmy o dzieciach. Ona ma trzydziestoletnią córkę, która dotąd nie wyszła za mąż i to ostatnio spędza sen z powiek mojej koleżanki. Jak mówi, najbardziej brakuje jej wnuków i z zazdrością patrzy na ulicy na wszystkie babcie spacerujące z małymi dziećmi, też tak by chciała.
- Popatrz - mówi - Monika skończyła dwa fakultety, jest niebrzydka, zgrabna, wesoła. Czego jej brakuje?  Dlaczego nie może poznać nikogo odpowiedniego?
      Ta nasza rozmowa przypomniała mi się niedawno, kiedy zaczęłam czytać wydaną przez krakowskie Wydawnictwo Otwarte książkę Ewy Stec pt. "Klub matek swatek". Rzadko czytam tego typu powieści, ale akurat tę przeczytałam z przyjemnością. Pełna humoru, pogodna lektura na jesienne wieczory, kiedy w mieszkaniu cicho i ciepło, a o szyby dzwoni deszcz.

      Grupa zaprzyjaźnionych matek w trosce o szczęście swoich dzieci organizuje tajemniczy Klub Matek Swatek. W dyskretny sposób starają się one wynaleźć dla nich odpowiednich mężów i odpowiednie żony. Do klubu przychodzi także Beata, matka głównej bohaterki, Anki Romantowskiej. Na marginesie powiem, że nie podoba mi się taki dobór imienia i nazwiska, który może budzić skojarzenia ze znaną aktorką.
Anka jest nauczycielką, ma trzydzieści lat, właśnie usamodzielniła się, kupiła sobie mieszkanie i jej matka, oczywiście marząca o wnuku, usiłuje znaleźć dla niej kandydata na męża. Nie wie jednak, że w życiu córki właśnie pojawiło się już nawet dwóch mężczyzn, malarz i policjant, a wraz z nimi nowe perypetie. Zaczyna rozwijać się wątek kryminalny, który trzyma w napięciu i podnosi walory tej książki. Sumując, dowcipne, przyjemne  czytadło.

A swoją drogą, może i przydałyby się nam takie kluby matek swatek. Któż bowiem wie lepiej, co jest dobre dla dziecka niż jego matka:))
wtorek, 24 sierpnia 2010
Nie potrafię szybko myśleć siedząc. Kiedy przed południem kłębi mi się w głowie dużo różnych myśli, kiedy muszę zastanowić się nad pewnymi sprawami, chodzę. Wcześniej chodziłam po mieszkaniu, ale ostatnio doszłam do wniosku, żeby myślenie połączyć z dotlenianiem organizmu i chodzę na balkonie (mój balkon jest dosyć długi). Tam i z powrotem, wiele razy, a ponieważ polubiłam te spacery, chodzę coraz dłużej. Żeby nie dostarczać rozrywki ludziom idącym dołem do sklepu, trzymam w rękach gazetę i od czasu do czasu udaję, że czytam. Kilka dni temu zaczęłam nawet wychodzić na swój "spacernik" także wtedy, gdy zwyczajnie chcę poczytać książkę. Moim zdaniem łączę przyjemne z pożytecznym, ale może to być również traktowane jako dziwactwo.

 Ostatnio jestem bardzo hojnie wspierana słodyczami. Pan kamieniarz, który świadczy mi usługi, podarował kilogram  chałwy. Taka ilość wystarczy mi chyba na pół roku, gdyż już niewielki kawałeczek wywołuje u mnie przesłodzenie. A wiec, od pana kamieniarza - chałwa, od koleżanki męża - pudełko "Raffaello" ("zamiast kwiatka"), od pani dozorczyni - tabliczka czekolady niemieckiej (nie wiem, z jakiego powodu, ale się domyślam), od mojej koleżanki z okazji spotkania po latach - czekoladki Lindt, od pani sprzątającej - pudełko ukraińskich czekoladek o nazwie "Palitra Asorti", od syna - czerwone serce wedlowskie (chyba za całokształt). Taki jest ostatnio wysyp słodkości u mnie. Nic, tylko siąść i jeść.

Pomiędzy chodzeniem a jedzeniem słodyczy zdarza mi się od czasu do czasu robić jeszcze coś innego, na przykład, jak już wspomniałam, czytać. Dzisiaj czytałam kolejną książkę o moich ulubionych Tatrach (Jarosław Skowroński:"Tatry międzywojenne"). Jest to książka o czasach, "gdy pod Tatrami grały nie tylko góralskie kapele, ale i jazz-bandy, gdy na szosie do Morskiego Oka ścigali się wspaniali mężczyźni na jeszcze wspanialszych maszynach, gdy w piorunującym tempie powstawały kolejki na Kasprowy Wierch i Gubałówkę, a w jednej zakopiańskiej knajpie można było spotkać Witkacego, Szymanowskiego, Iwaszkiewicza, Gombrowicza, Tatarkiewicza, Ingardena i Makuszyńskiego." To były czasy!

wtorek, 10 sierpnia 2010

Przechodziłam obok i zrobiłam zdjęcie.



Mieści się tu "Zachęta" Narodowa Galeria Sztuki (taka jest ostatnia pełna nazwa tej instytucji). Budynek został zbudowany na przełomie XIX i XX wieku według projektu Stefana Szyllera, znanego architekta, projektanta starego gmachu Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, gmachów Politechniki i wielu innych obiektów, m.in. kościołów w Mońkach i Druskienikach. "Zachęta" znajduje się w centrum miasta, przy placu Małachowskiego.

Jest jedną z najbardziej prestiżowych galerii sztuki współczesnej. Prezentowani tu byli wybitni artyści, na przykład Pablo Picasso, Paul Cezanne, Henri de Toulouse-Lautrec i inni, organizowane były wielkie wystawy, takie jak "Paryskie Salony Jesienne", ""Klasycy XX wieku", czy "100 lat Sztuki Polskiej".
Kiedyś często tam chodziłam na wystawy, ostatnio jednak moje drogi i drogi sztuki współczesnej zdecydowanie się rozeszły (może z nielicznymi wyjątkami).

Teraz o czym innym. Dzisiaj po raz pierwszy upiekłam w mikrofalówce ciasto "w kubku", o którym wspominałam kilka dni temu. Wyszło zupełnie dobre, ale przepisu nie podam, bo wszystko wsypywałam na oko. Przygotowanie ciasta zajęło mi 4 minuty, a samo pieczenie 3 minuty.

Czytam "Fatwę" Jacky Trevane. Mimo że znam już tę książkę, znów dałam się wciągnąć. Młoda Europejka zakochuje się w przystojnym, obcym kulturowo mężczyźnie i skutki tej miłości, stary, często poruszany w literaturze ostatnich lat problem. Na pewno wiele osób "Fatwę" czytało, więc już nie będę o tym pisać.
poniedziałek, 09 sierpnia 2010

Kiedyś prowadziłam zeszyt, do którego wpisywałam różne złote myśli. Rano przeglądałam ten kajet i przypomniałam sobie taką sentencję:

"Boże, daj nam siłę, abyśmy przyjmowali z pogodą to, czego nie można zmienić, odwagę, aby zmienić to, co trzeba zmienić i mądrość, abyśmy potrafili odróżniać jedno od drugiego". Powiedział to Reinhold Niebuhr, pastor amerykański. Moim zdaniem, mądre.

     A dzisiaj przeniosłam się w wielki świat. Czytałam książkę, która tak się zaczyna: "Tego wieczoru na zamku Windsor wydawano oficjalne przyjęcie". Tytuł tej książki: "Czytelniczka znakomita", autor: Allan Bennett.

Ulubione psy królowej wracając ze spaceru, zwykle wbiegały do pałacu frontowymi schodami, tego dnia skręciły w stronę pałacowego podwórka, gdzie w tym czasie przyjechał bibliobus, czyli objazdowa biblioteka. Psy szybko tam pobiegły, czyniąc dużo hałasu. Królowa oczywiście podążyła za swoimi pupilkami, wstąpiła do biblioteki, żeby przeprosić za zamieszanie. Kiedy już weszła, nie wypadało wyjść bez książki. I zaczęło się! Zaczęła się wielka pasja czytelnicza królowej, która nawet zaniedbując swoje obowiązki monarchini, czasami symulując chorobę, pochłania kolejne lektury. Oczywiście takie hobby też musi mieć swoje skutki. Zabawna książka, dobrze się ją czyta.
poniedziałek, 31 maja 2010
Mój syn wie, że ja lubię kolorowe filiżanki i dlatego na Dzień Matki kupił mi takie ładne dwie.

        

    Na mojej działce pięknie kwitną bzy, białe i liliowe. Nawet nałamałam trochę gałązek, żeby je przywieźć do domu. Położyłam na tylnym siedzeniu i oczywiście zapomniałam zabrać z samochodu. Potem poprosiłam syna, żeby idąc do mnie, wstąpił do garażu i przyniósł ten bez. Poszedł, wyjął z samochodu, ale gdzieś go zostawił i zapomniał przynieść. Trudno.

      A jeśli już jestem przy temacie przyrodniczym, to jeszcze dołączę kilka dzisiejszych zdjęć jednej z najładniejszych ulic Ursynowa, Alei Kasztanowej.

     

      Aleja Kasztanowa to piękna trasa wysadzona starymi, pięknymi drzewami. Powstała w 1815 roku, tędy car jeździł z Góry Kalwarii do Wilanowa.
     
     

      Przy Alei znajduje się także ten stary drewniany krzyż. Został on postawiony w okresie powstania styczniowego przez administratora tych dóbr jako wotum za ocalenie przed wywózką na Syberię. Niestety, krzyż nie jest już w najlepszym stanie, wzmocniono go więc metalowymi pierścieniami.
     
      

      Wśród wielu różnych drzew rosną tam takie czeremchy, teraz pachną oszałamiająco, a za nimi znajdują się korty tenisowe. Po drugiej stronie ulicy w ostatnich latach wybudowano ładne osiedle mieszkaniowe.
      
      Czytam teraz świeżo wydaną książkę "Fryderyk Chopin. Poeta fortepianu". Chciałabym też pójść do nowego muzeum Chopina. Podobno jest to najnowocześniejsze muzeum biograficzne w Europie i zupełnie niezwykłe. Ciekawa jestem, czy trzeba stać w długiej kolejce do kasy. Czy ktoś może mi odpowiedzieć, czy są tam tłumy?

       Może los okaże się łaskawy i w nagrodę za to zainteresowanie Chopinem przysporzy mi trochę słuchu muzycznego, bo tak w ogóle to mi słoń na ucho nadepnął. Oj, pomarzyć można.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Archiwum
O autorze
Click for Warsaw, Poland Forecast